Everything you’ve imagined – it is. It’s out there. Everything.

Uprzedzam, to będzie długi wpis. Dłuuugi wpis.
Przyleciałam z powrotem. Wstałam w bezbożnej godzinie, żeby przylecieć z powrotem. Podróżowanie bladym świtem ma jeden tylko plus – możecie ze spokojem poczęstować się prosecco zamiast porannej kawy; il gusto del viaggio, wiecie. Lotniskowe zegary wskazują jakieś tam godziny, oczywiście, ale nikogo nie obchodzi, czy to poranek, czy wieczór.

Gdybyście chcieli wiedzieć, co porabiałam, gdy nie chodziłam do teatru, to na przykład chodziłam na spacery – w środku październikowej nocy, bo czemu by nie, skoro towarzystwo bardzo miłe, a z rugbistą po ciemku człowiek się nie boi. Co prawda z zimna i z wysokich obcasów odpadły mi stopy, ale to nieistotny drobiazg. Trafiłam na pełnię, więc Londyn wyjątkowo malowniczo się prezentował (dodać trzeba, że tylko wieczorami, bo za dnia rąbało z nieba żabami i wiało z każdej strony).

wpid-dsc_0041_3.jpg

wpid-dsc_0003_32.jpg

wpid-dsc_0006_21.jpg

W świetle dnia natomiast poszłam na fenomenalną wystawę o wiedźmach i chciałam ukraść co drugą grafikę. Z latawicami, jak wiadomo, głęboko się utożsamiam. wpid-dsc_0012_14.jpg

A potem znowu kurtyna w górę.
National Theatre to dość paskudne miejsce – wstrętny betonowy bunkier z kilkoma salami teatralnymi mieszczącymi tysiące ludzi. O głębię wrażeń trudno. Wolę teatry bardziej intymne, mniejsze, niekoniecznie naćkane technologią (o tym, jak zrobić show całkowicie bez technologii, ufając wyobraźni i poczuciu humoru widzów, będzie jakoś w weekend), w których nie czuję się jak mróweczka.
Gwoli ścisłości, doceniam misję NT – dzięki nim mogę oglądać sobie sławne spektakle, nie ruszając się z Krakowa (choć oczywiście wolę się ruszyć). Ale to przedstawienie nie będzie raczej transmitowane – z trzech powodów. Po pierwsze Cillian Murphy bardzo krytycznie odnosi się do filmowania teatru – i w sumie ma sporo racji – po drugie to rzecz, która na ekranie nie zadziała, będzie kompletnie bez sensu, po trzecie to bardzo specyficzna sztuka. O czym? Nie podejmę się wyjaśniania. W czyjejś recenzji przeczytałam, że nawet po wypiciu butelki wina nie sposób pojąć, o co chodziło. Niektórzy twierdzą, że to wariacja na temat Czekając na Godota i coś w tym jest. Oto jest dwójka bohaterów żyjących w wyimaginowanym miasteczku, we własnym szczelnie zamkniętym pokoju, z którego nie wyściubiają nosów, zanurzeni w dziwacznych rytuałach (nota bene, scena porannych, kaskaderskich wręcz ablucji i ćwiczeń gimnastycznych przy dźwiękach tej pieśni – rzecz dzieje się w latach osiemdziesiątych – była widowiskiem jedynym w swoim rodzaju). Jeden z nich bardzo chciałby wydostać się, uwolnić, a drugi wprost przeciwnie. Tymczasem ganiają po scenie, gadają pozornie od rzeczy, gdy wtem z potwornym hukiem wali się tylna ściana. Za którą, jak się okazuje, czeka bohater numer trzy. Wejdzie się przywitać, strzepnąć papierosa do herbaty i zapowiedzieć, że owszem, niedługo sobie pójdzie, ale nie sam; kogoś ze sobą zabierze. Pan Bóg? Śmierć? Lokalny mafioso?…

Ale Cillian. Co za gość.
(Fanki klikają i miękną).
Zwierzę, po prostu zwierzę. W tym facecie jest coś niemożliwie psychotycznego. On potrafi zmieniać się w ułamku sekundy, jak przystało na rasowego świra. Żadnych półśrodków chyba na scenie nie uznaje. Ma niesłychanie plastyczne ciało i głos; gra trochę tak, jakby był gotów życiem to przypłacić, rzuca się na dechy, wali głową w ściany. Rozsadzał teatr tego wieczoru.
Dziwne to było, dziwne i niepokojące.
Kolejny dzień spędziłam na suszeniu przemoczonych do cna pepegów na widowniach. Najpierw wzięłam się za tę atrakcję (huhu, czekałam na okazję do podlinkowania tego zdjęcia), już mi znaną i niezmiennie zachwycającą, później wylądowałam drzwi obok, żeby zobaczyć Wielką Brytanię po śmierci królowej, z nowym królem, który nieszczególnie sobie radzi, zwłaszcza że z tylnego siedzenia kieruje ktoś inny… Fantastyczna rzecz, bardzo groteskowa. My nie mamy konstytucji. Mamy tradycję. Duch księżnej Diany straszy Karola, Karol niezbyt chce przejąć władzę, książę Harry odkrywa Leicester Square i kebaby nad ranem, a wolność słowa wymyka się spod – o ironio – kontroli. Ale tradycja, tradycja, mundur i ordery nade wszystko. Aktorzy mówią wierszem, parodiując szekspirowski rytm, w cudownie surowej scenografii przywodzącej na myśl średniowiecze – gołe cegły wznoszą się po sam strop. Jakby czas zatrzymał się dla monarchii. Tylko czy można kurczowo trzymać się przeszłości? I w ogóle po co to robić?
Ta sztuka bezlitośnie kpi ze świętości korony, z niechęci do podążania z duchem czasu, z nieporadności oderwanej od realiów władzy w starciu z najzwyklejszymi ludźmi.
A na widowni zasiadał razem ze mną niejaki Rowan Atkinson. Ahem.

