Medea was in love, and nothing could cause her rest

Przez ostatnie dni Krakowa nie było. Co roku o tej porze przerabiamy to samo; miasto nam znika. Mieszkańcy popadają w niewdzięczną melancholię i snują się po ulicach, tęskniąc za widokiem własnego cienia – za widokiem czegokolwiek właściwie. Jesienią mój grajdołek, zanurzony w gęstej mgle, staje się miejscem bardzo fotogenicznym i jeszcze bardziej depresyjnym (szczególnie dla tych, co nie mogą udać się na urlop, bo nasze lotnisko, jeden z czołowych małopolskich powodów do dumy, w takiej pomroce nie działa).

Wydarzenia ostatnich dni zaowocowały jedną tylko refleksją. Bardzo otóż cieszę się z tego, że odkąd pamiętam, nie znoszę i unikam przynależności. Zawsze byłam bardzo „osobna”. To z pewnością nie czyni ze mnie łatwej w obejściu, ale chroni mnie przed sytuacjami, w których muszę deklarować lojalność, przed kwasami w towarzystwach wzajemnej adoracji itepe. W życiu swoim całym tylko raz należałam do stowarzyszenia – jeszcze na studiach. Wytrzymałam trzy miesiące. Klasycznie rozumianą paczkę przyjaciół miałam tylko w liceum, później odkryłam, że lepiej mniej, ale lepiej. Im jestem starsza, tym bardziej mi się pogłębia to przekonanie. Moja uporczywie podkreślana niepodległość nie jest cechą wspaniałą i godną naśladowania, nie mam co do tego złudzeń, ale nie zamierzam nad tym pracować. Językiem biznesowym mówiąc – to moje akceptowalne ryzyko. A gdy obserwuję, jak dorośli ludzie powtarzają czyjeś mętne bzdury i przyklaskują sobie nawzajem bez cienia pomyślunku, żeby tylko nie wypaść z łask towarzystwa, to mi trochę słabo się robi.

Jeżeli nie macie dziś wieczorem nic do roboty, a macie w pobliżu Multikino, przypominam o Medei. Bo autorce się podobało. Wiecie, że ja podejrzanie lubię mroczne historie, mrocznych bohaterów, wątki ciemne, dołujące i niejasne moralnie, i trudno byłoby znaleźć historię lepiej pasującą do moich upodobań. Przy czym to jedna z tych rzeczy, które pozbawiają was dobrego humoru w taki sposób, że chcielibyście, by ktoś was codziennie dobrego humoru tak pozbawiał. No i ścieżka dźwiękowa. Mam wielką słabość do Goldfrapp, więc moja opinia siłą rzeczy jest wykrzywiona, ale gdy muzyka przyprawia mnie o dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, to znaczy, że jest dobrze. O ile nie odstraszy was przeraźliwy krzyk w pewnym momencie, tutaj więcej. A tu, wśród tych niepokojących dźwięków, zaraz wydarzy się wiadome zło.

I zaraz ogłaszają tegoroczny program Boskiej Komedii. Końce roku to taki smutny czas. Kojarzą mi się wyłącznie z wbijaniem zębów w ścianę po tym, jak kupiło się za dużo biletów na wszystko, co chciałoby się obejrzeć.

Reklamy

16 thoughts on “Medea was in love, and nothing could cause her rest

  1. Widzisz, dlatego powinnaś pisać bloga temu teatrowi, bo ja np. też właśnie kupiłam bilecik i idę na tę Medeę, a co. A dodam, że do teatru nie chodzę wcale, a do kina z rzadka. Ale mam wolny wieczór, chyba ten argument do mnie przemówił 😉

    • Bardzo się cieszę 🙂 Nawet jeżeli po fakcie uznacie, że to było ponure,niestrawne i wogle o co cho (aczkolwiek mam nadzieję, iż nie uznacie).

      Ja do równowagi do kina nie chodzę – tj. chodzę tylko na te rzeczy, z rzadka daję się namówić na coś innego. Filmy wolę oglądać w domu (najlepiej metodą binge watching, jeśli mam na to czas, i w trybie „kanapa, kocyk, rarytasy”; to jedyne, co osładza mi perspektywę nadchodzącej jesieni – mam duuużo nieobejrzanych filmów).

