Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

Prawda jest taka, że z urlopów w Londynie zawsze wracam zmęczona. Niewyspana, bo kładę się późno i nie mogę zasnąć, a potem nagle niebo za oknem jaśnieje, ptaki śpiewają, śmieciarki się tłuką. I wrażeń za dużo. Znajomi. Koktajle. Tłok w metrze, tłok na ulicach. Bezmiar frustracji w księgarniach, które mają zbyt dużo pięter i działy poświęcone musicalom. Codziennie spektakl, dwa w niektóre dni. Chwilami nawet chcę już polecieć do domu i odpocząć.
Ale gdy samolot mnie unosi i widzę rzędy wiatraków obracających się miarowo w kanale La Manche, podbródek mi drga i jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Widok tych wiatraków z drugiej strony jest jakiś ładniejszy. Zostawiam za sobą coraz więcej.
Nie chcemy o tym mówić. To coś, co niżej podpisana musi rozwiązać sama i w życiu pozablogowym.

Gotowi na długi wpis? Zresztą nieważne, gotowi czy nie, i tak będzie.
W sześć dni zobaczyłam osiem przedstawień – gdy człowiek rusza się z domu, chce wycisnąć z wakacji jak najwięcej. Ale to nie był dobry pomysł. Oczywiście szkoda sobie odmówić, ba, chciałoby się obejrzeć jeszcze więcej, tylko że… Tylko że to dość wyczerpujące. Może gdybym wybierała sobie same leciuchne musicale i ucieszne farsy, nie byłoby problemu, ale znacie moje upodobania. Masochizm w czystej postaci. Najlepiej, gdy spędzam dwie godziny, siedząc przejęta na brzeżku krzesła, podczas gdy przedstawienie łapie mnie za włosy i wali moją głową o futrynę, obrazowo rzecz ujmując. Jak niby miałabym dobrze się czuć po blisko tygodniu tak intensywnych doświadczeń?…
Zaczęłam od nocy z Regiem – i z nim też zresztą skończyłam, ale o tym później. Obudziłam się 14 lutego zupełnie nieświadoma faktu, że ten dzień będzie jednym z najprzyjemniejszych w mojej dotychczasowej karierze; wcale nie dlatego, że ktoś z czerwoną różą w zębach na wycieraczce stał. O nie. Coś znacznie lepszego. Można jednak powiedzieć, że nasza bohaterka troszeczkę się jakby zakochała.
(Jeśli uważacie, że w tym miejscu stosowny byłby komentarz „Boże, znowu” – to proszę bardzo).
Po kolei.
Sobota w Londynie oznacza na ogół, że na ulicach kłębią się dzikie tłumy i czasami człowiek porusza się w osobliwym ludzkim korku. Ale – może przed tym przerażającym chwilami tłokiem w bardzo prosty sposób uciec, bo sobota w Londynie oznacza również, że można pójść na dwa przedstawienia, jedno po południu i kolejne wieczorem, przerwę pomiędzy wykorzystując na przekąskę lub drinka. I tak właśnie na ogół robię.
Pierwsze było The Nether. Rzecz w najczystszym tego słowa znaczeniu przerażająca i poruszająca tematy najbardziej niewygodne z niewygodnych.
Jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle da się wystawić na scenie cyberthriller, odpowiedź brzmi – da się. Rozwiązania wizualne wciskają w fotel, to jest niebywale efektowne, momentami wręcz zachwycające. Szkoda mrugać, powiedziałabym. Ale w tej oszałamiającej scenografii rozgrywa się historia absolutnie paskudna, przyprawiająca widza o niepokój, o obrzydzenie, o szok nawet. Wychodząc, czułam się, jakbym była brudna.
Opowieść toczy się w niezbyt dalekiej przyszłości, w świecie niemal całkowicie zwirtualizowanym, w którym internet doczekał się swojej policji. Dociekliwa pani detektyw (Amanda Hale, bardzo przejmująca, tak drobna, że niemal tonie w swoim czarnym ubraniu, ale z wielką mocą przykuwania na sobie uwagi) przesłuchuje człowieka, który w tytułowym The Nether – w sieci, znaczy – stworzył kryjówkę dla poszukujących przyjemności, wyglądającą jak sielska wiktoriańska posiadłość. Goście kryjówki pod postacią awatarów mogą spędzać w niej czas w towarzystwie słodkich dziewczynek. Mogą robić z nimi, co zechcą. Po wszystkim mogą je nawet zatłuc. One same podadzą im narzędzie.
Widz zostaje z masą nieprzyjemnych pytań. Czy wirtualna zbrodnia popełniana w wirtualnej rzeczywistości to nadal zbrodnia, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Czy dzieci w kryjówce naprawdę istnieją – a jeśli są tylko awatarami, to czy w ogóle można je skrzywdzić? Czy gdy podaję się za kogoś, kim nie jestem, żeby dostarczyć komuś perwersyjnej przyjemności, to ponoszę część winy? Czy w internecie naprawdę wszystko jest dozwolone i mogę przybrać dowolną tożsamość, tak dla zabawy? I czemu detektyw jest tak obsesyjnie zaangażowana w śledztwo?
Dzieci w tym spektaklu są grane przez dzieci – podobno chronione na wszelkie sposoby przed jakąkolwiek możliwością zapoznania się z całością tekstu. To dokłada ciężaru, bo gdy widzicie dziewczynkę zsuwającą ramiączko sukienki przed dorosłym mężczyzną… Ugh.
Mocne, powiadam. Bardzo mocne. Wyszłam, powłócząc nogami i z uczuciem, że potrzebuję długiego, gorącego prysznica oraz szorstkiej gąbki, żeby z siebie zmyć to wszystko.
I taki właśnie w mojej opinii powinien być teatr. Powinien jechać po bandzie i mówić widzowi „nie obchodzi mnie, że unikasz tego tematu – PATRZ”.
Jeżeli chcecie sami sprawdzić, jak to jest, możecie się zalogować.
Pozbierawszy się do kupy, ruszyłam w kierunku Trafalgar Square.
Nie miałam ogromnych oczekiwań związanych z tym przedstawieniem. Pierwsze sceny nieszczególnie mnie ruszyły. Ale potem na scenie pojawiła się niezbyt wysoka postać w mnisim kapturze i przepadłam. Trudno nie zapałać sympatią do głównego bohatera, choć to bez dwóch zdań psychol myślący, że jest Chrystusem, relaksujący się na krzyżu i odpowiadający „Yes?” na cudze westchnienia „My God…” – co prawda zostaje z tego przekonania uleczony, ale od razu rodzi się w nim inne, znacznie gorsze.
You deserve a big kiss.
– Not here in the garden. Last time I was kissed in a garden – it turned out rather awkward.

