The G-spot is in the ears. He who looks for it below there is wasting his time.

Taki mam ostatnimi czasy nerw, że sama siebie nie lubię. Może to przez ten księżyc, może przez hormony, może dlatego, że jeszcze dziewięć długich dni do wyjazdu (no dobrze, osiem i pół – osiem i pół brzmi dużo lepiej, a jutro o tej porze będzie już siedem i pół, czyli do przeżycia), a może po prostu czasem człowiek musi tak mieć – ot, dla równowagi psychicznej, by potem przypomnieć sobie, jak dobrze potrafi być. Wszystko, absolutnie wszystko wytrąca mnie z równowagi i nic nie układa się jak należy. I wszyscy mnie drażnią. Ogólnie rzecz biorąc, chwilowo lepiej do mnie nie rozmawiać, jeśli nie ma się czegoś naprawdę a) ważnego, b) miłego do powiedzenia.

Kontynuując wczorajszy wątek prywatności – natknęłam się dziś na taki oto artykuł, jednocześnie rozbrajający i nieco, hm, przykry. Mieszane mam uczucia. Chodzi mianowicie o to, że korespondencja pomiędzy Vivien Leigh a sir Laurence Olivierem – bardzo pikantna korespondencja, bo oni ostro romansowali w swoim czasie, co zresztą skończyło się małżeństwem – ma zostać upubliczniona. Fragmenty można sobie przeczytać w tym tekście również. Autorki współczesnych powiastek erotycznych mogłyby się od Larry’ego sporo nauczyć. Uchh. Zawsze bardziej mi się podobali mężczyźni, którzy potrafią interesująco się wysławiać. Co prawda fragment z majteczkami nieco zbił mnie z tropu, ale gdy pisze się do kogoś pożądanego i bliskiego, każde wyznanie jest na miejscu i chce się powiedzieć wszystko. No właśnie. Gdy pisze się do kogoś bliskiego.
Z jednej strony wszystko to ciekawe, urocze i w pewnym sensie kuszące. Z drugiej – jest w tym pomyśle coś ogromnie niewłaściwego. Domyślam się, że rodziny obu stron zostały zapytane o zdanie i wyraziły zgodę na „odtajnienie”, ale to są zapisy bardzo intymnych dialogów między zakochanymi w sobie ludźmi, nie pospolite listy z podróży czy cokolwiek w ten deseń. Ja tam bym nie chciała, żeby moje frywolne wynurzenia trafiły pewnego dnia do publicznych archiwów. Oczywiście szanse na to mam znikome, bo raczej nigdy nie wypłynę w Hollywood i nikogo moja lubieżna korespondencja nie interesuje (poza odbiorcą, mam nadzieję), niemniej nie opuszcza mnie wrażenie, że listy tych dwojga jednak nie powinny być czytane przez nikogo poza adresatami. Nie wiem, może staroświecka jestem, ale chyba za bardzo się spudelkowaliśmy i za dużo chcemy wiedzieć o innych. A po co nam taka wiedza w ogóle – nie mam pojęcia.

Reklamy

4 thoughts on “The G-spot is in the ears. He who looks for it below there is wasting his time.

  1. Ja miałam takie wrażenie czytając listy Sobieskiego do Marysieńki… Ale muszę powiedzieć, że lektura tego typu listów innych ludzi uświadomiła mi, że nie powinnam się wstydzić osoby, którą kocham (a wcześniej nie było to dla mnie wcale oczywiste).

    • Dla mnie też nie. Bogom dziękować, że w pewnym momencie postawili na mojej drodze osobnika baaaardzo otwartego i przekonanego, że jeżeli coś się czuje w serduszku/brzuszku/poniżej brzuszka, to należy o tym mówić, a nie się wstydzić. I jakoś powoli się nauczyłam… Ale cały urok takich rozmówek polega na tajemnicy – wiedzą o nich tylko dwie osoby i tak najlepiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s