AVAST!!!

What shall we do with a drunken sailor?
We’ll put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Early in the morning!

Tutaj będzie wpis o piratach. Takie przynajmniej jest założenie, a co mi w istocie z tego wpisu wyjdzie, to się okaże w praniu. Myślę, że do rzeczy przejdę jakoś w ostatnich linijkach.
„W sztuce teatralnej autorem, dekoratorem, twórcą kostiumów, kompozytorem, aktorem, tancerzem – powinien być właściwie jeden człowiek. Tak wszechstronny tytan nie istnieje. Jednostkę trzeba więc zastąpić tym, co jest najbardziej podobne do jednostki: grupą przyjaciół”.
Tak kiedyś powiedział Jean Cocteau. I tak najkrócej da się opisać niedzielne czytanka w Globe. O co w nich chodzi, wyjaśniałam już parę razy, więc dziś tę sekcję pominę.
Najpierw obszerna dygresja NIE o piratach.
Uwaga, będę kwikała teraz.
Wszyscy wiedzą, że mam słabość, do której nie przyznam się łamana kołem. Nabawiłam się jej kilkanaście miesięcy temu i nie miałam wówczas pojęcia, ilu dziwnych ludzi dzięki niej poznam i w ilu niezwykłych wydarzeniach wezmę udział.
Znacie taką starą piosenkę, Sunshine Superman się nazywa? I’ll pick up your hand and slowly blow your little mind? Jakoś mi się skojarzyła.
Jeżeli kiedykolwiek zostanie ogłoszony konkurs na najmilszego człowieka we wszechświecie – ja go nie wygram. Ani, przykro mi, nikt z was. Ale wiem, kto wygra i to jeszcze zanim się odezwie.
Przy czym ja nie do końca jestem pewna, czy to jest człowiek. Tak czy inaczej, jest absolutnie nieznośny.
To stworzenie sfrunęło z innej planety, ale abstrahując od zaawansowanego zwariowania i hermetycznego poczucia humoru, jest chodzącą uroczością w powalającym stężeniu. I nie chodzi mi tu wcale o obnoszoną z nonszalancją urodę porcelanowej laleczki od szyi w górę i Popeye’a po szpinaku od szyi w dół. Ani o deprymującą erudycję. Ani o to, że stworzenie powinno dostać jakiś międzyplanetarny medal za dobre serduszko. Toto jest nieopisanie miłe i uprzejme, wyluzowane jak tybetański mnich i bardzo, ale to BARDZO łagodne, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy stoicie pół metra odeń, otwieracie buzię i wtedy właśnie uświadamiacie sobie, że zapomnieliście, co chcieliście powiedzieć.
Gdy nie daj Boże wspomnicie cokolwiek o zamiłowaniu do teatru, zainteresowanie rzeczonego waszą skromną osobą wyraźnie wzrośnie. Jeśli tym bardziej nie daj Boże wspomnicie trzy magiczne słowa, chłopaczek rozjarzy się jak żarówka, w karmelowych oczętach błyśnie porozumiewawcza iskierka i od razu inna rozmowa, aż w pewnej chwili z przerażeniem zauważycie wyciągniętą w waszym kierunku łapkę. Chłopak wymiędli wam rączkę i będzie się domagał, żebyście przyszli się przywitać następnym razem. Być może ktoś inny odmówiłby, ale ja mam bardzo słabą wolę, więc potulnie chodzę się witać. Mam też bardzo słabe nerwy i odwagę królika, toteż każde takie spotkanie rozpoczyna się minutą ciszy, podczas której nasza bohaterka rozpaczliwie usiłuje przypomnieć sobie dowolne słowo w języku angielskim. Kiedyś też zabłysnę swadą. Ewentualnie napiszę sobie tekst wcześniej na dłoni.
Pod żadnym pozorem nie należy niczym go obdarowywać, bo będzie wylewnie dziękował przez kwadrans. Nie należy też się przedstawiać, gdy zapyta, bo można się bardzo zdziwić niedługo później, jeśli występujecie w mediach społecznościowych.
To jest nie do wytrzymania. Jakby was ktoś ptysiami bombardował albo masował watą cukrową.
I ta właśnie wysoko stężona słodycz została przez swoją własną publiczność skazana na wyreżyserowanie sztuki właściwie niewystawialnej. Jak zwykle w przypadku tych osobliwych wydarzeń – dostała na to pięć godzin.
(Nawiasem mówiąc, podtrzymuję opinię ze stycznia, sweterek musi odejść. A w ogóle kto nosi Christmas jumpers na początku października?).

