There’s a starman waiting in the sky

Obiecałam, że będą słabe zdjęcia i proszę. Luty, godzina szósta, mgła i szron. I niemiłosiernie zaspana autorka marząca o drzemce. Marzenie się spełniło – zasnęłam i obudziłam się już nad morzem.

image

Miasto, którego nie ma, przywitało mnie ponad godzinną kolejką do kontroli paszportowej – uroczo z ich strony, doprawdy. Dotarcie do centrum zajęło mi więcej czasu, niż lot z Polski. Nie spieszyłam się na szczęście. Teatr przecież dopiero wieczorem.
W ulewnym deszczu dotarłam na Shaftesbury Avenue, głośną, pstrokatą, pachnącą chińską kuchnią – Soho w najpełniejszym wydaniu. Weszłam na widownię, zajęłam miejsce i po kwadransie wiedziałam, że chcę to zobaczyć jeszcze raz. Ot, niby zabawna historia, starzy kumple spotykają się w domu jednego z nich i wspominają stare czasy. Są bardzo różni, od pociesznego, przeraźliwie samotnego grubaska po seryjnego łamacza serc nieznośnie świadomego swego uroku, ale mają coś wspólnego – wszyscy są gejami i w życiu każdego z nich znaczącą rolę odegrał (lub dopiero odegra) tajemniczy Reg. Ten obiekt powszechnych westchnień stanie się nemezis każdego z bohaterów. I tu właśnie historia przestaje być zabawna, a serce widza do ostatniej sceny będzie powoli, metodycznie i boleśnie łamane.
To właśnie to przedstawienie, na które tak bardzo chcialam pójść i na które przypadkiem upolowałam bilet za dychę. Intuicja mnie nie zawiodła.
image

To również przedstawienie, w którym są nadzy mężczyźni, owszem, przeoczyć części intymnych nie sposób, ale opowieść tę nagość uzasadnia. Dodać muszę, że właściciel ocenzurowanych pośladków (Lewis Reeves, zapamiętajcie na wypadek, gdyby został sławny) jest jedną z najpiękniejszych istot ludzkich, jakie w życiu widziałam – ta niewinna twarzyczka, mój Boże. Spójrzcie na ten profil. Do tego świetnie mówi z okropnym akcentem z Birmingham, uchodzącym tutaj za najbardziej obciachowy. Aż chciałabym usłyszeć go mówiącego po swojemu.
Oglądanie z pierwszego rzędu to dziwne doświadczenie. Trochę tracicie przez żabią perspektywę, ale za to macie na wyciągnięcie ręki aktora z jego najdrobniejszym grymasem, kolorem tęczówek, zmarszczkami, zapachem, mokrym czołem, piętami i… no, tym, co akurat było w pakiecie przy okazji tego przedstawienia. Pierwszy rząd to niemal kulisy. Widzicie, jak to nazywa mój znajomy aktor, samo mięcho. To dość ekscytujące.
Bardzo, przebardzo muszę jeszcze raz. Jeden z wieczorów mam ciągle niezagospodarowany, więc może się uda.
A dziś podobno jakieś święto zakochanych? To się świetnie składa. Słońce świeci, ptaszki za oknem śpiewają, więc przepraszam, ale zostawiam was i idę się zakochiwać.

Reklamy

2 thoughts on “There’s a starman waiting in the sky

    • W rzeczy samej ☺
      Oglądałam fragment tego dzieła u Grahama Nortona – on kupował taśmę klejącą, ona przygryzała wargi; seksem dymiło jak w programach telewizyjnych o rolnictwie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s