Last of the melting snow

Ujmę to tak.
Miałam pewne wyobrażenie o tych świętach i wcale nie czekałam na nie – to wiecie. Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej przytłaczająca. Na tyle, że nie mogę doczekać się chwili, gdy obudzę się w moim własnym łóżku, w mojej własnej sypialni (którą, nawiasem mówiąc, powinnam sprzątnąć, bo zostawiłam w niej, nie bójmy się tego słowa, pierdolnik z gatunku nieprzyzwoitych), przebiegnę tylko do kuchni po herbatę i słodkości, po czym zakopię się pod kołdrą na nowo, z książkami, muzyką i telefonem przełączonym w tryb samolotowy.
Czytałam gdzieś rzewne polemiki z tymi czującymi podobnie – że niby po co ten cynizm i w ogóle, gdy bombeczki i dzwoneczki takie piękne. To nie cynizm. Trzeba mieć bardzo ograniczone poziomy empatii, żeby nie domyślać się, że za czyjąś niechęcią do świętowania mogą stać rozmaite mocno dołujące sprawy, a nie żadna tam chęć kontestowania i płynięcia pod prąd.
Jestem przeraźliwie zmęczona. Muszę sobie psychę zrestartować i chociaż przez parę godzin nie być twardzielem. To nie takie proste, bo wcale nie lubię mojej zbroi zdejmować, ale w ostatnich dniach zaczęła mi już ciążyć; jeszcze trochę i złamie mi kręgosłup.

Dla mnie Gwiazdka jako taka, moja osobista i wyczekana, będzie dopiero za dwa długie tygodnie; tymczasem ogromnie potrzebuję przynajmniej 48-godzinnej emigracji wewnętrznej, podczas której będę mogła robić tylko to, na co będę miała ochotę, przez cały dzień boży w piżamie albo i bez. I co mi zrobicie. Tańce w kuchni, grzany miód przed południem, cały sezon krwawego serialu cięgiem, frywolne pogaduszki, leżenie w wannie, aż się człowiek pomarszczy itepe. Ot, błoga rozkosz władzy totalitarnej w swoim maleńkim królestwie.

Równowagę psychiczną pomagają mi zachować książki i męczony w kółko kawałek, odkryty rok temu jakoś o tej porze. Znakomicie się sprawdzał jako ścieżka dźwiękowa do łażenia po mroźnym lesie o poranku – i nadal działa równie dobrze. A poza tym jest ciągle piękny. Każdego dnia o poranku wrzucam w słuchawki te lub podobne smyczki i fleciki, zabieram psy i wychodzę pooddychać. Jeśli natomiast chodzi o literaturę, nie będę nawet próbowała ściemniać, że brnę przez ambitne dzieła. Ambitne dzieła chwilowo mam w głębokim poważaniu.
Połknąwszy zbiorowe wydanie powiastek o Mary Poppins – nie żebym nie znała na pamięć, bo to najukochańsza postać mojego dzieciństwa, a że wypuścili efektowne nowe wydanie, musiałam mieć – zabrałam się za Stephena Kinga na jedną nóżkę, a na drugą, no niestety, Śmierć przybywa do Pemberley. Ma się rozumieć. Na okładce stało, że to mroczna kontynuacja Dumy i uprzedzenia, więc zanim się zorientowałam, stałam przy kasie, ściskając egzemplarz. Nie pojmuję tylko, czemu Darcy jest taki miły w tej książce. Oczywiście wiem, że to zabawa konwencją. Wiem też, że w oryginale dobry był zeń człowiek, po prostu niezbyt sympatyczny, ale jakoś mi brak tego napuszenia. Na razie sama staję się coraz bardziej napuszona, słowo daję, bez emigracji wewnętrznej rozpoczętej w trybie pilnym nie wytrzymam długo.
Dwa tygodnie.
Dwa.
Tygodnie.