Słodycz zemściła się na publiczności bezlitośnie.
Po pierwsze kazała widzom przebrać się za piratów.
Po drugie zmontowała obsadę z aktorów przyprawiających o migotanie komór (bardzo miły człowiek i bardzo mi się podobało, gdy czaił się u moich kolan) lub przedsionków (facet wygląda doskonale piracko – jakby która była zainteresowana, to ten pan zajmuje się również treningiem personalnym), ale też zatrzymała ekipę, która zawsze w tych wesołych czytankach bierze udział.
Po trzecie, usiadłszy sobie skromnie w kąciku, demonstrowała cały repertuar swoich numerów popisowych, to jest dręczyła niewinnych ludzi regularnym hair porn, zalotnym kręceniem nóżką obutą w znające trudy życia najki, marszczeniem się z przejęcia, rumieńcami, gryzieniem palców (czy oni mogliby ustawowo tego zabronić w tym kraju) i zaraźliwym gulgotem.
Po czwarte naprawdę dobrze jej to wyszło, jak na taką partyzantkę. Widzowie dostali trzy godziny bezdechu, czkawki, łez i bólu brzucha.
Jak zwykle bohaterowie jeden za drugim kopali w kalendarz w męczarniach – literaci czterysta lat temu byli trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza i uważali, że dramatis personae powinny koniecznie umrzeć – i jak zwykle było to przeraźliwie śmieszne. Bo taki też jest koncept całej zabawy.
Nie podejmuję się streszczenia, ale to z pewnością jest bardzo złe dzieło. Być może najgorsze w historii dramaturgii europejskiej. Ono jest tak DURNE, że tego się nie da wystawić serio. Jest antysemickie, antyislamskie, antyfeministyczne, anty co tam jeszcze zechcecie. Wątki pokręcone i urwane w połowie, zero spójności, masa przemocy, masa seksu, a gdy autorowi brakowało wyobraźni do opisania czegoś dialogiem, sięgał po pantomimę, zostawiając aktorom luźne wskazówki, co mają pokazać. Efektem była najbardziej kuriozalna scena, jaką w życiu widziałam. Całkowicie improwizowana, niema scena konwersji na islam, w której aktorzy dobrowolnie zgłaszali się do robienia za księżyc, kapłana, hurysę, małpę, osła, kielich wina lub tron. Biedny tron trochę się namęczył, osioł, będący drobniutką kobietą o połowę mniejszą od dosiadającego go jeźdźca, jeszcze bardziej. Scena kończyła się obrzezaniem głównego bohatera. Publika płakała ze śmiechu, wykonawcy również.
Były też inne cudeńka.
Wszystkie śmierci były bardzo okrutne, bardzo. Ale znowu – trudno nie parskać, gdy leżące na scenie zwłoki zakładają nogę na nogę. Albo gdy czarny charakter każe swojemu umyślnemu się związać, po czym informuje, że teraz on zwiąże jego.
– Jak? – pyta przytomnie umyślny.
– Nie wiem, przewróć mi stronę, to ci powiem…
Zwłoki głównego bohatera, koszmarnie ugodzonego w tętnicę, opadają na zwłoki uprzednio zabitego (mieczem w jelito grube, że to tak ujmę). Uprzednie zwłoki czule obejmują zwłoki główne. Publiczność bezwładnie zwisa z ławek i rzęzi.
Jeden z bohaterów wygłasza żarliwy, przydługi monolog.
– Mam nadzieję, że zrozumieliście cokolwiek z tego – dodaje na końcu, sam nieco skonfundowany.
Groźny pirat z pluszową papugą przyszytą na okrętkę do rękawa każde swoje wejście rozpoczyna złowrogim „haHAA!”.
Aktor, który za chwilę zginie (straszną śmiercią, nie inaczej), pośpiesznie zdejmuje okulary.
Żona jednego z głównych bohaterów zdradza – za kulisami, ale głośno i dynamicznie – męża z tym, co zaraz będzie okulary zdejmował. Jego spodnie lądują na scenie, mąż je znajduje, pożar, sodoma i gomora. W kolejnej scenie pojawia się mufti w turbanie na głowie… udrapowanym z tychże gaci. Widownia wyje.
Nie każdego to bawi, bo to jednak odjechana prowizorka, nader często ocierająca się o granice dobrego smaku – być może dlatego na ogół widzę te same twarze – ale jeśli wessie, to na dobre. Poza tym czasami jest niespodziewanie magicznie i pięknie. No i nigdzie indziej nie doświadczyłam takiej kooperacji widzów z aktorami, tak niesamowicie życzliwej, kumpelskiej wręcz atmosfery; nawet gdyby miała nastąpić całkowita katastrofa, ludzie i tak wiwatują, jakby Bóg wie co zobaczyli. Szaleństwo i stężenie absurdu nie do opisania.
Dopadłszy reżysera na schodach po wszystkim i odbębniwszy tradycyjne nieszczęsne h…h…he…hello, wyjąkałam jedynie, że nie jestem pewna, czy znam stosowne angielskie słowo na określenie tego, co właśnie widziałam. Reżyser trzepnął rzęsami, zagulgotał i odparł, że on takiego słowa też nie zna.

