Through enjoyment we endure

Dobra. Dawajcie mi ten bilet na samolot w ciepłe kraje, bo przysięgam, nie wytrzymam i nie chcę żadnych świąt.
Niestety na kolejnym bilecie stoi data za 20 dni od dziś – i kraj niezbyt ciepły, ale to nieważne. Byle dotrwać. Jakoś. Zacisnąć zęby, spiąć się, udać, że niczego nie widzę i nie słyszę, i po prostu przebrnąć.

Jakby tego było mało, bałagan w mojej głowie osiągnął rozmiary, których już nie potrafię opanować. Najchętniej nabawiłabym się amnezji. Odkochała zupełnie albo zakochała w kimś trzecim, zgodnie ze znanym powiedzonkiem o dwóch takich, co się biją. Tymczasem utrudniam sobie zadanie na wszelkie możliwe sposoby. Z jednym rozmawiam przed zaśnięciem, domyślając się, że zapewne przyśni mi się drugi – albo że obudzę się w nocy, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie przyszła od niego wiadomość.
– Jak to wyjechałeś? Ale wrócisz?
– Pewnie, że wrócę. To tylko na chwilę.
Och, koleżanko. Jak na Kogoś, Komu Ani Trochę Nie Zależy, zadajesz bardzo niestosowne pytania.

Wynajduję sobie różne zajęcia, żeby odseparować się od całego zamieszania, od serca stłuczonego w drobny mak, samotności w tym tłumie, przymusowego milczenia, bo komu o tym powiedzieć i po co. Codzienne drobiazgi są dobre. Piorę. Brwi wyskubuję. W wannie leżę. Po księgarniach chodzę (do końca roku ani jednej sztuki więcej, słowo daję – ale najświeższy nabytek jest doskonały i musicie go mieć), zamykam się w kuchni – przenośnie, bo w mojej kuchni zamknąć się nie sposób, nie ma drzwi – i piekę. Odkąd odkryłam, że umiem, robię to w niemal każdy weekend. Sprawia mi to ogromną przyjemność, nie tylko samo międlenie surowego ciasta, oblizywanie palców i wycieranie zabrudzonych cynamonem rąk w spodnie, ale też karmienie każdego, kto akurat się nawinie. Chłopaki w pracy się cieszą.
Jak na ironię moja wstydliwa słabość postanowiła dziś poinformować ludzkość, że też będzie piekła przy niedzieli. Świetnie. Wielkie umysły myślą podobnie.
Dodała z niezmierzonym okrucieństwem, iż jako że jest sama w domu, zamierza piec na golasa.
Eeehm.
Bezskutecznie próbuję wytrząsnąć sobie z głowy ten obraz. Dziękuję bardzo, doprawdy.
No, ale przynajmniej myślę o czymś innym niż dotychczas.

Reklamy

3 thoughts on “Through enjoyment we endure

  1. Hm. Czytasz tak dluzo, ze zapewne juz natknelas sie na Majgull Axselsson. Ale jesli nie, to naprawde warto sie natknac. Jej ksiazki wgniataja w ziemie, wedlug mnie ‚Dom Augusty’ i’ Kwietniowa Czarownica’ sa najlepsze.

    • O tak – znam ją, potwierdzam, wgniatają. „Kwietniowa czarownica” jest doskonała.
      Niestety dziś wyskoczyłam na chwilę z biura na obiad i ZNOWU minęłam księgarnię, i ZNOWU wlazłam, i ZNOWU… Bo akurat mieli na półce „Śmierć przybywa do Pemberley”, a ja Jane Austen bardzo, jej pastisze tym bardziej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s