McAvoy, niezależnie od tego, czy w samych majteczkach zasuwa na jednokołowym rowerku z podziwu godną wprawą, czy w jedwabnym surducie wymachuje strzelbą, ma tak niebywałą charyzmę, że uwodzi natychmiast. Jesteście cali jego. Nic nie da się zrobić, medycyna jest bezradna. Ale on jest też cały dla was. 150% sił witalnych wkłada w pracę. Chłopak od razu łapie kontakt z publicznością, między nią a nim wytwarza się jakieś takie elektryczne porozumienie, które owocuje tym, że każdy jego geścik czy uśmieszek wywołuje u widzów błyskawiczną reakcję (i euforyczną owację na stojąco, na którą mały bez dwóch zdań zasłużył). Tu trzeba zaznaczyć, że dotychczas nie byłam jego zagorzałą fanką – właściwie to był mi całkowicie obojętny. Tymczasem w sobotę miałam dzięki niemu absolutnie fantastyczne Walentynki i szłam wieczorem przez miasto rozpromieniona jak po nadzwyczaj udanej randce.
Nawet mi pobłogosławił mój interval drink, o.
wpid-dsc_0038.jpg
I ten uśmiech, mój Boże, gdy on się uśmiecha do widowni, to aż chce się zabrać go do domu. Tak się cieszył z oklasków, że prawie świecił.
To szalone i groteskowe. W kosmos odjechane. Mamy morderstwa, wyuzdane praktyki autoerotyczne, zjadane żarówki, potwory, a przede wszystkim głęboko zaburzonych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie cofną się przed niczym, by obronić miejsce na świeczniku. Całe to barwne wariactwo podszyte jest nieprzyjemnie gorzką ironią. Naprawdę wyśmienity wieczór.
– How do you know you’re God?
– Simple. When I pray to Him I find I’m talking to myself.
Następnego dnia było to nieszczęsne rozdanie nagród, vide poprzedni wpis, a potem nastał poniedziałek. Brzydki, mokry poniedziałek i autorka miała ochotę spędzić go w całości pod kołdrą, ale przecież nie po to leci się 1300 kilometrów, żeby się w pościeli wylegiwać. Udając, że nie dotyczy mnie kapiący z nieba paskudny deszcz, powędrowałam na południowy brzeg. Bardzo lubię tamte okolice, bo są pełne skarbów i cudnych zakątków, można świetnie zjeść na Borough Market, a poza tym widok gotyckiej wieży stareńkiej katedry Southwark na tle migoczących szklanych ścian zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nawet w ponury poniedziałkowy wieczór, gdy czuję, jak przecieka mi kaptur.
wpid-dsc_0006.jpg