      • Haha, nie wiedziałam, że to ma nazwę! Ja też raczej taki watching lubię najbardziej, zresztą z tym samym zestawem obowiązkowym.
        Jak będzie ponure i niestrawne, to zwalę na Twój dziwny gust, ale przynajmniej nie będzie że nie spróbowałam 🙂

        • Heheh 🙂 Nie zaprzeczam, bywa dziwny… Ale że nie transmitują w kinach Read Not Dead (i raczej nigdy nie będą), a do niektórych zamiłowań wolę nie przyznawać się na trzeźwo – żywię nadzieję, że nie narażę nikogo na nadmierny stres moimi polecankami 🙂

          • No więc spieszę donieść, że Medea bardzo, ale to bardzo! Wciąga i nie puszcza 🙂 A w ogóle to super scenografia, muzyka, nie mówiąc o Helence, którą do tej pory kojarzyłam tylko ze… Skyfalla, gdzie udało jej się powiedzieć jedno zdanie (wielokrotnie złożone, ale co z tego). Także tego, no, można Ci zaufać 😉

  2. Na zadupiu nie ma multikina, a ze zwykłym kinem też różnie bywa… np. seans zostaje odwołany bo… jest 3 osobychętne 🙂

    zdecydowanie masz zgłosić własna kandydaturę do tego bloga teatralnego – bez zbędnego dyskutowania mi tu proszę.

    Uwielbiam pasjami Kraków utopiony we mgle 🙂 działa na mnie pobudzajaco i wyciaga z depresyjnych klimatów.

    A co do diety „zęby w ścianę” to można do mamy na weekend skoczyć i się obiad dostanie, a później sa święta i też człowieka z drogi wszędzie nakarmia.

    • Przed chwilą z kina wracałam – gdybym nie znała drogi do domu na pamięć (wszak po wielokroć pokonywałam ją na autopilocie, ekhmkhm), to bym nie trafiła 🙂 Wszystko fajnie, ale to „ciemno” trwa już trzy dni i gdy człowiek rano wygląda przez okno, ma ochotę natychmiast wrócić do łóżka.
      Bardzo liczę na te święta, zwłaszcza że coś mi się wydaje, że zaraz po nich będę wyjeżdżać na chwilę (czyli trzeba będzie nie tylko uzupełnić braki, ale i najeść się na zapas).

  3. Śpieszę poinformować, że ja również dołączam się do fanek NT Live. Wyobrażam jednak sobie, że na żywo to dopiero jest coś! Jestem jednak i tak pod wrażeniem! Dzięki za rekomendację!

  4. Byłam wczoraj na Medei – bilet kupiłam już kilka tygodni temu. To już mój kolejny spektakl NT i za każdym razem jestem zaskoczona. Niby klasyczna wersja, bez specjalnych realizacyjnych fajerwerków, ale tytułowa rola po prostu świetna. Cudowna. Muzyka w finale postawiła mi resztki włosów na głowie. Gdybym jednak miała wybierać ze wszystkich realizacji, to chyba wygrywa chwilowo „Dziwny przypadek…”. Nie dotarłam ostatnio na „Tramwaj”, coś mi wypadło, mam nadzieję, że będzie okazja. Uściski!

    • Będzie okazja – w listopadzie seanse powtórkowe, więc jeszcze będziemy mogły, że tak powiem, czepić się tramwaja 😉

      Wracając do Medei, Helen McCrory miażdży w tej roli. Niesamowitą charyzmę ma ta kobieta, niesamowity głos. Chapeau bas, że nie zrobiła ze swojej bohaterki ani zimnej psycholki, ani rozedrganego siódmego nieszczęścia. Swoją drogą, dawno nie gapiłam się z takim zafascynowaniem na prosty gest zapalania papierosa.

      A „Przypadek…” też bardzo mi się podobał, choć załzawiłam się strasznie. No i ostatnia scena, rozwiązywanie zadania z algebry – MEGA.

      PS. Zabawne, ale wychodzi na to, że my się spotykamy nader często ostatnimi czasy, tylko o tym nie wiemy 😀

  5. A najlepsze, że się kiedyś przecież spotkałyśmy – ale to było KILKANAŚCIE lat temu, więc pewnie teraz wyglądamy inaczej 😉
    Kolejny mój spektakl to będzie „Prześwit”, ale tym razem w Kijowie, bo wcześniejszy termin w Multikinie mi nie pasuje. A potem jest jakiś spektakl tylko dla dorosłych, więc będę na 100% 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s