Lovers and madmen have such seething brains, such shaping fantasies

W środku nocy obudziło mnie bzyknięcie przychodzącej wiadomości. Rozespana zabrałam się za odpisywanie, ale gdy rano przeczytałam, cóżem w półśnie spłodziła i wysłała, trochę mnie zmroziło. W mojej – jak mi się wydawało, błyskotliwej i figlarnej – odpowiedzi sensu tyle, co w losowo wybranych słowach, ba, co w wypowiedziach niektórych wannabe mężów stanu w niedzielnych programach śniadaniowych. Pominę już fakt, że moja złota myśl była zagadkowo urwana w połowie. Trudno. Liczę, że rozmówca przynajmniej miał uciechę. Zresztą zna mnie trochę i dobrze wie, że skoro potrafię mówić przez sen, to zapewne potrafię i pisać.
A, właśnie.
Jak być może wiecie lub nie wiecie, internet oferuje serwis, w którym można sobie za drobną opłatą zorganizować wymyślonego partnera. Możecie nadać mu imię i cechy, zarysować jakąś tam historię znajomości i on będzie wam przez miesiąc wysyłał słodkie SMS-y, dając wam poczucie, że kogoś macie. Można z nim normalnie – no, w pewnym sensie – konwersować. Nie żebym próbowała, bo w kwestii wymyślonych partnerów jestem raczej staroświecka i trzymam się gwiazd filmowych*, ale czytałam bardzo ciekawy artykuł autorstwa człowieka, który postanowił tę usługę dla dobra ludzkości przetestować.
Najciekawszy w jego relacji jest fragment, w którym tester zdał sobie sprawę, w czym tkwi tajemnica bystrych i podejrzanie dobrze osadzonych w kontekście odpowiedzi jego niewidzialnej dziewczyny. Początkowo zakładał, że to bot – ale boty, nawet najbardziej inteligentne, gubią się przy pewnym poziomie abstrakcji, nie odczytują ironii (to całkiem jak niektórzy w moim otoczeniu, ale to inna historia; niektórzy mają nawet spojrzenia jakby z uncanny valley, zwłaszcza po weekendzie). I zaczął się zastanawiać – jeśli rozmawiał z programem komputerowym, to co sprawiało, że ten program zachowywał się tak naturalnie?
Wiadomo: to nie był program. Po drugiej stronie siedział człowiek.
Ten fragment artykułu zafrapował mnie najbardziej, bo autora to odkrycie przyprawiło o spory dyskomfort (zupełnie jakby świadomość otwierania się przed sztuczną inteligencją była łatwiejsza do zniesienia niż świadomość, że rozmawia z kimś żywym). A potem, gdy już oswoił się z myślą, że jego czarująca partnerka to w istocie jeden z wielu pracowników przedsiębiorstwa, które tę usługę wynalazło, i tak jakoś do niej się przywiązał. Mechanizm zadziałał.
Przy okazji tej lektury przypomniała mi się oczywiście ta piosenka. Ale – nie smuci mnie to tak, jak być może powinno. Większość z nas na jakimś etapie życia toczy rozmowy z kimś, kogo z pewnością nie ma w pokoju i wyobraża sobie romantyczne randki z partnerem idealnym; jeśli tylko nie przywiązuje się do tej wizji za bardzo, to przecież jest całkiem okej. Coś w rodzaju treningu na sucho. Nawiasem mówiąc – to musi być ciekawa praca, siedzieć i wysyłać SMS-y do nieznajomych, tworząc na ich potrzeby dziesiątki osobowości. Gorzej tylko, gdy trafi się na kogoś naprawdę samotnego i zdesperowanego, a przypuszczam, że takich na świecie raczej przybywa niż ubywa. Niemniej – jeśli tymczasowa, cyfrowa towarzyszka ma pomóc komuś, kto nie ma z kim pogadać w rzeczywistości, to czemu nie.
Tak czy inaczej, mam nadzieję, że adresat mojego sennego bełkotu naprawdę istnieje, choć dotychczas mi nie odpowiedział. No, panie kochany.

*Jeden z moich wyobrażonych mężów wczoraj dostał w pełni zasłużoną Olivier Award. Cudownie. Na ogół jest tak, że moi faworyci są pomijani – może im pecha przynoszę, nie wiem. W przypadku plebiscytów publiczności mogę uciekać się do półlegalnych rozwiązań, żeby oddać na ulubieńca więcej głosów, niż formalnie powinnam (ćśśś…), a i tak przepadnie. I oto wreszcie wygrał ktoś, za kogo trzymałam wszystkie kciuki. Miłość moja do tego człowieka jest ogromna, bo obok talentu bez dwóch zdań ma on też bardzo sprawnie działające zwoje i z wielką przyjemnością słucha się tego, co mówi. Czasami myślę, że międzynarodowa sława powinna być dozwolona tylko dla ludzi, którzy przeczytali w życiu odpowiednio dużo książek, a nie dla tych z odpowiednio wypukłym tyłkiem.
Niestety nie mogłam oglądać rozdania nagród, spędzając wczorajszy wieczór w Korezie (nie żałuję bardzo, bo było zabawnie, a rozluźniona korezowa atmosfera zawsze mi dobrze robi), ale liczę, że gdzieś w otchłani internetu znajdę przynajmniej fragmenty relacji.

Reklamy

3 thoughts on “Lovers and madmen have such seething brains, such shaping fantasies

  1. w takich przypadkach, kasuję porankiem owa wiadomość bez czytania… i nadal mogę wowczas być przekonana o swojej elokwencji i błyskotliwości w czasie wyrwania ze snu 🙂

  2. w połowie pierwszego zdania popadłam w lekki stupor. 🙂
    a co do tego serwisu, nie wiem, czy taki partner idealny nie byłby zbyt nudny. albo to ja mam dziwną naturę, która uwielbia się ścierać…

    • Mnie by to akurat nie przeszkadzało, bo jestem z gatunku tych mało ścieralnych 😉 Ale podobno ten szyty na miarę SMS-owy partner potrafi się nawet „pokłócić” albo „obrazić”.
      Tylko że ma jeden podstawowy minus. Nie można go dotknąć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s