I know I can do this because I went to London on my own

Mam problem z teatrem w kinie. Oczywiście uważam, że retransmisje to wspaniała sprawa, ale troszeczkę czuję tę czwartą ścianę jednak. Niezaprzeczalną zaletą teatru na żywca jest to, że gdybyście nieco się wychylili, moglibyście złapać aktora za kostkę (nie żebym próbowała to robić), a bardziej serio: że całkiem prawdopodobna jest interakcja pomiędzy wami a nim. Ponadto co wieczór coś jest inaczej, bo ktoś się pomyli albo ugotuje, albo będzie musiał improwizować, jedna scena będzie dłuższa, a inna krótsza i wiecie, że gdy pójdziecie na ten sam spektakl po raz drugi, szósty, dwunasty, nie będzie tak samo. No i koniec końców jest – choć nie zawsze, rzecz jasna – ta dziwna chemia, dość ulotne poczucie wspólnoty. Kamera to bardzo skutecznie zabija.
Mam też taki problem, że na końcu chcę klaskać, ale byłoby głupio.
Tym razem naprawdę bardzo chciałam.

Najpierw była książka.
Książkę zaadaptował na deski niejaki Simon Stephens – ten sam, który napisał Sea Wall. Po obejrzeniu Sea Wall cierpiałam na ostry bezsens życia przez dobę, więc domyśliłam się, że mogę spodziewać się czegoś, co mnie uszczypnie w miękki brzuszek. I tak było.
Jest scena, niezbyt duża, otoczona widownią z każdej strony, scenografii zero. Jest autystyczny nastolatek (w rzeczywistości odtwórca głównej roli miał w momencie rejestrowania tego spektaklu 28 lat, jeśli możecie w to uwierzyć), który znajduje zadźganego widłami psa sąsiadki. Lubił tego psa, więc postanawia przeprowadzić śledztwo i dowiedzieć się, kto zabił. Ale dowie się przy okazji rzeczy, które zburzą cały porządek jego delikatnego świata i ruszy w odważną podróż pociągiem do Londynu, żeby odkryć prawdę.
Odważna podróż pociągiem do Londynu brzmi śmiesznie, co? To nie polowanie na grubego zwierza. Wystarczy wstukać punkt docelowy w automacie biletowym, wsunąć kartę albo wrzucić pinionszki, przeczytać na ekranie, z którego peronu odjeżdża najbliższy pociąg, wsiąść doń i wysiąść u celu, po czym zjechać schodami ruchomymi piętro niżej do metra. W metrze miła pani czyta nazwy kolejnych stacji, więc człowiek się nie pogubi. Tak to zazwyczaj wygląda. Łatwizna. Tylko wyobraźcie sobie, że pociągi hałasują tak, że pęka wam głowa, ktoś gada z głośników, jakieś światło miga, ludzi jest za dużo i wszyscy się na was pchają, i was dotykają, choć tego nie znosicie. A wy nigdy dotąd nie ruszyliście się sami donikąd – cóż dopiero do tak ogromnego miasta. Jesteście przerażeni szalonym światem wokół was, ale jeszcze bardziej przeraża was wizja powrotu do świata, który wydawał wam się znany.
To jest bardzo zabawne, jeszcze bardziej wzruszające – tata Christophera, prosty człowiek, któremu trafiło się arcytrudne zadanie opieki nad dzieckiem tyleż inteligentnym, co emocjonalnie niedostępnym, pocił mi oko, ilekroć się pojawiał – i ogromnie wciągające. A już zupełnie uwodzi ostatnia scena – gdy bohater (który przez tę chwilę jest aktorem w przedstawieniu na motywach napisanej przez siebie książki, choć może to już aktor grający bohatera grającego aktora?…) tłumaczy, jak rozwiązał zadanie z algebry i robi to za pomocą oświetlenia, uruchamiając całą teatralną maszynerię. To jest ten moment, gdy widzowi opada szczęka.
Nie wiem, czy kina będą to jeszcze powtarzać, ale jeśli tak, idźcie koniecznie.

Dziś tymczasem mam dzień marudy, nic na to nie poradzę. Może dlatego, że mało spałam. Będę się czepiała. Uwaga, zaczynam.
Mam otóż uczulenie na słowo „totalnie”.
Gdy widzę słowo „totalnie”, zwłaszcza w czymś, co ma uchodzić za fachowy tekst, a już nie daj Boże w druku, budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata. A gdy budzi się we mnie mój mały wewnętrzny psychopata, nigdy nie jest dobrze. Mojego małego wewnętrznego psychopaty należy unikać za wszelką cenę.
Jakaś taka cudaczna moda nastała, że teraz filmy są totalnie dobre, książki totalnie nudne, kobiety totalnie zakochane, woda w morzu totalnie zimna, a język polski totalnie sponiewierany.
Absolutnie. Całkowicie. Nieopisanie. W pełni. Bez reszty. Do cna. Kompletnie. Niebywale. Stuprocentowo. Bezwzględnie. Niemożebnie. Do szpiku kości. Nieprawdopobnie. Dogłębnie. Na amen. Mogę tak przez cały dzień.
Polszczyzna jest taka bogata – na cholerę kopiować z amerykanckiego?
Drugi punkt na liście dzisiejszych uczepień to kontynuacja wspominanej w poprzednim punkcie historii z hasłem reklamowym. Jakoś tak się obawiałam, że wymyśliła je kobieta, która zresztą twierdzi, że z tej właśnie przyczyny slogan nie jest seksistowski. Ciekawy tok rozumowania i chyba za nim nie nadążam.
Na domiar złego nie wiem, jakie mam plany na sobotę, albowiem osoby, które mi złożyły wstępne propozycje wspólnego korzystania z różnych miejskich atrakcji – czyli głównie jedzenia – postanowiły nagle zamilknąć, wstąpiły do zakonu lub wyemigrowały, nie wiem. W każdym razie nie lubię takich zagrań i lada moment na wszystkich się wypnę, postanawiając spędzić weekend z serialami.

Ale – dzień marudy osładza mi fakt, że w poniedziałek (dlaczego dopiero w poniedziałek?) pojawi się w dziewiątym kręgu piek… internetu coś, co zapewne obejrzę siedemdziesiąt razy z nosem przyklejonym do monitora. Pozwolę sobie oszczędzić wam linka. W każdym razie gdybym milczała w przyszłym tygodniu, nie lękajcie się – to będzie znaczyło, że nadal jestem bardzo zajęta oglądaniem i mam już oczy jak Marty Feldman. Trzeba mieć jakieś radości w tym totalnie smutnym życiu, nie?

Reklamy

4 thoughts on “I know I can do this because I went to London on my own

  1. w Londynie akurat nie za spokojnie… Bardzo duzo policji sie kreci, szczegolnie w metrze. Wypatruja i oby im sie udalo

  2. a co powiesz na zlepek?
    jeden ze znienawidzonych przeze mnie (tfu!) znawców mody, sukienkę na modelce kreślił jako
    absolutnie totalną
    co to kurwa jest?!
    co znaczy absolutnie totalna?
    zgasłam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s