There are no miracles on Mondays

Zaprawdę powiadam, jest w życiu wiele przyjemniejszych chwil niż taka, w której stukacie notatki podczas niesłychanie ważnego spotkania, gdzie padają niesłychanie ważne słowa i wtem uświadamiacie sobie, że jeśli spotkanie nie skończy się w ciągu najbliższego kwadransa, to dalszą część notatek będziecie musieli spłodzić długopisem (którego nie macie) na papierze (którego nie macie), bo bateria coraz słabsza. Oczywiście spotkanie się przeciąga. I dokładnie w momencie, gdy mają paść najważniejsze ze wszystkich niesłychanie ważnych słów, ekran waszego laptopa staje się przerażająco, zupełnie i całkowicie czarny.
Modliłam się, żeby tych ważnych słów nie było za wiele, bo inaczej zapomnę i będzie problem.
– Zapisałaś to wszystko? – wyszemrało moje najwyższe kierownictwo.
– Oczywiście – odparłam z kamienną twarzą.
Na moje szczęście – i ku utrapieniu niektórych mężczyzn – mam dobrą pamięć.

Jakby tego było mało, po godzinie pisania innego dokumentu zamknęłam go, nie wcisnąwszy uprzednio CTRL+S, więc cała zawartość poleciała w kosmos. To nie jest mój dzień. Może dlatego, że nie mam dziś na sobie żadnej z moich szczęśliwych bransoletek, którymi zwykle dzwonię z daleka. Jako zabobonna baba rzadko wychodzę z domu bez całego arsenału moich talizmanów, niemniej dziś dramatycznie zaspałam i wybiegłam z domu, złapawszy tylko rzeczy najpotrzebniejsze. Właściwie to powinnam się cieszyć, że zaspałam, bo jak wiadomo, od pewnego czasu mam raczej odwrotny kłopot.

Po weekendzie nie mogę się nadziwić, jak mocne potrafią być nasze więzy z ludźmi, których właściwie znamy słabo, widujemy niezbyt często, a jednak za każdym razem nie możemy pozbyć się wrażenia, że oni w naszym życiu byli od zawsze – no chyba, że znamy się z poprzednich wcieleń. Nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. To jakbyście odkryli, że macie bliźniaka (chyba – nigdy nie miałam rodzeństwa). Ja się nie zaprzyjaźniam łatwo i w gruncie rzeczy nie potrzebuję zbyt wielu ludzi w moim życiu, ale czasami, zdecydowanie zbyt rzadko, coś od razu klika i od razu wiem, że osobnik myśli tak, jak ja.
To miłe.
Mniej miłe jest to, że weekend zepchnął moją dietę w otchłań (bądźcie przeklęte, buraczane gnocchi w Trufli, utaplane w lubieżnej ilości koziego sera). A już tak dobrze szło. No cóż. Jest poniedziałek, możemy zacząć od nowa. Temu przecież służą poniedziałki.

Ach, zapomniałabym – ciekawa muzyczka na dziś. Tym razem nie smęty. Panowie lubią wykorzystywać w swoich kawałkach różne nietypowe dźwięki z przeszłości – i w tym przypadku wzięli na warsztat nagrania rozmów między centrum kontroli lotów w Houston a załogą Apollo 8, okrążającego akurat Księżyc. Wyszło im coś bardzo poruszającego.

Reklamy

4 thoughts on “There are no miracles on Mondays

  1. Bo wszelakim urządzeniom na baterię ufać nie należy. Długopis i kartka przynajmniej się nie wyładują (chociaż jeśli już ma być źle, to i długopis się wypisze). A poniedziałki są przeważnie złośliwe i wredne, taka ich natura. Jutro będzie lepiej 🙂

    • A to racja. Przy czym jestem głęboko przekonana, że ten długopis, gdybym go miała, jednak by się wypisał 🙂 Ja się w ogóle spóźniłam na to spotkanie, bo mi się piętra pomyliły i biegnąc na nie z wywalonym jęzorem (tu trzeba dodać, że mam obsesję punktualności i konam z nerwów, gdy się spóźniam), byłam pewna, że coś pójdzie nie tak 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s