wpid-dsc_0011.jpg
Southwark Playhouse to jest bardzo sympatyczne miejsce, zupełnie inne od całej tej oszalałej, jazgotliwej karuzeli West Endu. Mają arcyprzyjemną knajpeczkę – gdybyście przyszli zziębnięci, służą herbatą za funta – i znani są z wystawiania bardzo dobrych, niesztampowych przedstawień. To, które widziałam, istotnie było bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, żebym opuściła widownię uśmiechnięta – wprost przeciwnie.
Gods and Monsters to podkolorowana opowieść o ostatnich dniach Jamesa Whale’a, reżysera słynnego Frankensteina z Borisem Karloffem w roli monstrum; o bardzo smutnych dniach, bo Whale, mocno podupadły na zdrowiu i samotny, ogromnie cierpiał – w końcu popełnił samobójstwo. Utopił się we własnym basenie (mimo przygasłej sławy ciągle był zamożnym człowiekiem). Sztuka opowiada o tym, jak emerytowany reżyser, który odsunął się od blichtru Hollywood, przeżywa krótką, ale intensywną fascynację ogrodnikiem, eksżołnierzem zbudowanym jak grecki bóg, którego zachęca do pozowania mu do szkiców. Niestety nic dobrego z tego wyjść nie może, choć dwaj skrajnie różni mężczyźni mimo wszystkich napięć i dramatycznego zwrotu akcji jednak zbliżą się do siebie. Nawet nowe oczarowanie i niespodziewana późna przyjaźń nie uratuje głównego bohatera przed tragedią.
To taki spektakl, w którym nie ma żadnych fajerwerków i gwiazd, ale tę historię człowieka rozstającego się z życiem, udręczonego chorobą sprawiającą, że rzeczywistość myli mu się z wytworami wyobraźni i nawiedzanego przez bolesne wspomnienia utraconej miłości ogląda się z zapartym tchem. Przy okazji ogląda się mnóstwo męskiej nagości w bardzo śmiałych konfiguracjach, ale znowu, to nie jest błyskanie tyłkiem dla samego błyskania tyłkiem. Nawiasem mówiąc, obiekt zachwytów głównego bohatera ma więcej mięśni w jednym ramieniu niż ja w całym ciele. Patrzenie na niego momentami jest aż niekomfortowe. Co nie zmienia faktu, że to świetny i wzruszający spektakl.
Obejrzałam, podążyłam pustym Millennium Bridge (jak ja lubię mieć cały ten widok dla siebie)
wpid-dsc_0012.jpg
do wygodnego łóżka i zasnąć oczywiście nie mogłam, choć bardzo chciałam być wypoczęta przed obfitującym w dalsze wrażenia wtorkiem. A wtorek był wyjątkowo piękny, niebo bez jednej chmurki, można było iść przez Bankside w rozpiętym płaszczu i czuć się jak pani wszechświata czy coś w tym guście. Poczucie zdecydowanie wzmacniał fakt, że wczesny lunch z przyjaciółką zakończył się deserem, bez dwóch zdań cudownym deserem, ale było dla mnie pewnym zaskoczeniem, iż głównym składnikiem żurawinowego crème brûlée był gin. Tak czy inaczej, przez cały dzień nieco unosiłam się nad ziemią, bo och, wieczorem Closer, och, Rufus Sewell we własnej osobie, och, z tym przeszywającym spojrzeniem, och! Umościwszy się w ciasnej przestrzeni Donmar Warehouse, byłam podekscytowana jak dziecko… i cała moja ekscytacja niedługo później była mglistym wspomnieniem, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam, jak niewygodnie mi się siedzi. Jeśli sztuka jest dobra, jeśli do was trafia, zapominacie o bożym świecie i tym, że architekt projektował widownię z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. Jeśli nie, z każdą minutą utwierdzacie się w przekonaniu, że projektował ją z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. To przykre jest, wiecie, gdy staczacie walkę o bilet, przez długie tygodnie nie możecie się doczekać, a gdy wreszcie nadchodzi godzina zero, zachodzicie w głowę, czy to wasze oczekiwania były tak rozbuchane, czy może po prostu coś tu nie do końca się udało.
Nie kumam. Tekst jest poruszający, dla wielu to coś w rodzaju manifestu pokolenia, które samo nie wiedziało, czego szuka w relacji z drugim człowiekiem. Wszystkie te zdania, tak bliskie, że aż chciałoby się je sobie wytatuować.
I love everything about you that hurts.
What’s so exciting about truth? Try lying for a change.
Men want a girl who looks like a boy. They want to protect her but she must be a survivor; and she must come like a train but with elegance.

