Neon lights, shimmering neon lights

Zawsze natrząsałam się z grodzonych osiedli i mam za swoje.
Ogrodzili mój przepastny apartament.
Płot rósł od dni paru, a ostatecznie wyrósł wczoraj, gdy siedziałam w domu, bo 1) miałam pisać artykuł, 2) głowa była nieco ciężka po długim wieczorze, więc oglądałam zwierzątka na Jutubie i czytałam bardzo złe blogi.
Zrobili to tak sprytnie, że dziś rano wyjście do sklepu po bułeczki urosło do rangi problemu, gdyż nie mogłam znaleźć furtki. Być może któregoś dnia dostrzegę sens w tym pomyśle, ale dziś jeszcze nie jest ten dzień. Wiem, że wielu sąsiadów chciało. Osobiście wolałabym, żeby nam wspólnota zorganizowała jakiś piknik zapoznawczy, a nie ostrokoły stawiała.
Ponieważ rankiem znowu obiecałam sobie, że napiszę ten cholerny tekst, wyszukuję sobie dziwne zajęcia, słucham muzyki chóralnej na przemian z Deanem Martinem, na przemian z Charlotte Gainsbourg, na przemian ze Starwalker i zdobywam ciekawą, zupełnie niepotrzebną wiedzę.
Oto przykład tej wiedzy. Wszyscy pamiętają, jak mniej więcej półtora roku temu poszłam do teatru i gwałtownie stałam się bardzo religijna, bo przez bite trzy godziny modliłam się żarliwie: „Panie Boże, ja cię proszę, niech on na mnie spadnie”.
Nic takiego się nie stało.
Nie boleję, opatrzność mi wynagrodziła z nawiązką. Właściwie to powinnam być wdzięczna, że moje modły nie zostały wysłuchane, bo oto dowiedziałam się, że moja wstydliwa słabość rzeczywiście raz wzięła i spadła ze sceny. Na widza. Widz pewnie byłby wniebowzięty, gdyby nie fakt, że spadająca gwiazda niechcący wymierzyła mu solidnego kopniaka w fizys.
Przy całym bezmiarze moich zachwytów nie jestem pewna, czy chciałabym mieć pamiątkę w postaci szwu na twarzy.

Poranna prasówka pozwoliła mi dowiedzieć się również, że mieszkam w mieście, dla którego nie ma ratunku. Ruja i porubstwo (co, nawiasem mówiąc, jaskrawo ilustruje poprzedni wpis). No i jak żyć.

Reklamy

7 thoughts on “Neon lights, shimmering neon lights

  1. zdjęcie On-ego mnie nie wzruszyło, ale klif na którym stoi… jeju -taki spacer dołem, lub górą, mniejsza o to – ten klif mnie po prosu uwodzi jak nic 🙂

    • Niestety żeby zobaczyć ten klif na własne oczy, należy udać się do Nowej Zelandii. Czasami, gdy mnie życie bardzo boli i mam ochotę wszystkim cisnąć w trybie natychmiastowym, sprawdzam sobie ceny biletów na trasie Kraków-Wellington… i wtedy boli mnie jeszcze bardziej. Nie mam nawet takiego limitu na karcie kredytowej.

    • Sądząc po wstępnych wynikach – jeśli się zmieni, to nie w tym kierunku, w którym bym chciała.
      A kiedyś już nawet sprawdzałam przepisy imigracyjne obowiązujące w Nowej Zelandii…

        • Proszę bardzo:
          – be 55 or under
          – be healthy
          – be of good character
          – speak English.
          To są wstępne kryteria dla tzw. „skilled migrants”. Punkt trzeci szczególnie mnie ujął 😉 Jeśli to spełniasz i masz umiejętności, których akurat Kiwiland potrzebuje (nie wiem niestety, jakie to umiejętności), mogą Cię zaprosić do ubiegania się o wjazd na stałe. Turyści nie potrzebują wiz. Gdyby to nie było dwa dni samolotem stąd i gdybym miała większy limit, też bym już na klifie stała, co chodzi mi po głowie jeszcze bardziej, odkąd zobaczyłam instrukcję bezpieczeństwa ichnich linii lotniczych.

          • wiesz…wizja 2 dni w samolocie jest przerażająca, jeśli to miałby być wylot na kilka dni… ale na kilka miesięcy… 😛
            chyba muszę na serio popracować nad moim angielskim… więc może wybiorę się tam wpierw odwiedzając Jej królewską wyspę 😉 … i jakiś kurs dla emigrantów …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s