I say patattah

Anglosaski teatr w ubiegłym tygodniu stał się naczelnym tematem na polskich blogach. Nigdy nie sądziłam, że takiego dnia dożyję, ale cóż, widocznie rok dobry dla okołoteatralnych afer – najpierw Golgota, teraz to. W związku z tym ciekawy wątek poboczny.
W miniony piątek aktorzy West Endu – dość znane buzie, wystarczy powiedzieć, że jeśli oglądacie angielskie filmy, możecie je znać i już tu ich nazwiska padały – wyszli na ulice, żeby sprzedawać Big Issue, czasopismo, które na ogół dystrybuują bezdomni lub ludzie mający jakieś tam problemy z utrzymaniem się na powierzchni. Włożyli kurtki, które sprzedawcy BI zawsze noszą i jęli zachęcać mijających ludzi do nabycia pisemka.
Myślicie, że przechodnie rzucali się na nich z piskiem i wyrywali sobie egzemplarze z rąk?

Żeby było śmieszniej – choć to niezbyt właściwe słowo w tym kontekście – artyści krążyli pod teatrami, w których pracują, obwieszonymi z każdej strony podświetlanymi zdjęciami swoich gwiazd.
Takie akcje są powtarzane co jakiś czas, a refleksje uczestników ponuro niezmienne: jest ciekawie, ale bardzo ciężko. Ludzie, do których po spektaklach ustawiają się kolejki fanów chcących podpis, zdjęcie, poradę życiową, wyznać miłość i tak dalej, zdumiewająco łatwo stają się niewidzialni, zbywani, omijani.

Jeśli nie macie nic do roboty w ten piękny, mglisty poranek – który na przykład moi znajomi spędzają, siedząc od sześciu godzin na krakowskim lotnisku i czekając, aż pogoda się poprawi – możecie przysłużyć się nauce, czyli wziąć i powiedzieć „ziemniak”.
(Tak, jeden z autorów to ten głos; mam nadzieję, że ktoś wreszcie umieści na Jutubie dziesięciogodzinną pętlę z nim czytającym cokolwiek, albo po prostu mówiącym potejtopotejtopotejtopotejto).
Ja tymczasem włączam dynamiczny funk i oddalam się posprzątać (wiem, niedziela, ale wczoraj okropnie mi się nic nie chciało – no, może niezupełnie nic, bo z wielkim zapałem zaangażowałam się w oglądanie filmów i jedzenie). Rodzina mnie dziś nawiedza i niekoniecznie chciałabym demonstrować mój wielki talent do aranżowania przestrzeni wokół siebie w sposób odbiegający od standardów przyjętych w cywilizacji zachodniej. A poza tym sprzątanie dobrze robi na głowę, co istotne w chwili, gdy człowieka życie uczuciowe wskakuje na nowy poziom skomplikowania.

Reklamy

2 thoughts on “I say patattah

  1. w niedzielę najlepiej się pierze
    właśnie rozwiesiłam ostatni ładunek i nareszcie usiadłam do wieczornej kawy

    • Najlepiej, to fakt. Ja lubię rano sobie nastawić i kawunię pić przy wtórze szumiącego bębna 😉 O tej porze kawy pić nie mogę, bo przy moich kłopotach ze snem nie zasnęłabym przed środą… ale kieliszek białego wytrawnego nie zaszkodzi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s