Is this a dagger that I see before me?

Bogu niech będą dzięki za przyjaciół, którzy czekają z niżej podpisaną do czwartej nad ranem, oglądając z nią koncerty The Jacksons na jutubie, by wsadzić ją wreszcie do taksówki na lotnisko. I za tych, którzy czekają po drugiej stronie Kanału, z koktajlami i plotkami, dając jej przyjemne poczucie bycia prawie w domu.
Poleciałam na bardzo krótko tym razem. Właściwie tylko na herbatę z mlekiem, księgarnię i wizytę w teatrze.


Zachodzę w głowę, co się stało z niebieskim kurakiem, który uprzednio zajmował słynny czwarty cokół na Trafalgar Square, bo to nowe kościste coś to jakaś straszna paskuda. Ale nie o tym chciałam.
Wizyta w teatrze, właśnie. Właściwszym sformułowaniem byłoby „wizyta w sądzie”, bo tak to wyglądało. Szekspirowscy aktorzy zmierzyli się z londyńskimi prawnikami w procesie Makbeta i jako świadkowie dali się przesłuchać, a przysięgli mieli zdecydować, czy oskarżony idzie pod topór, czy nie. W słusznej wierze, bo to dobroczynna impreza była – zorganizowała to instytucja, która stara się docierać do dzieciaków przez Szekspira i kształcić ich teatralnie niezależnie od tego, w jakim otoczeniu dorastają i z jakim balastem. Makbetem – nawiasem mówiąc, uniewinnionym w końcu – był niejaki Christopher Eccleston, Lady Makbet – cudowna Haydn Gwynne. Oprócz upiornej pary przed ławą przysięgłych stanęli Macduff, Banquo i jedna z wiedźm.
Jeśli myślicie, że była to rzecz poważna i nadęta, nic bardziej mylnego. Aktorzy dostali zarys scenariusza i oczywiście znali los swoich postaci (to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją), ale nie wiedzieli, o co zapytają przesłuchujący, więc cała zabawa polegała na wielkiej improwizacji z jednej strony i bardzo skutecznym zapędzaniu w kozi róg z drugiej. Mecenasi nie dawali zbić się z tropu absurdalnym odpowiedziom świadków, którzy, zaskakiwani stawiającymi ich pod ścianą pytaniami, brnęli w coraz większą konfuzję.
– So what was he doing?
– He was wending with witches.
– Wending with witches?
– Correct.
– And when was he wending with witches?
– When?…
– Yes, when?
– Wednesday – odpowiada ze śmiertelną powagą przesłuchiwany, po czym zanosi się śmiechem, jak i cała publiczność. Słodki był też Macduff odpierający argument, jakoby nie było świadków morderstwa i tłumaczący, że jeśli ktoś kogoś zabija, to przecież sam przy tym jest zazwyczaj, więc z której strony by nie patrzeć, jest jeden świadek, morderca znaczy.
– When you commit a murder, then you’re a witness to this murder. Are you not?
Swoją drogą, cudownie błyskotliwy ten aktor. Czasami lepiej nie wiedzieć, jacy oni są, gdy są sobą, bo to bywa piekielnie rozczarowujące – wygląda taki jak z żurnala, w roli jest olśniewający, a potem udziela wywiadu i z waszego oczarowania nie zostaje ani mizerny strzęp, bo zastanawiacie się, jakim cudem tak porażająco tępa strzała w ogóle skończyła szkołę. Ale do udziału w tym wydarzeniu chyba celowo nakłoniono takich, którzy mają co nieco do powiedzenia i lubią to robić, używając długich słów.
A że oskarżonym był Eccleston, wyobraźcie sobie liczbę nawiązań do Doktora Who. Niewiele zostało z szekspirowskiego oryginału, może poza Lady Makbet histeryzującą z powodu plam.