Następnego wieczoru pędziłam znów południowym brzegiem, gapiąc się z zachwytem na filmowy pejzaż. Tak, wieczory były naprawdę piękne. O dniach nie warto wspominać.

wpid-dsc_0026_8.jpg

Pędziłam do Rose.
Tak dziś wygląda ten teatr.
wpid-dsc_0029_5.jpg
To jest miejsce, w którym niejaki William S. występował, a dla którego Marlowe pisał sztuki. Miejsce zapomniane i zrujnowane, dostępne dla wtajemniczonych. Ktoś kiedyś napisał, że gdyby Marlowe pożył dłużej, europejska literatura wyglądałaby zupełnie inaczej. Trudno się nie zgodzić. Kit nie przebierał w środkach, skandali się nie bał. Pisałam – gej, ateista, z paroma wyrokami na koncie i piórem jak brzytwa. W końcu się doigrał, ale zanim go zadźgali, zdążył napisać bardzo krwawą sztukę o nocy świętego Bartłomieja, którą teraz w tych mokrych zakamarkach można sobie obejrzeć, w bardzo niezwykłych okolicznościach. Robi to wszystko ekipa szaleńców i fachowców zarazem, więc te przedstawienia, ukryte perełki, są w mgnieniu oka wyprzedawane. Ja, dzięki serii przyjemnych zbiegów okoliczności, trafiłam na próbę generalną, na której aktorów było więcej niż widowni, więc po owacji nastąpiło zbiorowe spożywanie przyniesionych przez kogoś ciasteczek. Doświadczyłam czegoś niezwykłego w miejscu, które zwykle nocami jest zamknięte, śpi w ciemności, częściowo zalane wodą (stąd ta mgła na zdjęciu) – a ja mogłam w nie wejść. Rose bywa otwierany w sobotnie przedpołudnia i uroczy wolontariusze bardzo chętnie po nim oprowadzają, ale wieczorami działa rzadko, bo – jak wspominałam – nie ma w nim żadnej infrastruktury. Widzowie nieczęsto odbywających się przedstawień muszą liczyć się z niewygodami – ale też z magiczną atmosferą; w tym zimnym powietrzu i mroku jest coś nieuchwytnego. Po wszystkim jeden z aktorów opowiadał mi o ruinach, a drugi zasuwał z odkurzaczem, bo trzeba było całą krew uprzątnąć.
– Następnym razem chętnie pomogę odkurzyć…
– Weź miotłę.
– Przylecę na niej.
– Świetnie. Będziesz miała większy limit bagażu niż w easyJecie.

Reklamy

8 thoughts on “Everything you’ve imagined – it is. It’s out there. Everything.

  1. Taaaaaaaaaaaaaaak zazdroszczę 🙂 kiedy byłam w Londynie w sierpniu udało mi się pójść tylko do Shakespeare’s Globe na Holy Warriors. Globe – cudowne miejsce. Byłam, jestem i będę nim zachwycona. Jest genialne. Polecam wszystkim ( pierwszy punkt na liście przyszłorocznego wylotu do Londynu :)) Ty na pewno znasz je lepiej niż ja. 🙂

    • Cieszę się – i potwierdzam, to jest cudowne miejsce 🙂 Warte odwiedzenia z nieskończenie wielu powodów. Mogłabym tam naczynia zmywać, gdyby mnie zechcieli. Co prawda główna scena właśnie się zamknęła na zimę, ale przez najbliższe miesiące będą robili dużo innych fajnych rzeczy, między innymi tutaj. A na wiosnę zapewne wrócę, z biletem za 5 funtów oczywiście, bo miejsca stojące są najlepsze.

      • Miejsca stojące są najlepsze. 🙂 Nigdy nie byłam tak blisko aktorów, co mnie trochę peszyło, bo zawsze wybieram obszar w bezpiecznej odległości, ale w całym moim życiu, nie czułam się tak wspaniale w teatrze. 🙂

        • 🙂 Ja się całe życie panicznie bałam interakcji i wybierałam miejsca ją wykluczające. Aż poszłam na Tytusa. Mierzący chyba dwa i pół metra aktor zaszedł mnie od tyłu, złapał za ramiona i przestawił, żeby móc przejść na scenę. Gdy minął mi stan przedzawałowy, pomyślałam „o jaaaa, ale fajnie!”. Nota bene, w Globe jest jeszcze druga, zadaszona scena, znacznie mniejsza – w pierwszym rzędzie jest tylko sześć miejsc… Tam to dopiero blisko się jest 🙂

          Poza tym w tym teatrze panuje bardzo bezpretensjonalna atmosfera (czego nie można powiedzieć o wspominanym National Theatre, leżącym po sąsiedzku zresztą).
          Następnym razem celuj jeszcze w Rose. Dla mnie to jest wielkie odkrycie, serce mi skradło od razu. Idziesz sobie niezbyt piękną ulicą pełną kanciastych biurowców, wchodzisz do jednego z nich i odkrywasz, że za fasadą kryją się czterechsetletnie, częściowo zalane wodą ruiny…

          • O mamo, teraz to mi narobiłaś apetytu 🙂 Moja lista jest coraz dłuższa 🙂

            Przechodziłam obok National Theatre i z zewnątrz nie robi wielkiego wrażenia, mimo wszystko skuszę się, choć nie wszyscy mi go polecają…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s