Have you ever seen a human heart? It looks like a fist, wrapped in blood.
Tyle mocnych słów, tacy świetni, charyzmatyczni aktorzy. Można było mieć nadzieję, że z takiego połączenia wyjdzie czysty dynamit, że to będzie eksplozja i wielokrotny teatralny orgazm. No i ja miałam. Nadzieję. A czułam się, jakby ktoś do mnie wystrzelił najwyżej z tuby confetti.
To nie było złe, ale chyba nawet wolałabym, gdyby było wyraźnie spieprzone od początku do końca, skoro już nie mogło mnie porwać. A było po prostu letnie. Grzech letniości jest trudny do wybaczenia.
Ale – przy kolejnej wizycie Postman’s Park, tak ważne miejsce w tej sztuce, koniecznie odwiedzę.

Na szczęście nadeszła środa, kolejny z podwójnych dni. Podwójny wskutek zbiegu okoliczności, przy czym o tym za chwilę.
Miałam iść tego dnia tylko na Widok z mostu, choć byłam na nim już raz, w maju ubiegłego roku. Ku mojej radości spektakl postanowiono wznowić – z tą samą fenomenalną obsadą, ale w innym teatrze. A że miejsce inne, to i ludzi trzeba było usadowić inaczej. W oryginalnej wersji widownia otaczała scenę z trzech stron. W dostojnym XIX-wiecznym Wyndham’s Theatre takiego rozwiązania zastosować się nie dało, więc pokuszono się o inne.
Część miejsc dla widzów umieszczono mianowicie na scenie. Niżej podpisana właśnie takie miejsce dla siebie zorganizowała. Oczywiście była wniebowzięta – choćby dlatego, że tym sposobem po raz trzeci w ciągu roku znalazła się na scenie na West Endzie (niezły wynik, ech?). To fascynujące, bo rzędy siedzeń umieszczono dokładnie w miejscu, w którym scena przechodzi w kulisy i z jednej strony widzicie zapełniającą się w dole widownię, wspinające się wysoko balkony, kryształowe żyrandole i złocone stiuki – a z drugiej odrapane cegły, hydrant, telefon, jakieś frapujące pokrętło z napisem DANGER 400 VOLTS, plątaninę kabli, wajchy Bóg wie czemu służące, strome stalowe drabinki wysoko nad sceną, reflektory obracające się z cichym szmerem. Gdy w finałowej scenie z sufitu spływa zabarwiona na czerwono woda, czujecie jej ohydny, chemiczny zapach. Jesteście tak blisko, że widzicie włoski jeżące się na przedramieniu aktora. Niesamowite. A jeszcze bardziej niesamowity był Mark Strong metr ode mnie. Słowa nie opiszą geniuszu i zwierzęcości tego człowieka.
Ktoś o tym przedstawieniu napisał, że to tak, jakby siedziało się na torach i wpatrywało w nadjeżdżający szybko pociąg, ale nie mogło się ruszyć. Zazwyczaj publiczność jakieś tam dźwięki wydaje – ktoś kaszlnie, ktoś odkręci butelkę z wodą, ktoś zaskrzypi fotelem. A tu momentami panowała cisza tak absolutna, jakby widownia bała się oddychać. Co zresztą jest prawdą. To przedstawienie wstrząsa i sprawia ból. Doskonale się to ogląda, ale nie ogląda się tego miło.
Jest taka przykra scena, w której Eddie Carbone jest okładany pięściami przez swoją ulubienicę, osieroconą siostrzenicę żony. Z bliska to wygląda strasznie, bo aktorka naprawdę wali weń z całych sił. Jest od niego mniejsza o połowę, on ją nosi prawie jak kubek czy gazetę, ale w tej jednej scenie ona go z całą energią bije. Słyszycie ten głuchy dźwięk zaciśniętych dłoni uderzających z impetem w ciało. Potworne.
Sponiewierana i zapłakana publiczność nagrodziła wykonawców owacją jak huragan. Przy okazji byłam świadkiem jednego z najbardziej kuriozalnych zachowań, o jakie może się pokusić czyjś wielbiciel. Brrr. Podziwiam czasem ludzi za odwagę – czy może raczej za brak poczucia obciachu – natomiast zatrważa mnie pragnienie natychmiastowego bratania się z idolem. Może i lubi nam się wydawać czasami, że ich znamy; tyle razy ich widzieliśmy, że to prawie starzy kumple. Nic tylko po pleckach klepać. Tylko że oni nas nie znają. Nie wiem, co musiałoby się stać, jak bardzo musiałabym być odurzona, by rzucać się z rękami do obcego człowieka (nie żebym parę razy w życiu nie miała na to ochoty).

– W tym spektaklu nie ma przerwy, więc przepraszam, ale muszę spytać, czy pani była w łazience, bo miejsc na scenie nie można opuszczać w trakcie, chyba że będzie ewakuacja – powiedziała miła dziewuszka z obsługi. – Gdyby pani na przykład źle się poczuła i jednak musiała wyjść, to ja siedzę tu z tyłu na krzesełku, proszę dać mi dyskretnie znać…
I rzeczywiście, siedziała. Codziennie sobie siedzi na krzesełku, oglądając Stronga zza kulis. Dziewczyno, masz najlepszą pracę na świecie.

