Stories only happen to those who are able to tell them

Walcząc z deszczem i wiatrem od gór, w których niestety spadł już śnieg, pognałam dzisiejszego wieczoru na randkę z Paulem Austerem.
Wspaniały człowiek.
Olśniewająca erudycja i ironia. Na dobry wieczór powiedział, że pisać, jeśli już się chce, trzeba o tym, co nie daje nam spokoju, czymś, czego nie możemy wyrzucić z głowy, czymś, co nas męczy – inne tematy niekoniecznie są warte wysiłku; być może trzeba będzie odłożyć je na lata. Recytował Chaucera w Middle English (brzmiąc jak rasowy germański oprawca) i zachichotał, że prowadzący spotkanie aż się przestraszył. Opowiadał o tym, jak reżyserował film i bał się przerwać improwizującym aktorom; jak ktoś wydzwaniał do niego w wierze, że dodzwonił się do Agencji Pinkertona (i Auster bardzo bolał, że nigdy nie powiedział: „Tak, a w jakiej sprawie?”). Mówił, że najbardziej wolni jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy sami w zamkniętym pokoju – wolni, ale nigdy samotni, bo w gruncie rzeczy składamy się z innych ludzi, których spotkaliśmy po drodze i którzy coś w nas zaszczepili. Mówił o przypadkach, najbardziej niesamowitych przypadkach, które wyśmialibyśmy w powieściach i filmach, ale w rzeczywistości jednak się zdarzają. O tak, zdarzają się.
Wychodziłam zakochana.
Lubię ludzi, których chciałabym słuchać przez całą noc. Lubię pisarzy, którzy przedkładają treść nad formę. Nie ubierają prostych rzeczy w gęste falbanki spiętrzonych zdań, żeby udowodnić czytelnikom, jakie to mają giętkie pióro. Lubię tych, którzy trzymają się sedna. Auster właśnie taki jest.
(Dodam też, że nasze nowe ICE jest naprawdę piękne, ogromne i imponujące. Jest tam też przeraźliwie zimno, ale to cudo działa od raptem paru dni, więc może jeszcze nagrzać nie zdążyli. Mimo zsiniałego nosa jestem pod wielkim wrażeniem. Zabawne, jak wielu opinii naczytałam się o tym, że tak nowoczesna architektura nie pasuje do Krakowa – cóż, Kraków to nie muzeum, ale miasto jak każde inne na tym łez padole, i jak każde inne potrzebuje zastrzyków świeżości).

Humor zepsuł mi się bardzo, gdy w drodze do domu przeczytałam w tramwaju felieton Macieja Nowaka o transmisjach.
Powiem krótko.
Albo nie. Powiem długo.
Gdyby zsumować wszystkie moje wyjazdy do UK w ciągu ostatniego roku, spowodowane względami osobistymi i nie tylko, wyszedłby ponad miesiąc spędzony w Londynie i okolicach. W tym czasie, korzystając z okazji, obejrzałam na miejscu 28 przedstawień. Mam to wielkie szczęście, że mogę. Przyszły rok zapowiada się podobnie. Wychodzi na to, że moje ciężko zarobione pieniądze trafiają w ręce krwiopijców o imperialistycznych zapędach. Nie zmienia to faktu, że regularnie uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych w moim grajdołku, jak wskazuje pierwsza część powyższej notki (choć też można by się uczepić, Auster wszak jest nowojorczykiem). Nie uważam brytyjskiego teatru za lepszy od polskiego – tego rodzaju porównania moim zdaniem są pozbawione sensu – acz jest bez dwóch zdań inny. Długo by mówić o różnicach, ale podejrzewam, że to niekoniecznie kogokolwiek interesuje, więc ten fragment pominę, bo i tak czytelnicy mogą już mieć serdecznie dość, że ja znowu o tym samym.
Nigdy nie byłam na koncercie muzyki, dajmy na to, grindcore, w związku z czym nie pisuję o muzyce grindcore. Z samochodów rozróżniam ładne i brzydkie, więc nie podnoszę kwestii motoryzacyjnych. Jak się jednak okazuje, można publikować felietony w dużym dzienniku, nie mając pojęcia o zjawisku, które obiera się za temat swoich ubolewań.
Obawiam się, że w przeciwieństwie do autora mam pewne rozeznanie w temacie – nie tak duże, jak chciałabym, bo żaden ze mnie edukowany specjalista, po prostu bardzo zapalony widz – toteż pozwolę sobie wtrącić mój grosik.

