Come, you spirits

Stresujące spotkanie przełożone o dwa tygodnie. Świetnie, będę mogła denerwować się nieco dłużej. Miałam nadzieję, że dziś będzie po wszystkim i spokojnie pójdę do kina.
Ale do kina i tak poszłam.
Bo jak tu nie iść, skoro moje bez dwóch zdań ukochane miejsce na tym łez padole (ciągle mam nadzieję, że któregoś dnia postanowią mnie zatrudnić niechby na zmywaku, ja nawet lubię zmywać, ale nie pozwólcie mi na dygresje, bo wiadomo, jak to się u mnie kończy, toteż zamykam nawias) postanowiło wysyłać spektakle w świat. Od czasu do czasu naprawdę pakuje aktorów i sprzęt w samolot, ale na ogół prezentuje się zagranicznym widzom za pośrednictwem kinowych projektorów. Tylko że do nas te przedstawienia dotychczas raczej nie docierały.
Aż do dziś.
I na dobry początek wspaniale zapowiadającego się romansu słowiańska publiczność dostała tę niesławną szkocką sztukę.
Makbeta znaczy.
Tak, wiem, raptem tydzień temu o nim pisałam i znowu będę przynudzać. Oh, horror, horror, horror…
Środowisko teatralne mniej lub bardziej (w Wielkiej Brytanii bardziej) wierzy w to, że Makbet jest sztuką przeklętą i pechową. Słowa na M nie wolno wypowiadać w teatrze, chyba że podczas samego spektaklu lub próby. Jeśli człowiekowi się wymknie, istnieje cała masa rytuałów, które pozwalają odczynić urok – głośne przeklinanie, plucie przez ramię, skakanie na jednej nodze, wychodzenie z teatru i czekanie, aż ktoś litościwie wpuści do środka (samemu nie można wejść z powrotem). Niektórzy twierdzą, że to wszystko dlatego, że William w kwestiach wiedźm użył prawdziwych klątw. Legend namnożyło się przez ostatnie 400 lat – a to chłopak grający Lady Makbet w dniu premiery kopnął w kalendarz (i ponoć zastąpił go sam Szekspir), a to aktora naprawdę zadźgali na scenie, bo przypadkiem znalazł się na niej najzupełniej ostry sztylet, a to Abraham Lincoln miał czytać Makbeta wieczór przed swoim gwałtownym zejściem (też w teatrze przecież); a wśród dotkniętych klątwą mieli być sami Laurence Olivier, który prawie został przygnieciony scenografią, i Charlton Heston, który doznał dotkliwych poparzeń, gdyż jego pończochy ktoś niechcący lub chcący zamoczył w nafcie. Jak to jest naprawdę, nie wie nikt – stąpający twardo po ziemi zwracają uwagę, że w Makbecie jest mnóstwo scen walk, więc o obrażenia nietrudno, poza tym w otoczeniu, w którym każdy dyszy sobie w kark i zazdrości sławy, ten i ów może wpaść na głupi pomysł nieładnego odstawienia dłużej oklaskiwanego kolegi na bok, a poza tym to wszystko przypadki. Niemniej, jak mawiają ludzie z kraju barda, better safe than sorry i być może dla spokojności lepiej ugryźć się w język, gdy pcha się nań słowo na M.

Nie jestem obiektywna, bo w Globe spędziłam wiele czarownych popołudni, oblewana wodą, popychana i zmuszana do przebierania się za pirata. Było o tym wielokrotnie, więc nie będę się powtarzać. Kiedy jestem w Londynie, zawsze tam zalezę – jeśli nie na przedstawienie, to chociaż do ichniej księgarni albo winka się napić, albo po prostu nacieszyć się oszałamiającym widokiem, bo Globe siedzi nad samym brzeżkiem Tamizy, naprzeciwko katedry świętego Pawła, z wieżami City wyrastającymi dookoła. I w takim niesamowitym sąsiedztwie, nie bacząc na huczące samoloty, warkoczące statki i migoczące światła drapaczy chmur wystawia te swoje sztuki pod gołym niebem. Po staremu, jak to było w czasach Williama i jego koleżków. No, prawie.

