First Aid Kit Marlowe

Wróciłam. Mówiłam przecież, że zaraz będę z powrotem. Mam kolosalny deficyt snu, bo nie było czasu na coś tak banalnego. Najchętniej uderzyłabym w kimono, ale muszę spisać wszystko, nim zapomnę. No, może nie wszystko.

Przyleciałam do Zjednoczonego Królestwa z duszą na ramieniu, bo huśtało nami tak, że ja – która latać się nie boję – zaciskałam kurczowo palce na poręczy fotela, ubolewając, że testamentu nie spisałam. Koszmar. Wysiadałam blada i ziemię gotowa całować.

Otrząsnęłam się, owinęłam moim dłuuugim szalikiem i wsiadłam w pociąg, żeby dojechać na południowy brzeg – musiałam spotkać mojego Golema.
To jest rzecz, której słowami nie da się opisać. Coś, czego dotychczas nie było. Animacja, w którą ‚wchodzą’ żywi aktorzy (połączenie jednego z drugim dech w piersi zapiera) i pyszna muzyka na żywo – każdy z wykonawców potrafi na czymś grać, więc przy okazji widz dostaje trochę niezłego punka. Olśniewający wizualnie teatr, przepiękna rzecz. I mądra do tego. Oto jest mały, nieśmiały, niedoceniany przez nikogo człowieczek. Oto jest Golem, gliniana kreatura, która może spełnić każde jego żądanie. Może za niego pracować, znacznie wydajniej, niż człowieczek kiedykolwiek dałby radę. Ale co, jeśli Golem zacznie się uczyć? Jeśli nauczy się mówić? Jeśli zacznie człowieczkowi wmawiać potrzeby? Jeśli zacznie nim rządzić?… Golem ewoluuje z pokracznej, niemej figury z gliny (z dość komicznym przyrodzeniem) maszerującej bezmyślnie za właścicielem, by wreszcie przybrać formę wszczepianego do głowy czipa, który właścicielem sprytnie steruje. Zabawka kręci życiem posiadacza. Dość znajome, prawda?
Gdy zapaliły się światła na widowni, byłam rozbawiona, bo to prześmieszne, i wstrząśnięta, bo to gorzkie i bardzo mocne. Wszyscy mamy swoich Golemów. Te Golemy szepczą nam do ucha, co powinniśmy robić i jak, chcesz tego, kup to, musisz to mieć, myślisz tak, jak ja ci mówię. Golem to cała nasza współczesna kultura – wydaje nam się, że to my wybieramy sobie z niej to, co nas kręci, ale już dawno zdecydowano za nas.
Rzecz nie do zapomnienia. Jedna z tych, które zbierają tylko dwa rodzaje recenzji – entuzjastyczne i takie pytające „WTF”. Osobiście należę do pierwszego obozu, bo jak wiadomo, lubię rzeczy dziwne. Golem niebawem rusza w trasę po kontynencie; naszego kraju na razie w planach nie mają, ale Chryste Panie, niech ich ktoś zaprosi.
Wyszłam z teatru, znów zamotałam mój niebezpiecznie długi szalik (powiadam, skończę kiedyś jak Isadora Duncan), pofrunęłam metrem do hotelu, żeby zrobić się na bóstwo i godzinę później biegłam na kolejny spektakl, dość wyjątkowy, choć z zupełnie innych przyczyn.

