The ghosts of long-dead cookies

Jakby mój grajdołek nie był dość dziwnym miejscem, okazało się dziś, że w tutejszych cukierniach można było nabyć bułeczki z dodatkowym nadzieniem. Psychoaktywnym. Niestety nikt mi o tym nie powiedział wcześniej, a policja skonfiskowała bułeczki, zanim przed cukierniami ustawiły się długie kolejki krakusów. Szkoda, przydałoby się akurat.

Po pierwsze primo, zamieszanie w sprawach damsko-męskich ma się dobrze i najwyraźniej nie zamierza się zwijać. W szczegóły wchodzić nie będę, bo z wiekiem przechodzi mi zapał do opisywania życia erotycznego i/lub uczuciowego na blogasku, a poza tym sama nie ogarniam.
Po drugie primo, są na tym najlepszym ze światów ludzie, których kiedyś chciałam przytrzymywać pod wodą, ale teraz już tylko smutny uśmiech pogodnej rezygnacji u mnie wywołują. Nie jestem pewna, czy to w istocie postęp.
Po trzecie primo, może to jest dziwne, ale bardzo nie lubię, gdy ktoś bierze sobie moją robotę i prezentuje ją jako własną. Na domiar szczęścia spotyka mnie to drugi raz w ciągu bodaj miesiąca. Jeśli delikwent nie umie sam, to może powinien rozważyć przerzucenie się na inne zajęcie albo poprosić o pomoc, której chętnie udzielę, albo, do kurwy nędzy, zwyczajnie spytać, czy może skorzystać z tego, co wyprodukowałam – ale zrzynanie jest brzydkie. Zrzynanie przyprawia autorkę o niezgorszy wściek. Człowiek się wysila, rwie włosy z głowy, gdy proces twórczy nie idzie, stara się, żeby to wszystko miało ręce, nogi i do tego nie powielało znanych do bólu schematów, wypija przy tym za dużo kawy – po czym jakiś czas później odkrywa, że komuś bardzo, za bardzo spodobał się efekt jego wielogodzinnej męki.
Zabawne, że takie gamonie są przekonane, iż nikt się nie zorientuje. A nawet jak się zorientuje, to przecież nic takiego się nie stało. Inspiracja taka. Komplement właściwie.
Ale czemu ja się w ogóle dziwię, ech. Kiedyś, wiele lat temu czytałam dokument spłodzony przez mojego ówczesnego przełożonego i zdziwiłam się, że tak mu się angielski poprawił (bo nie był dobry – oględnie rzecz ujmując). Z ciekawości skopiowałam pierwszy akapit i wbiłam w wyszukiwarkę. Koleś cały tekst ściągnął z internetu.

Oj. Właśnie doczytałam, że stężenie narkotyku w ciasteczkach było tak niskie, iż na samopoczucie nie mogło wpływać. Ubolewam i poszukuję innego sposobu na uspokojenie – z cichutką nadzieją, że miłośnik pożyczania bez pytania dostanie straszliwej wysypki wszędzie, a najbardziej w miejscach intymnych tuż przed rozbieraną randką.
Jeśli go przyłapię trzeci raz, zobaczy, jak wredni potrafią być mili ludzie.

W Weltschmerzu towarzyszy mi ten bezbłędny i piękny numer, ale słuchałam go już tyle razy, że weźcie go ode mnie, nim mi zaszkodzi. Ten rytm, ten rytm.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s