What’s off stage

Trzeba być mną, żeby w drodze na upstrzone celebrytami wydarzenie (czerwony dywan, flesze, piski, te sprawy) prawie zgubić obcas. Bucik mi się zepsuł. Chwiejnym bardzo krokiem, ale z podniesionym czołem weszłam do teatru. Ubolewam po fakcie, że bucika nie porzuciłam, wychodząc, bo akurat stały tam moje dwa ulubione książęta, och, panie Bateman, jaki pan wysoki z bliska, a ten niepozorny okularnik obok to kto?… Achh, tak. Na zarumienioną od ginu, podekscytowania, gorąca i wysiłku wkładanego w zachowanie równowagi na rozkołysanym obcasie twarz autorki wypłynął odruch warunkowy. Ot, moje szczęście – zawsze wpadnę na kogo trzeba.
Do hotelu nie tylko wróciłam w obu pantofelkach, ale jeszcze skrzypiącym metrem zamiast karocy. Muszę chyba trochę popracować nad moją kopciuszkowatością.
Przechodziłam pod teatrem, w którym cały ten cyrk miał miejsce, przed południem i jakież było moje zdziwienie, gdy pod zamkniętymi jeszcze na trzy spusty drzwiami spostrzegłam przykryte śpiworami małolaty. O osiemnastej stężenie małolat przekraczało wszelkie dopuszczalne normy; ochrona wyłuskiwała spomiędzy tej hordy publiczność z biletami unoszonymi w garści nad głową.
Wieczór był słodki – towarzystwo, koktajle, wspaniałe śpiewające głosy, sławni ludzie ocierający się o mój płaszczyk w foyer, czarujący we własnej osobie Tom Hiddleston, który ku ogromnemu zaskoczeniu widowni wparował na scenę, żeby odebrać nagrodę za best play revival, to jest „Koriolana”… (on na żywo wygląda jak przecinek, dłuuuugi i cienki). Niemniej niżej podpisana jest zirytowana niezmiernie, bo wygrali nie ci, którzy wygrać powinni byli.
Wygrali najbardziej popularni.
Nie dziwi mnie to, ale szkoda trochę. Nasza biedna wstydliwa słabość (och, te kujońskie pingle, i jeszcze z mamą się przyszło; mówię przecież, że toto jest urocze nie do zniesienia) nie miała szans, choć zapracowała. Mark Strong, który samym spojrzeniem wgniata widza w podłogę i rozciera po niej to, co z wstrząśniętego widza pozostało, przegrał z Doktorem Who. Helen McCrory, nad której Medeą rozpływałam się tu przynajmniej dwukrotnie, przegrała z towarzyszką Doktora Who. Facet siedzący obok mnie parsknął, gdy to ogłoszono. I to najlepsze podsumowanie.
Otoczka była bardziej fascynująca niż sama impreza, która w sumie sprowadzała się do wymieniania sponsorów i błyskawicznego przechodzenia od kategorii do kategorii. Byłam, widziałam, zapisałam w pamiętniku, wnukom opowiem, ale nie będę drzeć szat, jeśli więcej tam nie trafię.
Tak czy inaczej, to ciekawe doświadczenie, bardzo absurdalne i troszkę baśniowe – przeciskając się przez tłum przed wejściem w rytmie trzasku migawek, przez chwilę macie wrażenie, że jesteście w centrum wszechświata. Bardzo pięknego, pachnącego, lśniącego wszechświata, w którym nie istnieją żadne mroki i zmartwienia.

Reklamy

2 thoughts on “What’s off stage

    • Jeżeli dostaną rolę w „Doktorze Who” lub „Sherlocku”, to może – najwyraźniej to warunek konieczny, och moja gorycz… Ale w przyszłym roku to raczej domyślnie nagrodę zgarnie Cumberbatch 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s