W naszym pięknym kraju pokutuje przekonanie, że teatr jest czymś niesłychanie poważnym, świątynią niemal. Do teatru trzeba ładnie się ubrać. Teatr jest z definicji nudny i nie wiadomo, o co chodzi (poza tym, oczywiście, rządzi nim lobby homoseksualne), a artyści to dziwni ludzie.
Za Kanałem sprawy mają się nieco inaczej. Na przykład nikt do teatru ładnie się nie ubiera – czasami nawet nie ma to szczególnego sensu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przez trzy godziny stać na dziedzińcu Globe w szpilkach. Natomiast jedno się potwierdza. Artyści to dziwni ludzie.
W dobie mediów społecznościowych nikogo nie dziwi, że trailery spektakli są wrzucane na Jutuba, żeby widz mógł upewnić się, czy w ogóle chce wydać swoje ciężko (lub nie) zarabiane pieniądze na bilet. Nikogo też nie dziwi, że teatry mają profile na wszystkich tych Facebookach i Instagramach. Wreszcie nikogo nie dziwi, że aktorzy w owych czasach mają smartfony i nie wahają się ich używać. Tym samym widzowie pewnego spektaklu przez osiem miesięcy niemal codziennie dostawali bonus w postaci zdjęć zza kulis, publikowanych w wielkiej obfitości przez trzech panów z Gertie Dressing Room. Większość tych obrazków wywołuje w oglądającym reakcję „na co ja w ogóle patrzę”. Bo oto człowiek zyskuje cudowną możliwość obejrzenia sobie bożyszcza kobiet w rajstopkach. Albo zbliżenia na krocze jego wesołego kolegi (chciałam wrzucić, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że uratuję resztki mojej już i tak sponiewieranej godności). Albo trzech mężczyzn siedzących wspólnie w wannie, ponieważ dlaczego nie. I całej masy innych zdumiewających scen. Dodajmy, że odtwórca głównej roli był ofiarą nieustannego dokuczania i niewybrednych żartów, gdyż towarzysze z garderoby korzystali z każdej szansy, żeby podkraść mu telefon i w jego imieniu publikować kretyńskie wpisy na Twitterze, strzelać mu z ukradka kompromitujące fotki albo parodiować jego sesje zdjęciowe. Bardzo się nad nim znęcali.
Będzie mi szczerze brakowało tej dokumentacji. Niestety w sobotni wieczór została wrzucona ostatnia fotografia, już wcale nie zabawna, bo wtedy też odbyło się ostatnie przedstawienie w tej obsadzie. Ostatnie przedstawienia mają na ogół bardzo specyficzną i poruszającą atmosferę, bo z jednej strony pełno w nich psikusów i mrugania okiem do widowni, z drugiej – jest smutno. To nie film, który można sobie odtwarzać dowolną liczbę razy. Wiecie, że widzicie coś po raz ostatni w życiu; to coś za chwilę przejdzie do historii.
Dowiedziałam się o dacie tego wydarzenia na tyle wcześnie, że ze spokojem mogłam kupić bilet i miałam niezbite wrażenie, że ogromna większość ludzi siedzących na widowni oglądała to po raz przynajmniej trzeci. Nie wiem, czyją mamą była pani obok mnie, ale podczas przeraźliwie długiej owacji nieszczęsna się popłakała – zresztą było coś takiego w powietrzu. A później niektórzy czym prędzej pośpieszyli na zaplecze, żeby wymienić tradycyjne pozdrowienia i niektórzy są z siebie bardzo dumni, bo wreszcie udało im się poprowadzić całkiem normalną konwersację, nawet pokusić się o żarcik, mimo że uroczość jak zwykle bezdusznie ich bombardowała uśmiechami, pachnieniem jak pierniczek i byciem niestosownie miłym. Co więcej, niektórzy są już przez uroczość rozpoznawani (khhh… nie jestem pewna, z jakiego powodu, ale to nie ma znaczenia). Co jeszcze więcej, gdy niektórzy już się żegnali, usłyszeli: love your jacket, by the way. Tak, ja też kocham mój płaszczyk, a teraz będę chciała zostać w nim pochowana, dzięki. Też mi się podoba bardzo, przywiozłam go dawno temu z Madrytu, ździebko ekstrawagancki jest, ale to dobrze – papuzie kolory to świetna tarcza dla nieśmiałych.
Przedstawienie będzie wystawiane jeszcze przez kilka miesięcy i gorąco polecam, gdyby ktoś akurat wybierał się do Albionu – za nową obsadę nie ręczę, bo nikogo z nich nie znam, ale jeśli będzie w połowie tak postrzelona i zżyta ze sobą, jak ta, która właśnie rozjechała się na zasłużone wakacje, to będzie dobrze.

