Ale to jest Szekspir

Chciałabym, żeby napad amnezji pozbawił mnie wspomnień z dzisiejszego dnia. Brrr. Mózg mi zgalareciał.
W nagrodę za cierpienia kupiłam sobie sushi na kolację.
W mojej dzielnicowej Biedronce.
O, smutna ironio naszych kapitalistycznych czasów.
Nie było jakieś specjalnie dobre (przynajmniej dali dużo marynowanego imbiru…), ale zawsze przyjemnie pozasuwać pałeczkami.
Śmiem przypuszczać, że nikogo nie interesuje moja kolacja, idźmy zatem dalej. Nie żeby dalej było bardziej pasjonująco, bo o teatrze będzie.

Gdy stałam wczoraj w kolejce do szatni w Starym Teatrze, by wymienić moje futerko na numerek, młoda dama od stóp do głów odziana w lśniącą taftę posłała mi SPOJRZENIE.
Tak, wiem, w dżinsach przyszłam.
Rozejrzałam się i uświadomiłam sobie dotkliwie, że wokół same tafty, jedwabie, cekiny, perły i zamszowe szpilki. Wielkie nieba, jest środek tygodnia…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że też miałam na sobie nobliwie czarny sweterek.

Usadowiłam się w fotelu, kurtyna opadła (tak – opadła, nie podniosła się) i zobaczyłam papieża w lektyce oraz rząd pokornych duchownych oddających mu hołd. Bo kto powiedział, że akcji Króla Leara nie można przenieść do Watykanu?… Znaczenie pozostaje takie samo, ta historia jednakowo mocno wybrzmiewa osadzona w odrealnionym, dusznym światku stolicy Piotrowej, w którym każdy ma chrapkę na władzę, a najmocniejsze więzy są nic nie warte.
Jerzy Grałek w głównej roli to czysta godność; może niedołężny starzec, może postradał zmysły, może wcale nie? – do końca dostojny w swojej słabości, bez cienia zbędnej pompy i emfazy. Wspaniała rola.
Ale, ale. Moment, w którym Edmund Gloucester tańczył w swojej wirującej sutannie, był momentem, w którym pomyślałam, że cokolwiek dalej się wydarzy, wrócę do domu zadowolona. Niechby dla tej jednej sceny warto kupić bilet. Już kiedyś rozpływałam się nad scenicznym urokiem Bartosza Bieleni i nadal uważam, że połączenie delikatnego, niemal dziecięcego piękna z lodowato spokojnym głosem i niepokojącym błyskiem w oku jest mieszanką wybuchową, która na scenie doskonale się sprawdza. Chyba mam nowego ulubieńca w mieście.

Podobało mi się. To nie jest wybitne przedstawienie; nie coś, co was sponiewiera emocjonalnie i skłoni do rozmyślań nad kondycją ludzkości – nie wybitne, ale moim skromnym zdaniem dobrze na nie pójść. Ten spektakl jest przede wszystkim oszałamiający, wysmakowany i piekielnie bogaty wizualnie; czysta przyjemność dla oka. Scenografia jest pozornie żadna, ot, ściany i drzwi – ale mnóstwo można na tych ścianach wyczarować światłem i obrazami z kamery zawieszonej nad sceną; efekty tych czarów momentami zapierają dech. A muzyka, och muzyka. Ta dziwna, jeżąca włosy wersja Nothing Compares 2 U otwiera i zamyka całą opowieść.
Tu macie trailer (z tańczącym Edmundem…) na zaostrzenie apetytu.

