On a steel horse I ride, and I’m wanted dead or alive

Poniższy wpis będzie nawiązaniem do wpisu poprzedniego. Będzie też wyjaśnieniem, dlaczego moje mieszkanie nie doczeka się remontu nie tylko w tym roku, ale i chyba w kolejnym.
Nigdy nie byłam zbyt mocna z przedmiotów ścisłych. W liceum byłam pierwsza do udziału w konkursach recytatorskich i podśpiewywania w chórkach w kapeli kumpla, wypracowania z polskiego pisałam połowie klasy, ale wszystkiego z cyferkami nienawidziłam serdecznie. Teraz na szczęście w obcowaniu z nimi wyręcza mnie technologia. Wtedy szukałam każdej okazji, żeby zwolnić się z lekcji, aż któregoś dnia, gdy znowu pokrętnie się tłumaczyłam z nieprzygotowania, moja nauczycielka chemii westchnęła:
– Ty jesteś niepoprawna.
Kilkanaście lat później te słowa pozostają aktualne i nadal nade mną wiszą; być może powinnam wydrukować je sobie na wizytówce: Panna Iksińska, niepoprawna, do usług.
Oto dowody mojej niepoprawności, nieuleczalności oraz tego, że rozum opuścił autorkę na dobre dawno temu. Autorka nie jest pewna, gdzie zamieszkał, ale z pewnością daleko.

Małe zadanie z cyklu „porównaj obrazki”.
W ubiegłym roku do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego. To już wam pokazywałam.
RND

Dziś dla odmiany do mojej skrzynki pocztowej spłynęło coś takiego.
dead

Droga redakcjo, czy to jest normalne, żeby mieć plany na październik w lutym?
Mówiłam przecież, że to sekta. Raz pójdziecie i już na was lepką sieć zarzucają.
Coś zresztą jest na rzeczy – dzięki czytankom dorobiłam się różnych interesujących znajomych po obu stronach kurtyny, poznałam zakamarki Londinium, o których nie miałam pojęcia (i do których nie zawsze wolno ot, tak sobie wejść) i zdobyłam wiedzę, która jest mi absolutnie do niczego niepotrzebna, ale jest fascynująca. Wiem, rozpływałam się na ten temat wielokrotnie, przy czym to mój blogasek i mogę. Poza tym szczerze zachęcam do rozważenia uczestnictwa w takim wydarzeniu, jeślibyście przypadkiem planowali wycieczkę do Brytfanny. Czytanka mają tę przewagę nad pospolitymi wizytami w teatrze, że widz idzie na własne ryzyko, pojęcia nie mając, co go czeka. Jeszcze większym ich urokiem jest to, że podczas, w trakcie i po wszystkim panuje cudownie swojska, zrelaksowana atmosfera. Dlatego wracam, gdy tylko mogę. Nie jestem wcale jedyną cudzoziemką, która musi pokonać ponad tysiąc kilometrów, żeby wziąć w tym udział. Nawiasem mówiąc, o ile innostrańcy najeżdżający West End na drugim brzegu rzeki nikogo nie dziwią, o tyle tutaj, gdy tylko komuś nieostrożnie się przyznacie, skąd was przywiało, natychmiast stajecie się ciekawostką.
A mój pierwszy raz pamiętam doskonale. Wlazłam nieco zdezorientowana do foyer teatru, który za całe to zakrojone na 30 lat przedsięwzięcie odpowiada, a tam miły pan popatrzył na mój bilet i powiedział:
– Ale to nie tutaj. To chyba w naszej sali prób za rogiem, pierwsza w lewo…
Poszłam zatem do sali prób za rogiem, pierwsza w lewo. Zapytałam kolejnego miłego pana, czy to tutaj, a on pokręcił głową.
– Nie. Chyba w tym budynku naprzeciwko… Tak, na drzwiach wisi kartka.
No i rzeczywiście, na szklanych drzwiach zupełnie przeciętnego biurowca wisiała kartka z logo i napisem „Ahem! Please queue here”. Za tym pierwszym razem pysznie się bawiłam, ale przyznać trzeba, że czułam się jak intruz – jak ktoś, kto niechcący wbił się na czyjeś urodziny; za trzecim natomiast uświadomiłam sobie, że rozpoznaję większość publiki. I co prawda teraz te urocze imprezki mają swoją bardzo wytworną siedzibę, niemniej i tak lepiej sprawdzić, czy na pewno akurat tam należy się stawić.

Chciałabym powiedzieć, że to wszystko i nie podjęłam żadnych więcej wariackich decyzji.
Niestety.
Siedziałam wczoraj rano, słuchając jednym uchem opowieści koleżanki o tym, że ona chciałaby pomalować kuchnię na biało, a mąż na beżowo (suspens mnie zabijał, doprawdy) i przeglądając jednym okiem newsletter, gdy wtem oko zauważyło w newsletterze coś, co sprawiło, że natychmiast się ożywiłam i stoczyłam ze sobą krótką wewnętrzną walkę, a reszta jest milczeniem.

No dobrze. Czas wyjść pomnażać PKB, a następnym razem odezwę się już chyba z obcych krain. Jak zwykle jestem podekscytowana do granic wytrzymałości i najchętniej już pojechałabym siedzieć na lotnisku, wypadałoby mimo wszystko najpierw się spakować czy coś. Przede mną bardzo intensywny tydzień – przed wami natomiast, obawiam się, kilka przekrzywionych zdjęć, dużo rozwlekłych wynurzeń na tematy, które nie interesują nikogo poza autorką (aczkolwiek będzie też o golasach, innych golasach i o celebrytach). Podobno jest ciepło, więc będę mogła zabrać mój ukochany płaszcz. Bez niego ani rusz.

PS No i widzicie, wszystko się da, gdy człowiek odpowiednio się uprze. Głosowałam na niego. Cudowna historia.
Mam nadzieję, że w tym drugim głosowaniu też mi się – tfu tfu, ściskamy kciuki! – powiedzie. Się okaże w niedzielę. Co mi przypomniało, iż muszę pantofelki wypastować.

Reklamy

One thought on “On a steel horse I ride, and I’m wanted dead or alive

  1. Skierowała mnie do Ciebie Demirja, bo niedawno wróciłam z Londynu (byłam pierwszy raz) i widzę, że nie tylko mnie dopadł ten „wirus”, choć ja jeszcze na spektaklu tam nie byłam. Zamierzam jednak to nadrobić. Na razie zrobiłam rekonesans. 🙂 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s