Gdyby ktoś zachodził w głowę, co mnie zainteresowało w takim wydarzeniu – poza osobliwą adaptacją Szekspira – odpowiedź jest prosta i, że tak powiem, urocza. Oczywiście poszłam się przywitać, jakżeby inaczej. Przepchnęłam się przez tłum wyczekujący Ecclestona pod tylnym wejściem do naszych drogich karmelowych ocząt usiłujących na próżno przemknąć niepostrzeżenie wśród tuzinów fanek Time Lorda – prawie by się biedactwu udało, gdyby nie pewna stuknięta Polka – i, gdy już przypomniałam sobie, że umiem po angielsku, pogadaliśmy sobie chwilkę o muzyce (tego trzeba słuchać z zamkniętymi oczami, zaprzestawszy wszelkich czynności, inaczej nie zadziała; ale uprzedzam, jeśli zadziała, będziecie męczyć ten kawałek w kółko przez kilka wieczorów z rzędu, albowiem jest piękny – gdy za pierwszym razem mi to zagrało w słuchawkach, po prostu usiadłam i tak siedziałam oszołomiona).
– It was lovely to see you again – palnęła autorka na zakończenie swojej jak zwykle chaotycznej przemowy.
– Likewise.
Och.
OCH.
Autorka nie pamięta, co odpowiedziała, bo jej mózg wykonał w tym momencie hard reset – więc obawia się, że nic.

Żeby nie było, że tylko wzdychałam – poszłam również na wystawę obrazów Rubensa i innych, dziełami Rubensa zainspirowanych. Sama wystawa świetna, mniej świetny był fakt, że odwiedziłam ją w niedzielę, więc żeby w ogóle zobaczyć jeden czy drugi obraz, należało odczekać swoje w kolejce. Ludzi jak mrówków. Tak czy inaczej, zdecydowanie warto. Uciesznie zmysłowe.
Ryanair w drodze powrotnej usadowił mnie między ojcem i synem, lecącymi do Krakowa na citybreak. Panowie byli ujmująco gadatliwi i natychmiast się ze mną zaprzyjaźnili. Poopowiadałam im trochę o mieście, zapisałam im w telefonach najlepsze miejsca na obiad i drinka, oni mnie poinstruowali odnośnie ciekawych katedr w Anglii, pogawędziliśmy o zabranych w podróż książkach, bo cała nasza trójka po zajęciu miejsc wydobyła z bagażu podręcznego prawdziwe, drukowane, nieco tylko wymięte tomiszcza – gdy wtem ojciec stuka palcem w pokryte szronem okno i mówi:
– You have some gorgeous mountains down there.
Patrzę i oczom nie wierzę. Całe pasmo Tatr jak na dłoni. Czasami Tatry z Krakowa widać, owszem, gdy wiatr jest tak silny, że przewiewa smog – ale na ogół nie. A dziś niczym w National Geographic, Rysy pokazały się z najlepszej strony. I Gerlach. I Łomnica. Ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba. Pocztówka.
– Yup, the Tatras.
– They’re beautiful.
– Yes they are.
Dawno takiego rzutu uczuć patriotycznych nie miałam. Przydadzą mi się, bo jak słowo daję, przez najbliższe trzy miesiące siedzę na tyłku w moim grajdołku.

Reklamy

5 thoughts on “Is this a dagger that I see before me?

  1. o! a ja wróciłam dwie godziny temu.
    Tatry nie, ale taki piękny zachód słońca wychynął zza warstwy chmur jeszcze nad L.

  2. Likewise brzmi bardzo sexy; nigdy bym nie przypuszczała :o) I poległam: „to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją”. Prze-perła.

    • Tak. Autor „Gry o tron” prochu nie wynalazł, że tak powiem – byli przed nim tacy, co też z lubością wybijali wszystkich swoich bohaterów 🙂
      Do pierwszej części Twojej wypowiedzi się nie odniosę, bo jeszcze mi poziom cukru nie opadł. W każdym razie jestem przekonana, że słowo „lobotomy” brzmiałoby tak samo.

    • Koń, jak się okazuje.
      Tego na zdjęciu nie widać za bardzo, ale on jest dodatkowo wyposażony w wyświetlacz, na którym lecą notowania giełdowe. Osobiście wolałam, bez dwuznaczności, wielkiego koguta, który poprzednio w tym miejscu stał. Strasznie ponury jest ten szkielet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s