Jeśli o mnie chodzi, nie zamierzam stawiać tym wstrętnym imperialistom najmniejszego oporu. Mogą sobie dokonywać dywersji, perfidnie sącząc w uszy nadwiślańskiej widowni wersy tego swojego barda, wymawiane z tym swoim akcentem. Proszę bardzo.

Pisałam wielokrotnie, że nie przepadam za oglądaniem teatru w kinie ani w telewizji, bo to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Nie i już. Nie ta sama ekscytacja. Nie usłyszę, że aktor gra chory i zanosi się koszmarnym kaszlem, gdy tylko wpada za kulisy, jak to się ostatnio zdarzyło. Nie zobaczę, jak się gotuje albo zapomina tekstu i szyje naprędce, albo opluwa ludzi w pierwszym rzędzie podczas swojego żarliwego monologu. Nie będę mogła przez cały wieczór gapić się nabożnie na jedną osobę z obsady, bo kamera wybierze za mnie, na co patrzę. Brakuje mi nawet tego charakterystycznego zapachu. Ale – chodzę na NT Live. Czasami bywam zachwycona i mam ochotę klaskać na końcu, czasami szlag mnie trafia, gdy dookoła siedzą fanki, które przyszły pooglądać gołą klatę Hiddlestona i na każde jego słowo reagują piskliwym chichotem. Z drugiej strony nie mogę patrzeć na nie krzywo; moja przygoda z miejscem, jak je nazywa mój ulubiony dramaturg, bardzo nienormalnym, zaczęła się tylko dlatego, że w liceum zapisałam się na warsztaty teatralne, bo skrycie się kochałam (jak to ja) w facecie, który je prowadził. Ktoś może pójść na filmową buzię, powód dobry jak każdy inny, a wrócić do domu oczarowany przedstawieniem samym w sobie i znienacka odkryć w sobie miłośnika XIX-wiecznej dramaturgii skandynawskiej.
Teatry za kanałem La Manche, tak samo jak nasze, czasami proponują widzom niesamowity chłam. Ale te transmitowane spektakle to naprawdę dobre rzeczy, nie wersje light z celebrytą w głównej roli, tylko bardzo mocne, rzetelnie zrealizowane, wciągające produkcje. To po pierwsze. Po drugie, to często są widowiska zmajstrowane z wielkim technologicznym rozmachem i warto coś takiego choć raz zobaczyć, niechby po to, żeby następnie przez cały wieczór zadawać sobie pytanie: „JAK oni to zrobili?…”. Po trzecie – to tak naprawdę powinien być pierwszy punkt – transmisje są wyciągnięciem ręki do widza; trafiają do ludzi, którzy dotychczas do teatru nie chodzili, nie lubili, a nagle odkrywają, że to wcale nie taka straszna nuda. Uczą się. Dobrze jest się uczyć. Po czwarte, można urlopu nie dostać, żeby obejrzeć na miejscu (być może pan autor nie jest świadom faktu, że życie brytyjskiego spektaklu potrafi trwać dwa tygodnie, a potem demontują scenografię i cześć pieśni, innej okazji nie będzie). Można nie mieć forsy na podróż do Anglii. Można polec w walce z przeciążonymi serwerami i tysiącami chętnych, bowiem kupowanie biletów na bardzo popularne przedstawienia to bywa regularny Mortal Kombat; ludzie ustawiają się w kolejce do kasy w środku nocy czasami. Koniec końców wreszcie, tyle się mówi o kulturze nieznającej granic, a tu się okazuje, że niektórzy tych granic broniliby zapamiętale. Po co?… Nasze teatry wbrew pozorom nie świecą pustkami. Idąc dalej tym torem i broniąc rzekomo demolowanego lokalnego rynku, możemy w ogóle ograniczyć repertuar do Słowackiego i Gombrowicza, jakby nie byli wystarczająco wyeksploatowani.
Podejrzewam, że dyrekcja National Theatre przejmie się strasznie oskarżeniami o neokolonializm i jutro jak jeden mąż pójdzie skakać z pobliskiego mostu z kamieniami u szyi. Ciekawam, czy autor felietonu, domagając się gościnnych występów, zarejestrował w ogóle fakt, że Shakespeare’s Globe był u nas nie dalej jak miesiąc temu.