Wyszłam z teatru i już miałam dreptać do hotelu, gdy coś mnie tknęło. Zamiast pójść prosto do stacji metra tuż obok, skręciłam nazad w Shaftesbury Avenue.
Strasznie chciałam zobaczyć My Night With Reg jeszcze raz – wątpiłam w powodzenie tego chcenia, gdyż bilety drogie, a spektakl prawie wyprzedany. Pomyślałam mimo wszystko, że wstąpię do teatru i spytam o coś, co się zowie day seats, czyli bileciki wypuszczane w dniu przedstawienia, zwykle dużo tańsze i nierzadko w przednich rzędach.
– Nie ma – powiedziała miła pani w kasie. – Ale zwolniło się miejsce w loży, tuż przy scenie. Chce pani?
Wyobraziłam sobie cenę takiego biletu i zmartwiałam na chwilę. Mimo wszystko przybrałam minę osoby, która nocuje w Ritzu i grzecznie spytałam, ile za to.
– Dziesięć funtów – odrzekła pani, a autorka w ułamku sekundy wysupłała stosowny banknot.
Powiem wam, że jest to nawet dość przyjemne, gdy obsługa otwiera przed wami drzwi do waszej prywatnej (no, trzyosobowej raptem), intymnej, ciemnej loży znajdującej się na wyciągnięcie ręki – dosłownie – od sceny. I oglądacie sobie, siedząc jak jakaś wielka persona, łapiąc spojrzenia aktorów. Myślę, że to było najlepsze zakończenie wycieczki, jakie mogłam sobie wyobrazić. A chłopaki naprawdę są cudowne. Gross indecency! – takie wznoszą toasty, aż się chce je pożyczyć. Nawet ubolewam nieco, że nie pobiegłam na tyły po spektaklu, żeby im napiszczeć, jacy są wszyscy fajni, ale mnie takie rzeczy trochę za dużo nerwów kosztują. Za to przynajmniej wiem, jak Lewis Reeves mówi, gdy nie mówi z akcentem z Birmingham, wybitnie antykoncepcyjnym moim zdaniem. To przedsięwzięcie nie mogło się nie udać, jeśli zebrało się inteligentnych aktorów, między którymi wytwarza się zaraźliwa chemia i którym wspólna praca wyraźnie sprawia przyjemność. I widzicie, to jest właśnie ta wielka zagadka teatru – ze spektaklu, w którym teoretycznie nic nie miało prawa zawieść, najlepiej zapamiętałam znakomite Mai Tai w teatralnym barze i to, że bałam się, że zakładając nogę na nogę, kopnę w głowę widza rząd niżej; a z innego, który opowiada historię pozornie przeterminowaną, odpuszcza sobie ruchomą scenografię i inne wodotryski, w ramach dodatkowych atrakcji serwując widzom tylko znane na pamięć dźwięki Bowiego i The Police, wychodziłam oczarowana.
What I really want to do is join the police.
– Are you musical, then?

Potem już tylko hotel, rozbebeszona walizka, mokre włosy na poduszce, budzik ustawiony na czwartą trzydzieści – ale zamiast jak najszybciej zasnąć, gapiłam się bezmyślnie to w Sky News z wyłączonym dźwiękiem, to w sufit, to w wieżę zegarową St Pancras za oknem, słuchając w kółko tej samej piosenki.

I to wszystko. Gratuluję, ściskam rękę, składam pocałunek w stylu Breżniewa i wręczam osobisty order każdemu, kto dojechał do końca.
Teraz trzeba tylko będzie powoli, pomaleńku wrócić do moich pospolitych realiów – i do mieszkania, w którym zastałam rozkoszną temperaturę 14 stopni Celsjusza, bo oszczędnie wyłączyłam ogrzewanie przed wyjazdem. Obawiam się, że wcale nie wróciłam nie na długo, ale to osobny rozdział.
Znam już chmury po drodze; koło tej dużej w lewo, i zaraz będzie dom… wpid-dsc_00272.jpg.jpeg

Reklamy

10 thoughts on “Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

  1. jak zawsze zaczytałam się… ty powinnaś pisać recenzje spektakli gdzieś do jakiego portalu czy magazynu.. Watpie zeby w Polsce byl ktos kto tak czesto jak Ty bywa w Londynie w teatrach…. Mowie ci, powinnas bo robisz to zajebiscie.
    🙂

    • Dziękuję Ci bardzo 🙂
      Drugiej takiej z pewnością nie ma, ale obawiam się, że to nie jest temat porywający tłumy, więc nikt mnie raczej w magazynie nie zechce – na szczęście mam blogaska 😉

      • e tam, są przecież na pewno takie magazyny czy portale dotyczące teatru dla pasjonatów 🙂 blogasek jest równie dobrym miejscem pewnie ale wydaje mi się że mogłabyś to robić profesjonalnie 🙂

  2. ja też zasłużyłam na medal 🙂
    i przez Ciebie chyba w końcu pójdę do teatru, bo całe wieki nie byłam, ale tak piszesz o tym, że zaczyna kusić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s