Wróciłam wczoraj do domu, jęłam guglać (tak mam, że lubię sprawdzać, co inni myślą na temat tego, co akurat zobaczyłam lub usłyszałam; bardzo efektywny sposób na podnoszenie mojego zwykle niskiego ciśnienia) i oczywiście trafiłam na recenzję pełną ubolewań, że w świątyni sztuki znowu się znęcają nad geniuszem barda, w dodatku ten okropny Klata znowu śmie kalać narodową scenę. O jejciu.
Akurat sobie ostatnio przywiozłam z miasta, w którym bard spędził ładny kawałek swojego życia, książkę autorstwa człowieka o prawdopodobnie najpiękniejszym głosie, jaki na tym świecie istnieje, przy okazji posiadającego ogromną wiedzę o twórczości Szekspira. Pochłonęłam całą w jedno popołudnie; to cudna lektura. Bardzo przyjemnie się to czyta, bo autor ma wdzięcznie cierpkie poczucie humoru i żongluje popkulturowymi aluzjami, ale ani na chwilę nie odbiega od tematu.
Od czasu do czasu ten i ów zżyma się na uwspółcześnianie wiekowych sztuk i wyciąga argument jego zdaniem kończący dyskusję, mianowicie „ale to jest Szekspir!”. Wszyscy ci zwolennicy koturnowości i wierności tradycji moim zdaniem powinni w te pędy zapoznać się z tym, co pan Crystal ma do powiedzenia.
Dużo ma, bo siedzi w temacie po uszy, w dodatku jest dziedzicznie obciążony – jego szanowny papa to uznany fachowiec od angielszczyzny. Ponadto jest aktorem, który w sztukach Willa S. również występował. Poza tym wreszcie objeżdża świat z warsztatami. Mam wielką nadzieję, że uda mi się zapolować na jakieś wydarzenie z udziałem onego, choć obawiam się, że gdyby się do mnie odezwał, to bym zemdlała.
Crystal w tej uroczej książeczce rozbiera Szekspira na części pierwsze i wydobywa jego tajemnice, ale najpierw zdejmuje go z zaśniedziałego cokołu. Podkreśla, że nie istnieje żaden jedynie słuszny sposób interpretacji Szekspira – są najwyżej wskazówki. Odkrywa, jak w kwestiach – nie w didaskaliach! – William przemycał instrukcje dla wykonawców; „reżyserował” ich przez tekst. Wyjaśnia, że słynny pentametr jambiczny (de-DUM-de-DUM… – częsta rada dla nierozumiejących, co Will miał na myśli, niestety działająca tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z angielskim oryginałem, brzmi: zacznij czytać na głos i cię olśni) miał w rzeczywistości pospolicie praktyczne zastosowanie, bo łatwo było wypowiedzieć cały wers na jednym oddechu, brzmiało to naturalnie, a aktorzy szybciej uczyli się tekstu na pamięć – rytm im pomagał; najlepiej nam wszystkim znany rytm, w którym nasze ciało pracuje przez cały czas. He wrote speech, not speeches.
A nade wszystko Crystal przestrzega przed traktowaniem barda jak bóstwa, o którym można dobrze albo wcale, a jeśli dobrze, to tylko na kolanach i szeptem.
With fame has come a respect, a trend to deify him, to make his play sacrosanct. The six official commandments of Shakespeare:
You Cannot Change Any Of The Words
He Must Not Be Translated
He Must Be Performed A Certain Way
He Must Be Spoken A Certain Way
He Must Be Spoken Of In A Certain Way
We Will Celebrate His Birthday As If He Were Royalty
Alright, I just made those up. But you’d be surprised how many people deem every word absolute truth
.
To jak u nas z Mickiewiczem, nieprawdaż.
Otóż Szekspir nie wiedział, że pisze klasykę. Nie siadał do pisania z myślą „ach, oto zaraz spod mojego pióra wyjdzie arcydzieło, które za 400 lat będzie kanonem na całym globie”. W gruncie rzeczy on w ogóle nie tworzył literatury, ale scenariusze; dostarczał aktorom narzędzia do pracy. Szekspir pisał, jak wszyscy jemu współcześni, na czas i dla pieniędzy. Czasu nigdy nie było dużo, bo wtedy teatry potrzebowały nowej sztuki właściwie co tydzień. Pisał dla aktorów, nie dla czytelników (bo w jego czasach kupowanie wydrukowanych egzemplarzy dramatów to był jakiś kosmiczny snobizm). Pisał też w kawałkach. I nie zawsze sam. I nie wszystko w jednej wersji. I to, co czytamy teraz, zostało i tak po wielokroć uwspółcześnione. Nie ma czegoś takiego, jak „autentyczny” Szekspir. Tym samym zupełnie nie rozumiem, co takiego nietykalnego ma być w jego sztukach i czemu obruszać się na fakt, że ktoś ubiera jego historie we współcześnie modne szatki. Wątpię, by komplementem dla autora było traktowanie jego wytworów jak obiektów muzealnych, które traktuje się z nabożną czcią i od czasu do czasu odkurza miotełką, ale które są kompletnie martwe. Jeśli te opowieści są tak uniwersalne i plastyczne, czemu z tego nie korzystać? Czemu nie osadzać ich w przeróżnych kontekstach, skoro cały ich geniusz tkwi w tym, że da się to zrobić bez najmniejszego uszczerbku na znaczeniu?

Czasami lepiej zdjąć te niewygodne koturny, naprawdę. Bez nich więcej widać i słychać.

PS Bibliotekarz z Orkad jest sławny. W radio był (szkocki akcent bardzo drapie w uszy, ale on jest taki uroczy…).

Reklamy

2 thoughts on “Ale to jest Szekspir

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s