Cry God for Harry, England and The Rose

Może bym się odezwała, bo ktoś a nuż ciekaw, czy przeżyłam lot. Owszem. Ryanair z jakichś przyczyn postanowił wynagrodzić mnie kolejką priorytetową (polega to z grubsza na tym, że wyganiają was na zewnątrz, gdy samolot jeszcze jest sprzątany i pozwalają wam postać przez dwadzieścia minut pod mruczącymi słodko silnikami, podczas gdy zwykli kolejkowicze czekają w ciepełku). Acz łatwo nie było, bo tuż za kanałem La Manche wlecieliśmy w paskudne deszczowe chmursko, które nas wybujało bezlitośnie. Jeśli mam być szczera, nie podoba mi się wcale, gdy samolot nad samym pasem startowym nagle przechyla się na bok, bo zawiało.
Buty mi przemokły podczas sprintu z płyty do terminalu. Tak było ślicznie. Ale gdy o zmierzchu maszerowałam do Southwark, księżyc świecił w najlepsze.
Londinium może sobie słynąć z neonów West Endu i gwiazd na wyciągnięcie ręki, ale prawdziwe skarby są dobrze ukryte.

Przedstawienie było bezwzględnie cudowne i warte wszystkich zachwytów, które nad nim wylewano w internecie. A poza tym miejsce jest magiczne – to ruiny nieistniejącego teatru. Od wielu lat trwa walka o to, by go odbudować, a w każdym razie umożliwić granie w nim spektakli dla publiczności w jako takich warunkach, obecnie bardzo przaśnych. Nie ma ogrzewania, miejsce jest malutkie, ludzi więc przychodzi garstka. Ale te ruiny, oświetlone wątłymi płomykami świec, oszałamiają. Widownia i aktorzy tłoczą się na antresoli, a w dole, w gęstej ciemności migoczą te ogniki, ślady sprzed 450 lat.
– Uważajcie – powiedziała pani stage manager, jednocześnie bileterka. – Duchy was tu słuchają.
The Woman in the Moon to zapomniana sztuka; wystawiana po raz pierwszy od 400 lat. Czemu zapomniana, nie mam pojęcia, bo jest genialna. To dziwny, mocno erotyczny miks biblijnych historii, mitów i astrologii; opowieść o pierwszej kobiecie, której kolejne bóstwa – Mars, Wenus, Jupiter, Merkury – przekazują swoje moce,więc jest na zmianę wściekle agresywna, namiętna, chimeryczna, cwana, potulna. Znacie to skądś, drogie panie? W Pandorze, kierowanej boskimi mocami, kochają się beznadziejnie czterej pocieszni pastuszkowie i każdy na swój nieporadny sposób próbuje ją zdobyć. A wyższe moce mają swoje plany.
Cudowna rzecz.

Następnego dnia wstali niektórzy bladym świtem, żeby skompletować piracki outfit (przed wyjazdem zdobyłam tylko koszulkę – w samej koszulce pójść to jednak przesada byłaby…). Jest tylko jedno miejsce, w którym w ciągu minuty znajdziecie kolczyki z Jolly Rogerem za funta.

image

To, co dziś widziałam, opiszę innym razem, bo nie dość, że makijaż mi spłynął ze śmiechu, to jeszcze inteligencja mi się zatrzymała. Serdecznie nienawidzę chwil, w których moja zdolność konwersacji gwałtownie się upośledza i przez długie sekundy stoję niema i spanikowana. Ale jakoś ciągle się w takie sytuacje pcham…

Reklamy

10 thoughts on “Cry God for Harry, England and The Rose

  1. Cóż za kokieteryjne mrugnięcie do publiki, oczywiście, że po drugiej stronie lustra czekamy (niecierpliwie) na Twoje wpisy i martwimy się o Twe losy! 😀

  2. A to ja z kolei trochę na temat 🙂 konkretnie na temat ruin teatru, do których nie trzeba lecieć samolotem przez „paskudne deszczowe chmurska” 🙂 – z Krakowa wystarczy godzinka jazdy samochodem, albo 2 godziny pociągiem. Ruiny teatru znajdują się w Gliwicach. Pamiętam jak 20 lat temu snuto plany zebrania worka pieniędzy i odbudowy, czytaj zrobienia sceny jak dziesiątki innych. Na szczęście, głównie pod wpływem artystów tu występujących, postanowiono wykonać jedynie niezbędne prace zabezpieczające. Twój opis teatru mógłby też odnosić się do ruin Teatru Victoria. Szczególnie polecam koncerty i przedstawienia w ramach Gliwickich Spotkań Teatralnych.

    http://www.tvp.pl/katowice/kultura-i-rozrywka/programy-kulturalne/wideo/4-czerwca-2014-magiczne-miejsce-ruiny-teatru-victoria-w-gliwicach/15486922

  3. Oho, w gliwickich ruinach teatru byłem za to ja, zupełny niebywalec teatralny 😉 i podobało się – fajne miejsce, nietypowa przestrzeń, fajne możliwości inscenizacyjne.

    • Wszyscy niech zapomną 🙂 Powiem tylko, że portier powiedział, że wyglądam wonderful (+1000 do pewności siebie – niestety na długo nie starczyło), a po wszystkim, gdy siedziałam sobie grzecznie w pubie i kompilowałam powyższą notkę, pewien miły Australijczyk zaproponował mi drinka. Bardzo to był dziwny dzień. Długość spódnicy i ciasnota w talii jednak zmieniają świat dookoła.

      • Zgłaszam stanowczy protest wobec nierównego traktowania mężczyzn narodowości polskiej oraz australijskiej, tudzież portierów pochodzenia prawdopodobnie brytyjskiego 🙂

        • Co ja poradzę, że tu tak łatwo o nowych znajomych mówiących do mnie daaahling 😉
          A bardziej serio – nie zrobiłam sobie zdjęcia. Może jak wrócę do Krakowa, ubiorę się w to znów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s