Pokazywane u nas częściej produkcje National Theatre, myślę, mogą być dla wielu bardziej nęcące, bo rozmach, bo technologia, bo efekty specjalne. Globe nie sięga po nowoczesne techniki, bo ich po prostu nie ma; korzysta z bardzo prostych środków. Właściwie głównie z jednego najprostszego środka – aktorów. Takich, którzy uniosą tekst napisany w staroświeckim metrum, ale też wejdą łatwo w interakcję z publicznością, bez czego w tym teatrze nie da rady, bo czasem trzeba przez widownię przejść, by dostać się na scenę, a poza tym wzajemny kontakt to osobna atrakcja (och, Makbet zaczepiający ludzi w pierwszych rzędach i wyciągający rękę z pytaniem: would you like to kiss my ring?).
Pyszny był ten Makbet, bardzo intensywny. Momentami zaskakująco zabawny. Momentami przerażający; scena szaleństwa Lady Makbet włos jeżyła, Makbeta spotkanie z wiedźmami też. Scena, w której pojawił się niezaproszony na kolację duch Banqua (zawsze lubię oglądać zdjęcia z prób, takie surowe jeszcze), była fenomenalna. Banquo w ogóle świetny. Przez cały wieczór zachodziłam w głowę, skąd gościa znam, bo jakiś podejrzanie podobny do kogoś mi się wydawał. No i owszem. Byli tam też inni, który może popularni nie są, ale to o niczym nie świadczy, bo są dobrzy w tym, co robią; poza tym już parę razy się widzieliśmy, więc zawsze miło – mianowicie ci dwaj panowie. Po lewej Philip Cumbus, którego znam z czytanek przede wszystkim, po prawej pojawiający się w kilku rolach Colin Ryan, który wrył mi się na dobre w pamięć jako zezujący psychol, to jest wróć, John Webster z Zakochanego Szekspira. I wreszcie sam szkocki król, zanurzający się coraz głębiej w swój obłęd aż do momentu, gdy uświadomi sobie, że wszystko stracone. Bardzo lubię, gdy ktoś wzbudza we mnie nieco uwierające poczucie sympatii dla czarnego charakteru, w tym przypadku tyrana i okrutnika. To nie jest wielka filozofia, zagrać kogoś, kto jest jednoznacznie zły – ale pokazać, skąd to zło się wzięło, to już nieco wyższa szkoła jazdy. Klasa.
Nawiasem mówiąc, całą tę rozkosz wyreżyserowała aktorka. To był jej debiut w takiej roli. Ciekawam, jak odniósłby się do tego i wielogwiazdkowych recenzji jeden z naszych krytyków, powtarzający z lubością, że aktorzy nie powinni brać się za reżyserię.

Trochę ludzi wyszło tuż po ostatniej scenie, nie czekając na ukłony. Nawiasem mówiąc, w krakowskich teatrach też ten trend widzę coraz częściej; kurtyna opada i towarzystwo od razu rzuca się do wyjścia, nie zamierzając nikogo oklaskiwać, bo można się na tramwaj spóźnić. Tylko że w przypadku Shakespeare’s Globe to ogromny błąd, albowiem traci się wisienkę na torcie – jig. W dawnych czasach aktorzy nie wychodzili, ustawiali się w grzecznym rządku i kłaniali, o nie. Oni tańczyli. Niektórzy byli bardziej cenieni za swoje pląsy niż aktorstwo (to, obawiam się, w pewnych przypadkach zdarza się do tej pory…). W każdym razie Globe pozostaje wierny tej tradycji i oczywistością jest, że zabity bohater powstanie z martwych, by złapać się za rączki z tym, który go chwilę wcześniej usiekł i na pożegnanie zapodać wam choreo jak z Gorączki sobotniej nocy. Niezależnie od tego, jaką tragedię oglądacie, jak fatalny jest jej finał – na koniec zawsze będzie radosny jig. Muzykanci, tańczący aktorzy i tańcząca publiczność. I dopiero wtedy można się rozejść.
Następna retransmisja w kwietniu. Oczywiście idziecie.

PS Droga osobo, która siedziałaś obok mnie i co chwila świeciłaś swoim fejsbukiem w trakcie seansu – double, double toil and trouble, fire burn and cauldron bubble, oby cię dopadła okropna wysypka przed rozbieraną randką. Takich rzeczy nie robi się w kinie. I nie wymienia się na głos uwag z psiapsiółką, niezależnie od tego, za jak bardzo przystojnego uważa się odtwórcę głównej roli. Dziękuję.

Reklamy

6 thoughts on “Come, you spirits

  1. Ja tylko chciałem dać znać, że wbrew statystykom komentarzy przy ostatnich wpisach, czytelnicy bloga nie wymarli, a wręcz przeciwnie, z wielką przyjemnością nadal czytają i delektują się wpisami 🙂

  2. 🙂 ja bym tej osobie zabrała zabawkę… a gdyby miała kubełek koli… to bym go w niej utopiła… :p … omawiac w trakcie ogladania? Nie rozumiem… wzdychać – rozumiem 🙂

    • Nie miałam kubełka 😦 oglądanie z kubełkiem czegoś, co trwa ponad 2 godziny, jest ryzykowne… I tak, nieustannie komentowała, jak świetnie pan się prezentuje. No świetnie się prezentował, nie zaprzeczę, ale przecież wszyscy to widzieli, więc po cóż o tym mówić na głos w cholernym kinie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s