Ta sztuka jest osnuta na faktach. No, w każdym razie opowiada o kimś, kto naprawdę istniał. John Ward rzeczywiście był piratem, który z miłości przeszedł na islam. Przez pewien czas działał całkiem legalnie pod auspicjami Elżbiety I, obrabiając hiszpańskie statki w czasie, gdy Anglia toczyła wojnę z Hiszpanią, ale potem wojna się skończyła i źródło dochodów również. Ward olał zatem ojczyznę i został piratem pełną gębą, na Morzu Śródziemnym. Kradł okręty, łupił, mordował, a jedną ze swoich łajb zatopił (razem z liczną załogą…), bo zainstalował na niej zbyt ciężkie działa.
A tak, wybuchy też były. Bardzo imponująca bitwa morska była. Na confetti i serpentyny. Wszyscy siedzący na dole wytrzepywali z włosów bitewne odłamki.
Ward był podobno pierwowzorem Jacka Sparrowa.
Nie wiem czemu, ale bardzo mnie rozbawiła informacja o tym, że w rzeczywistości ten wielki pirat owszem, liczne miał przygody, ale w końcu osiadł w Tunezji, by zająć się hodowlą kurcząt.

Rzeczywistość dodała swoje trzy grosze. Pierwszy akt kończył się – jakżeby inaczej – dramatyczną śmiercią. Wszyscy potulnie opuścili widownię w antrakcie, żeby obsługa mogła sprzątnąć pozostałości po wspomnianej bitwie… i zobaczyli, że na zewnątrz, przed wejściem do teatru stoi ambulans. Nieśmieszna oczywiście sprawa, ale towarzystwo, mając żywo w pamięci ostatnią scenę, zbiorczo ryknęło śmiechem.

Taak, wiem. Nuda. Ale bądźcie dla mnie wyrozumiali, proszę. Jestem bardzo nieszczęśliwa, że wróciłam. A poza tym mam katar.
Kolejny urlop spędzam nad ciepłym morzem, sącząc daiquiri i unikając wszelkich wydarzeń choć trochę kulturalnych. Tak mi dopomóż.

Reklamy

15 thoughts on “AVAST!!!

    • Blondas naprawdę jest bardzo efektowny – w dodatku kawał chłopa i ma bardzo długie nogi. I raczej słodkie nazwisko, bo nazywa się Jagnię 😛 W normalnych okolicznościach pewnie gapiłabym się z upodobaniem, ale okoliczności były nienormalne, więc nie zwracałam za bardzo uwagi na niego 😉

  1. Taaaaa, bożeszzzz ja tam muszę jechać. I pal licho czy zrozumiem czy nie…. same rozkosze wizualne są warte grzechu, a podparte piękną angielszczyzną, ech….

    • Polecam 🙂 Bardzo polecam. To może się podobać albo nie, ale z pewnością łatwo się tego nie zapomni.
      O ile wiem, kolejna imprezka w tym samym miejscu dopiero w kwietniu, więc jest czas na zaplanowanie. Zaznaczam tylko, że na rozkosze wizualne można trafić lub nie, bo obsada – jeśli w ogóle – jest ujawniana raptem z parodniowym wyprzedzeniem. Natomiast nawet bez nich jest to bardzo… osobliwe doświadczenie.

      • Ja zupełnie poważnie… proszę poradź jak zdobyć bilety. Plus – co jeszcze polecasz (z tego co piszesz, wiesz co w trawie piszczy już miesiące przed wydarzeniem), bo jak już będę, to szkoda nie skorzystać i z innych ofert.

        • Bilety są na ogół do zdobycia jeszcze w dniu wydarzenia w kasie – tłumy na to raczej nie walą. Ten ostatni przypadek to był wyjątek, bo reżyser cieszy się szczególną sympatią, poza tym wszyscy chcieli zobaczyć taką piękną katastrofę… Ewentualnie można sobie wejść na stronę Globe, w zakładkę „Events” i tam kupić bilet online. Będę powtarzać do znudzenia, że sam Globe polecam niezmiennie, wszystko, dla samej przyjemności pobycia tam. I Rose, moje nowe odkrycie, czysta magia. Jeśli chodzi o to, co jeszcze polecam… Hm, trudno powiedzieć. Cały szkopuł w tym, że te rzeczy, które ja najbardziej lubię, to na ogół jednorazowe wydarzenia, a w innych tamtejszych teatrach spektakle żyją na ogół parę tygodni, po czym na dobre schodzą z afisza, więc nawet, jeśli dziś je polecę, nie wiadomo, czy będą jeszcze do zobaczenia 🙂 Tak czy inaczej, dwa z trzech przedstawień, którymi się cieszyłam (poza Ballyturk), na pewno będą grane do połowy stycznia. Oba są świetne.

    • Wątpię, żebym dotrzymała 😉 Ale wakacje na plaży bardzo by mi się przydały – po tym wariackim urlopie jestem przez cały tydzień w rozjazdach służbowych, umieram na katar i marzę o przeleżeniu kilkunastu godzin brzuchem do góry…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s