W niedzielę, gdy już wygramoliłam się z łóżka (bo poprzedniej nocy, zamiast pójść po bożemu spać po powrocie do hotelu, zabrałam się za świńskie rozmówki i nagle zrobiła się czwarta nad ranem), ruszyłam obcować ze sztuką. Wreszcie wyszło słońce i wiatr nieco się uspokoił.
wpid-dsc_0007.jpg
wpid-dsc_00082.jpg.jpeg
Pechowo po drodze zalazłam do księgarni, ale nie chcemy o tym mówić. Ponieważ zakupione tomiszcza nie miały prawa zmieścić mi się do wypchanej „dozwolonej jednej sztuki bagażu podręcznego” (co poradzę, że zawsze mi po drodze jakiś Primark wyskoczy), podczas odprawy nonszalancko trzymałam je pod pachą z miną mówiącą „tak, jestem taką intelektualistką, że nawet dwugodzinnego lotu nie zniesę bez pięciu opasłych książek – i tak, jest mi zimno, dlatego mam na sobie dwa sweterki”. Znacie ten ból. Tak czy inaczej, najpierw koniecznie chciałam zobaczyć wystawę Allena Jonesa i na wystawę Allena Jonesa poszłam.
Wiele lat temu Allen Jones zaprezentował światu rzeźbę pt. Krzesło. Skandal był wielki. W latach osiemdziesiątych zostało toto poważnie uszkodzone przez wojujące feministki i musiało zostać odrestaurowane. Bogiem a prawdą, sama będąc feministką, wystawą byłam zachwycona od chwili, gdy weszłam do pierwszego pokoju. Stały w nim stoliki – takie kawowe, jakie większość z nas ma w domu, ze szklanym blatem. Tylko że te blaty opierały się na klęczących manekinach w gorsetach i sznurowanych butach.
To jest piękny, olśniewająco kolorowy, figlarny, perwersyjny, przesiąknięty erotyką pop-art.
Na wystawie nie wolno było robić zdjęć – a szkoda – ale poświęciłam się i kupiłam wam katalog. No dobrze, sobie kupiłam. wpid-dsc_0021.jpg
wpid-dsc_0019.jpgwpid-dsc_00222.jpg.jpeg
Ta leżanka, hm. Spoko leżanka.

Z Królewskiej Akademii Sztuk pognałam co koń wyskoczy nazad na Strand, żeby obejrzeć sztukę, która poszła źle. Dosłownie.
To wielki hit, rzecz niby niezbyt ambitna, ale jednak imponująca, zrobiona przez małą grupę świrów, którzy przez długie miesiące objeżdżali z nią Anglię, aż zyskali taki rozgłos, że dostali teatr na West Endzie i jakoś do jesieni będą to codziennie grać. W skrócie – to teatr w teatrze. Mój najbardziej ulubiony gatunek. Jest sobie otóż trupa teatralna, która usiłuje wystawić spektakl w stylu Agathy Christie, czyli „kto zabił”. Niestety trupa składa się z samych fatalnie grających nieudaczników, zakochanych w sobie i ślących widowni uśmiechy nawet jako zwłoki, lub też nieporadnych, złapanych w korytarzu w ostatniej chwili i zmuszonych do wejścia na scenę. Nieudaczna jest też obsługa techniczna. Scenografia się rozpada, pożar wybucha, rekwizyty się psują albo znikają, inspicjent jest zajęty bawieniem się telefonem, więc nikt nie wie, kiedy ma wejść, a gdy zapomina tekstu, musi sobie radzić sam; wreszcie femme fatale dostaje drzwiami w czółko i trzeba na gwałt znaleźć zastępczynię, bo przedstawienie musi trwać… I przedstawienie trwa. Jest koszmarne, ale trwa. Pies mający grać w drugim akcie gubi się w przerwie, więc aktor dostaje samą smycz. Nosze, na których miał być wyniesiony nieboszczyk, urywają się, toteż nieboszczyk usiłuje niepostrzeżenie wyczołgać się za kulisy. Wykonawcy wyglądają, jakby myśl „kurrrwa, co za żenada” walczyła w ich głowach z myślą „OK, opanuj się, jedziemy dalej” – wiedzą, że to całkowita klęska, ale ciągną rzecz do końca z jakimś desperackim entuzjazmem kamikaze. Cudnie się to ogląda, bo to popis wielkiego aktorskiego profesjonalizmu. Owszem, to slapstickowy humor, ale wszystko wali się tak perfekcyjnie i cała ta pozorna improwizacja jest pod tak doskonałą kontrolą, że chapeau bas. Dodać trzeba, że Mischief Theatre, czyli towarzystwo odpowiedzialne za całą tę produkcję jest bardzo konsekwentne i z jednakowym urokiem zawala również swój PR.
Niedawno w Bagateli odbywało się polskie czytanie tej sztuki; bardzo bym chciała, żeby ją wystawili u nas.
Z teatru ruszyłam prosto na lotnisko, na którym oczywiście mój z trudem spakowany bagaż został wybebeszony, a kremy sprawdzone pod kątem zawartości materiałów wybuchowych (dlaczego zawsze ja…), po czym mruczące silniki zaniosły mnie do domu.
wpid-dsc_0018.jpg
Pod własną kołdrę wlazłam po trzeciej w nocy. Będę odsypiać ten weekend przez tydzień.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s