PS Właśnie zauważyłam, że pękło mi pół miliona wejść. W mordeczkę

Reklamy

9 thoughts on “Last of the melting snow

  1. 🙂 dwa tygdnie zlecą

    ps. chciałam przy okazji zapytać, bo choruję na to wydanie Mary Poppins, ale czy to jest wydanie mniej więcej A4?? czy mniejsze.. no bo jeśli większe niż A4 (a takie gdzieś widziałam) to podziękuję.. wolałabym normalny format ksiażkowy, choć wiem ze grube, ale jednak ..

    • Tak. Format spory, w dodatku 900 stron tekstu. Pewnie da się zdobyć pojedyncze tomy, są znacznie mniejsze. Ja mam gdzieś jeszcze wydanie z lat 60., w którym Mary ma na imię Agnieszka 🙂

        • Tak, Agnieszka. Oryginalne imię zostało przywrócone na prośbę autorki.
          Nota bene, znalazłam dziś kuriozalny wątasek, w którym zbudyniałe matki-Polki utyskują na Mary Poppins („straszna, bezczelna, arogancka baba, miała kobrę za kuzyna, jak to można dzieciom czytać”) – proszę: http://www.maluchy.pl/forum/lofiversion/index.php/t31400.html
          Najbardziej rozbawiła mnie refleksja, że dzieci, którym podobały się te książki, nie zaznały miłości i ciepła, dlatego uważały zachowanie Mary za normalne… Uśmiechnęłam się i pożałowałam, że to bardzo stary wątek, bo aż mnie paluszki zaswędziały, żeby wyprodukować kąśliwą odpowiedź.

  2. a proszę Cię, zajrzałam na to forum – rany…przecież nie ma idealnego świata i idealnych opiekunek, gdzie te matki żyją? Nie pojmuję…
    Taka niania jak Mary to najlepsza szkoła życia dla malucha 😀

    • Kosmos, nie? Tom się dowiedziała sporo o mojej źle ukształtowanej wrażliwości 😉
      A Mary to piękna szkoła wyobraźni też. Na mnie te książeczki wywarły ogromny wpływ i myślę, że moje umiłowanie tajemnic i przekonanie, że rzeczy nigdy nie są do końca takie, jak się wydają, to w dużej mierze wpływ tej lektury. Zresztą Janeczka i Michaś nie wyglądali na jakichś uciśnionych przez tę koszmarną babę, przeciwnie – nie znam dziecka, które by nie chciało, żeby niania zabrała je do gwiezdnego cyrku, na arkę Noego, albo kupiła mu balonik unoszący właściciela w powietrze 🙂

  3. jedna z najpiękniejszych zapisanych rzeczy dla mnie to właśnie z Mary Poppins, jak się najmłodsze dziecię Banksom urodziło i z promykiem słonecznym rozmawiało, coś wspaniałego, a postać Mary – cymes, do tej pory lubię takie charakterki. którą to uwagę rozwinę, by ogólnie Autorce bloga złożyć wyrazy za całokształt, który często łaskocze (no co ty nie powiesz!..), ale zawsze przeczytania wart i krzepi, że tak myślący ludzie są.

    • Prawda? Cudne są też te rozmowy najmniejszych bohaterów ze szpakiem i ten jego smutek – że lada moment zapomną ich wspólnego języka. I zapominają, bo dorastają… To jest przepiękna, zabawna, wzruszająca i bardzo bogata w niuanse książka (a przy okazji ciekawy, mocno ironiczny obrazek przedwojennego brytyjskiego społeczeństwa).
      W ogóle muszę dodać, że to nowe wydanie przygód niani, Janeczki i Michasia kupił mi w prezencie tata, bo był świadkiem, jak kwiknęłam na widok tej książki na wystawie. A sama dokupiłam sobie biografię Pameli Travers; zabiorę się za nią, gdy tylko wrócę do domu.

      Co do drugiej części Twojego komentarza – mówisz, że to krzepi?… 🙂

  4. uwielbiam Mary Poppins 🙂
    Emigracja wewnetrzna raz po raz to mus, ja mam lekko nadwyrezone bateryjki I kabelki po tym roku I z przyjemnoscia przystalam na propozycje zostania w domu przez tydzien.
    Wanna, ksiazka, sofa, koc.
    Wszystkiego lepszego w 2015!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s