I feel just like I’m living someone else’s life

Pragnę uspokoić, że nadal żyję, przełączyłam tylko moje baterie w tryb stamina. Od powrotu z Londynu przespałam w domu jedną noc; w drodze będę do końca tygodnia. Zawsze chciałam żyć na walizkach, więc nie ośmielę się narzekać, ale brakuje mi trochę moich codziennych rytuałów, a przede wszystkim – czasu. Wysiadam z pociągu, docieram do hotelu, rzucam bagaże w kąt, rozbieram się i stoję nago przez długie kwadranse pod prysznicem, później zwijam się w kłębek w łóżku i skaczę bezmyślnie po kanałach, aż zasnę. Hotelowa pościel jest zawsze tak samo gładka i sztywna, pachnie pralnią i niczym więcej; zawsze się boję, że niedokładnie zmyję tusz do rzęs i na poduszce zostaną rzewne ślady mojej walki z bezsennością. Wszędzie powtarzalny scenariusz. Odprasowane kamizelki w recepcji, szum klimatyzacji, okna, których nie sposób otworzyć, nad czym ubolewam przy moim wielkim zamiłowaniu do – mniej lub bardziej – świeżego powietrza, zbyt starannie złożone białe ręczniki, moja walizka, której nawet nie chce się rozpakowywać, bo i po co. Rano znowu prysznic, posłodzona rozpuszczalna kawa w towarzystwie BBC World, CNN, cokolwiek tam dają; zjazd windą na śniadanie, dżem i sok pomarańczowy, biuro, siedem godzin rozmów, hotel – albo dworzec – i następnego ranka rewind, 24 godziny od początku. Ratują mnie dźwięki w słuchawkach.
Ostrożnie z tym, o czym marzycie. Bardzo ostrożnie.

W przerwie między jednym a drugim spotkaniem otwieram prywatną pocztę i ku swojemu ogromnemu zdziwieniu widzę w niej wiadomość takiej treści:
I’m thrilled you enjoyed the shows so much. I hope we get a chance to say hello when you next come over.
O, bez wątpienia, proszę pana. Bez wątpienia.
Dorobiłam się drugiego życia – tego tam. I to drugie sprawia, że jakoś wytrzymuję w pierwszym.

PS. Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu – w mrocznych odmętach sieci pojawiają się zdjęcia, więc proszę, tak wyglądało to, co widziałam. Główny bohater lada moment utraci dość istotny z męskiej perspektywy kawałek ciała.

Reklamy

4 thoughts on “I feel just like I’m living someone else’s life

  1. Nie tylko drugiego życia, ale też drugiego zestawu rytuałów z tego co piszesz 🙂 a jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma 😉 te ustandaryzowane hotele są nudne, ale przynajmniej czyste, mnie już los w różne miejsca wysyłał i chyba wolę nijakie cele sieciówek, niż małe prywatne moteliki, gdzie sąsiedzi dają czasu, kurz wita od progu, a prysznic pachnie stęchlizną (choć jest potem o czym pisać 😉 W Stambule mieszkałam vis a vis „tajnego” domu uciech, a w Madrycie w dzielnicy gejowskiej, która budziła się około 1 w nocy, a kolorowe szyldy migały w okno nie dając zasnąć. Wspomina się wspaniale 😉

    • Ja w ogóle lubię hotele. Wszystkie (poza tymi strasznymi, a i w takich się bywało). Sieciówki są o tyle fajne, że człowiek wie, czego się spodziewać, bo wszędzie jest tak samo, natomiast sypiam w nich tylko służbowo. Gdy wybieram sama – zawsze wybieram małe hoteliki, a najlepiej B&B, gdzie może nie wszystko działa jak trzeba, ale gospodarze sami robią śniadanie, częstują winem, mają urocze koty, budynek jest z XIII wieku albo działa w nim staroświecka winda… Choć oczywiście bywały też karaluchy w łazience, w Gruzji klamka od łazienkowych drzwi zostawała mi regularnie w dłoni, a wyprane skarpetki nie wyschły przez 5 dni, w HK okno (o które bardzo walczyłam – tam okno w pokoju to nie jest oczywistość) owszem było, ale wychodziło na szyb wentylacyjny 😉 Ale – to wszystko traktuję w kategoriach przygody i nie psuje mi to wypoczynku. Raz jeden tylko się wściekłam, gdy mnie „przeprowadzono” do innego pokoju pod moją nieobecność.

      • Haha, w Hiszpanii – przynajmniej na południu, nie pamiętam, jak gdzie indziej, w małych hotelach nagminnie okna wychodzą na jakiś komin, a w najlepszym wypadku na korytarz lub patio 😉 Zwłaszcza mają to do siebie pokoje rezerwowane okazyjnie na booking.com ;)) Ale jak już człowiek wie, że jak w opisie pokoju nie ma okna, to znaczy, że po prostu fizycznie go nie ma, to wie jak szukać. O dziwo też najlepiej wspominam nietypowe małe hoteliki, gdzie może był ledwo sikający prysznic, ale za to przemiła i pomocna obsługa i jakiś taki, hmm, KLIMAT 🙂

        • O tak 🙂 Okazyjne rezerwacje to zew przygody!
          Ale tak, maciupkie hoteliki są lepsze. Bardzo miło wspominam mój tegoroczny wywczas w Wiltshire, gdzie trafiłam do najbardziej rozkosznego pensjonatu na całej planecie chyba – śliczny pokoik, w którym pachniało rumiankiem, wszędzie książki i odjechana właścicielka (pisarka nota bene – uściślając, ciągle pisze swoją pierwszą książkę). Brytyjczycy są na ogół mili, taki mają program wgrany, ale ona była miła do sześcianu. I robiła najpyszniejsze śniadania świata. Myślałam, że się rozpłaczę ze szczęścia nad jajecznicą. Zamierzam tam wrócić na wiosnę.
          No i był jeszcze neapolitański pan Eugenio, dumny właściciel B&B – na piętrze potężnej kamienicy, jak to często we Włoszech. Toaleta pamiętała Mussoliniego chyba, w rurach wyło, każda sztuka pościeli z innej parafii, ale to nic, bo pan Eugenio – okrągły jak księżyc w pełni – co rano wbiegał niepokojąco zdyszany ze świeżymi rogalikami i własnoręcznie przygotowywał ładnie spienioną kawę, tytułując mnie Alessandra i całując po rękach przy każdej okazji 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s