Fuck me, I’m famous

Parę razy w życiu dosięgła mnie sława. Taka sława w mikroskali, nie żeby flesze i wywiady – choć przepraszam, udzieliłam raz wywiadu w radiu, gdy wygrałam konkurs poetycki. Raz byłam w telewizji, ale to niechcący. Podczas praktyk studenckich zagoniono mnie na konferencję prasową z ówczesnym prezydentem naszej pięknej krainy i tak się złożyło, że wlazłam w kadr. Mama oglądała wieczorne wiadomości i wtem zauważyła własne dziecko przechadzające się tam i nazad z wyrazem twarzy mówiącym „nie wiem, co tu robię, kazali mi tu być”. Moje nazwisko pojawiło się pod tekstem jednym i drugim w prasie, owszem, tylko że mało kto zwraca uwagę na podpis, zatem tego nie liczymy. No i, last but not least, moje osobiste uchachane oblicze razem z oczojebną sukienką znalazło się w materiałach prasowych Shakespeare’s Globe* – bynajmniej w roli głównej, jedynie jako dość wyraziste tło, ale zawsze.

Wczoraj tymczasem sława, lub raczej niesława, zaatakowała mnie od tyłu. Dosłownie. Przebywając na gościnnych występach, zeszłam sobie zjeść obiadek. Żuję sobie spokojnie coś, co w założeniu miało być łososiem i być może kilka wcieleń wstecz nawet nim było, gdy spomiędzy szmerów przy stoliku za mną wyłuskuję coś, co brzmi jak moje nazwisko. Się przesłyszałam pewnie, myślę i żuję dalej, czytam niegrzecznie przy jedzeniu, kiedy wtem znowu słyszę podejrzanie znajomo brzmiący szmer. Za trzecim razem jestem już całkowicie pewna. Ludzie za moimi plecami gadają w najlepsze o mnie. To właściwy moment na uniesienie jednej brwi w zdumieniu.
– … mamy z nią spotkanie dzisiaj…
– … a po co ona tu przyjechała?…
– … jakieś ważne zmiany podobno…
– … jakbyśmy nie mieli nic lepszego do roboty…
– … skąd ona właściwie jest?…
– … a, nie wiem nawet…
Trudno uśmiechać się półgębkiem podczas jedzenia, ale ona przemożną miała na to ochotę. Przez łepek onej przemknęła też myśl, by odwrócić się do towarzystwa i powiedzieć pogodnie „cześć”, ale ona nie chciała psuć zabawy.

Nawiasem mówiąc, po całym tym szalonym tygodniu ona też już nie wie, skąd jest i gdzie w tej chwili się znajduje; nie jest też do końca pewna, jak się nazywa, więc w sumie dobrze, że nieznajomi jej przypominają.
Dobrze za to wie, co będzie porabiać w najbliższą niedzielę i ta właśnie perspektywa utrzymuje ją przy – nazwijmy to – życiu. Niestety obawia się, że kolana będą jej się nieźle trzęsły, ale czasem to przyjemne.

Powiadam, jeśli przetrwam ten weekend, który sama sobie w chwili jakiejś straszliwej pomroczności zaplanowałam, zapominając, że potrzebuję drobiazgów typu sen na przykład – to wszystko przetrwam. Opowiem wam, gdy wrócę. Można przyjmować zakłady, dokąd wieczorem udaję się na niespełna 24 godziny, ale to przecież wszyscy wiedzą, więc nikt za dużo nie wygra.

*Gdybyście szukali powodu do wyjazdu sami-wiecie-dokąd, Globe będzie jesienią przenosił bardzo, bardzo piękne przedstawienie o Farinellim i królu na West End. W rolach głównych dużo świec, kontratenorzy i niejaki Mark Rylance, który za kanałem uznawany jest nie tyle za aktora, co za dobro narodowe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s