A w ogóle to mierzi mnie strasznie retoryka z gatunku: „bywam w teatrze i jestem przez to niebywale wyrafinowany, bo to taka wysoka kultura”. Otóż nieprawda.

Reklamy

2 thoughts on “Stories only happen to those who are able to tell them

  1. otóż, to co najwyżej snobizm… przez wzgląd na chwalipięstwo

    kultura, tak mnie wychowywano, nigdy nie krzyczy i nie zwraca na siebie uwagi, nie szuka „fleszy”… kultura po prostu jest i jednym z jej objawów, tak mnie uczono kiedyś, jest skromność… a skromność i chwalenie się… ni jak mi ze sobą nie korelują

    … osobiście nie chodzę do teatru, gdyż… na zadupiu nic takiego nie funkcjonuje… teoretycznie, mogłabym raz na jakiś czas kopsnąć się do miasta wojewódzkiego własnego lub ościennego, ale jakoś mi nie po drodze w czasoprzestrzeni finansowej, gdyż zwyczajnie – byłaby to już cała wyprawa

    swego czasu, w mieście poprzednim zamieszkania, które też jest zadupiem, ale nie aż takim jak obecne, chadzałam na spektakle w ramach wiosennych lub jesiennych spotkań teatralnych, ale… z czasem bilety zostały cenami wywindowane w kosmos, a spektakle coraz bardziej mierne jakościowo… a na pojedyncze perełki w morzu chłamu… dostać bilet, graniczyło dla prostego człowieka, bez znajomości, z cudem…

    • Ja mam uczulenie na przekonanie, że jeśli coś jest niszowe, to jest lepsze. Nie jest. Nie widzę żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałyby mnie boleć książki w dyskontach i teatr w kinie.
      Myślę już od pewnego czasu, że wielkim problemem części śmietanki kulturalnej naszego pięknego kraju jest stawianie siebie samych na piedestałach i spoglądanie z tych piedestałów na tłuszczę w dole. Drugim problemem jest niekompetencja. Przeświadczenie o należeniu do elity na ogół ją pogłębia, bo człowiek traci kontakt z rzeczywistością.

      Ja się właśnie zastanawiam, czy autor tego zasmucającego felietonu kiedykolwiek próbował zdobyć bilet na głośny spektakl w ramach Boskiej Komedii. Wątpię, bo o bilety walczyć musi pospólstwo, czyli ja i wiem dobrze, że czasami rozchodzą się w mgnieniu oka. I to na przykład dowodzi, że naszemu teatrowi transmisje przedstawień w kinie z pewnością nie zaszkodzą. Być może nawet pomogą, bo zachęcą ludzi do bywania.

      A apel do National Theatre kończący ten tekst jest tak żenujący, że słów brak. Już widzę, jak dyrekcja NT posypuje głowę popiołem w akcie pokuty za tę niebywałą hańbę, jaką jest umożliwianie maluczkim na całym świecie oglądania swoich przedstawień za bardzo nieduże pieniądze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s