Kill the house lights

W sobotni wieczór na Kazimierzu, gdy tłum na ulicach i w knajpach akurat zaczyna gęstnieć, żegnam się ze znajomymi, zakładam płaszcz, wciskam pięści w kieszenie i maszeruję przez most.wpid-dsc_0012_16.jpg
Idę do ICE, żeby na rok zakończyć przygodę z Boską Komedią – w towarzystwie Drugiej kobiety.

Czytałam kiedyś piękny felieton Caitlin Moran o jej spotkaniach z fanami – prawdziwymi fanami, nie łowcami autografów. Napisała, że uważa tych ludzi za niesłychanie odważnych, bo często przychodzą z bardzo intymnymi wyznaniami – odsłaniają miękki brzuch przed zupełnie obcym człowiekiem w nadziei, że chociaż przez 30 sekund będą dla niego tak ważni, jak on dla nich; dziękują za inspirację, za uratowanie życia w trudnym czasie, przynoszą w prezencie szalik, który sami zrobili, wyznają miłość. Potem odchodzą uśmiechnięci jak najszczęśliwsi ludzie pod słońcem. Nie mogą wiedzieć, czy idol w istocie nie okaże się tępym dupkiem zupełnie niezainteresowanym ich historią, ale odkładają na bok strach przed upokorzeniem. Nie ośmielają się nawet pomyśleć, że te krótkie momenty mogą wywrzeć na idolu jednakowo silne wrażenie, co na nich. I od takiego właśnie spotkania, tylko tragicznego w skutkach, zaczyna się ten spektakl.
Szum miasta, cienie przechodniów z parasolkami, chaos i histeria pod stage door. Fanka rzuca się na szyję wychodzącej z teatru gwieździe i woła, że ją kocha. Odepchnięta przez ochronę, chwilę później wpada pod samochód i ginie.
Gwiazda wraca do swojej bezpiecznej samotni, do niewyczerpanych zapasów whisky i fajek, do wiernego, wpatrzonego w nią jak w obrazek garderobianego, który zawsze czeka ze słodkim komplementem i przygotowanym drinkiem. Próby do nowego spektaklu idą fatalnie. Reżyser nie panuje nad tym, co się dzieje, między gwiazdą i jej partnerem zero chemii, zblazowana autorka tekstu ciągle ma pretensje. W sztuce gwiazda ma zagrać kobietę w swoim wieku, ale broni się przed tym jak może, argumentując, że wiek jest nudny. A do tego wszystkiego w lustrze, w którym gwiazda się przegląda, naciągając sobie policzki i pijąc do odbicia – naraz pojawia się duch zmarłej fanki. Nie będzie chciał odejść tak sobie. Zresztą może to wcale nie duch, tylko utracona młodość prześladująca dojrzałą kobietę, samą jak palec, niepogodzoną z metryką.
Na premierę gwiazda dociera spóźniona i zalana w sztok. A jednak wychodzi na scenę, zatłukłszy wcześniej swojego demona. Gwiazda ma jasny, coraz bardziej potargany kok. Jej bohaterka – ciemne, krótkie włosy. Jak Danuta Stenka, która przypadkiem ją gra. Staje przed przejętą publicznością ze śladem łzy na policzku i pyta: „Naprawdę chcecie wiedzieć, ile mam lat? Chcecie?”.
Ciekawe zresztą, że wszyscy bohaterowie – poza nią i jej nemesis w różowej sukience – noszą imiona aktorów. Sceniczny partner, z którym nie potrafi się dogadać, a który robi wszystko, żeby jakoś tę katastrofę odratować, jest Adamem, aktor grający kochanka ma na imię Dawid (szkoda, że tak go mało w tym przedstawieniu, bo jest irytująco utalentowany – nie tylko dlatego, że umie na klarnecie; spójrzcie na jego rolę w „Chce się żyć”, w „Jesteś Bogiem”, w teatralnym „Nietoperzu”; rodzi nam się supernowa). Zrozpaczonego reżysera wołają Roman. A w kąciku siedzi szemrzący przez interkom inspicjent.
Bardzo lubię teatr w teatrze – takie chwile, gdy nie wiem, czy to, co widzę, jest ciągle sceną ze spektaklu, czy już nie. Gdy opadająca kurtyna albo zapalające się nagle światła to może kolejny artystyczny zabieg. Coś mnie w tym dzieciacko ekscytuje, bo to jakby otwierał się świat, do którego zazwyczaj widzowi nie wolno zajrzeć.
Dawno nic mnie tak nie wgniotło w fotel. Wyszłam bardzo poruszona. Zapewne są w tym kraju przedstawienia lepsze i bardziej przejmujące, ale to akurat z jakichś przyczyn wyjątkowo mnie dotknęło.
Główną rolę w tym spektaklu gra Danuta Stenka i wiecie – ona nie jest z tej planety. To postać z innego, lepszego uniwersum. Niebywałe zwierzę sceniczne. Innych aktorów przy niej nie widać. To jest nasze wielkie dobro narodowe. Chapeau bas.

A dzisiaj kocyk, odgrzewana kaczka i książki. „Angole”, którymi próbuję się zniechęcić do wyjazdu – ze zmienną skutecznością – i wspaniała opowieść o Misi Sert. Och, czemuż ja nie mogę być z zawodu protektorką artystów… W odróżnieniu od większości kobiet z jej kręgu rozumiała, że przyjemność tkwi nie w konkretnych rzeczach, ale w sposobie, w jaki się z nich korzysta (…) Unikała nudy i uwielbiała się śmiać, w przeciwieństwie do innych kobiet, które ze strachu przed zmarszczkami rzadko sobie na to pozwalają.
Starała się uciec od nieuniknionego losu. Zagłuszała prawdę marzeniami.
Niepokojąco mi to bliskie.

Reklamy

3 thoughts on “Kill the house lights

  1. a byłas moze na „Koncercie życzeń” ze Stenką.. ?? ponoć genialne, spektakl gdzie nie pada ani jedno słowo.. „monodram” Stenki… Widziałam urywki w tv w Tygodniku Kulturalnym…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s