Nie bój się, bo cię wykupiłem

Dziś jeszcze będzie trochę o moim koniku, a od jutra wracamy do pisania o jakże pożądanych przez wchodzących tu przez trafienia z Google zagadnieniach dotyczących wódki i penisów.

Teatr Słowackiego rzucił bileciki po 20 złotych na Ojca. Widziałam to bodaj trzy lata temu i bardzo chciałam wrócić, bo to rzecz niesamowita, więc nie mogłam nie skorzystać z okazji. Ech. Kiedyś piątkowe wieczory spędzało się, tańcząc na barze, teraz siedzi się w teatrze.
Ojciec jest osnuty na kanwie opowiadania Oskara Tauschinskiego (uff, dobrze napisałam), inspirowanego legendą o powstaniu krucyfiksu z gdańskiej Bazyliki Mariackiej. Według tej legendy rzeźbiarz przybił do krzyża człowieka, który mu pozował, żeby jego dzieło wyglądało prawdziwie. To dwóch zdań najpiękniejsze przedstawienie w Krakowie i jedno z najpiękniejszych, jakie widziałam w ogóle – a, jak być może zauważyliście, trochę widziałam. Ogląda się to jak ciąg olśniewających obrazów. I ten duszący zapach kadzidła, och. Okazuje się, że na niemal pustej, ogromnej scenie, wśród wszystkich rur, kabli i reflektorów można odtworzyć onieśmielającą i intymną zarazem atmosferę gotyckiego kościoła.

Najbardziej fascynujący są święci spoglądający na was z niebotycznie wysokich drabin, uciszający was stanowczym „ćśśś!”, gdy wchodzicie i wychodzicie w półmroku, śpiewający anielskimi głosami. Majestatyczny święty Sebastian nie dość, że wygląda, jakby go wyrzeźbił ten tam, jak mu było, od Piety i Dawida?… – to jeszcze ma potężny wokal. Jest taka króciutka, ujmująca scena, w której córka głównego bohatera wspina się po szczeblach, by ukradkiem pocałować tę rzeźbę w udo, w pierś, wreszcie w usta.
Ojciec jest też chyba przedstawieniem najbardziej poruszającym, choć powiedzmy sobie szczerze, nie każdemu spodoba się bycie poruszanym w taki sposób. Finałowe sceny wbijają w siedzenie. Odwracanie wzroku na wiele się nie zda, bo i tak usłyszycie rozdzierające wycie krzyżowanego bohatera. Moment, gdy krzyż z przybitym doń chłopakiem unosi się i zawisa wysoko nad sceną, trudno zapomnieć.
Bardzo chciałam usiąść obok Piątkowskiego (teraz wygląda nieco inaczej niż na tym zdjęciu, bo ma piękne niesforne loki), który pół spektaklu spędza przyczajony wśród widowni, siedząc sobie po prostu jak niepozorny widz – ale niestety wyprzedziły mnie jakieś dziewczęta. Trochę się zdziwiły, gdy ich sąsiad znienacka wstał i jął śpiewać wniebogłosy. Kiedyś bym się wstydziła, niemniej z obaw przed interakcją na linii aktorzy-publika zostałam jakiś czas temu szczęśliwie wyleczona.
Wychodząc, usłyszałam, jak pewien mąż strofował pewną żonę w foyer.
– Nie było biletów na coś normalnego?…

Nawiasem mówiąc, przez znaczną część wieczoru szlag mnie trafiał dzięki czwórce uroczych, wystrojonych jak śledzie na święto morza widzów, którzy najpierw omal nie złożyli oficjalnej skargi, że nie mogą wejść na widownię (w tym spektaklu miejsca dla publiczności są umieszczone na scenie i wchodzi się tyłem, kulisami, dopiero w momencie, gdy obsługa otworzy drzwi i was zaprowadzi), potem strofowali innych widzów, że zajmują za dużo miejsca na ławkach, a potem przez właściwie całe przedstawienie komentowali półgłosem wydarzenia na scenie, jeździli w tę i nazad zamkami błyskawicznymi w torebkach, jęczeli „no nie”, gdy na scenie pojawił się nagi mężczyzna (od zobaczenia czyjegoś gołego tyłka z bezpiecznej odległości jeszcze nikt nie umarł, serio), by w finale – no owszem, nieco krwawym – wzdychać, że zaraz wyjdą (czego nie mogli zrobić, bo musieliby przejść przez środek sceny).
Ale najważniejsze, że ubrani byli elegancko, nieprawdaż.
Wiem, że nie wszyscy muszą lubić teatr, który nie do końca po bożemu jest robiony; nie wszystkim musi podobać się czołowe zderzenie sacrum z profanum. Mimo wszystko można było wcześniej przeczytać, na co się kupuje bilet.

A skoro już narzekam, to pójdę o krok dalej – nie rozumiem, dlaczego dla tego i owego takim problemem jest wyłączenie telefonu na półtorej godziny. Mimo donośnego komunikatu i tak w pewnym momencie rozległ się radosny dzwoneczek. Biorę poprawkę na fakt, że posiadacz dzwoniącego telefonu jest kardiochirurgiem i akurat dzwonili, żeby go zawiadomić o dawcy do przeszczepu, ale mocno wątpię.
Tyle narzekania, dziękuję.

Poza tym nic się nie dzieje i wiecie co? Wspaniałe to jest. Od dawna nie zdarzył mi się dzień, w którym nic się nie działo. Mogę chodzić na bosaka po moim przepastnym apartamencie, wylegiwać się w wannie, jeść, oglądać filmy, czytać i jest mi nieprzyzwoicie dobrze. Moje ambicje nie zamierzają dziś sięgać ani odrobinę wyżej.

Reklamy

6 thoughts on “Nie bój się, bo cię wykupiłem

  1. Porta, a możesz polecić coś z repertuaru warszawskich teatrów? Czy nie bywasz, nie interesujesz się? 🙂

    • Bywam, gdy bywają u mnie 😉
      Mnie się bardzo podobała „Druga kobieta” z TR Warszawa – aczkolwiek znam osoby, którym ten spektakl kompletnie do gustu nie przypadł, na co sugerowałabym brać poprawkę. Niedługo się wybieram na „Koncert życzeń”, bo to koprodukcja z krakowską Łaźnią – bardzo jestem tego monodramu ciekawa, bo nie pada w nim ani jedno słowo…
      Swoją drogą, zamierzam się wybrać do Warszawy na „Mary Stuart”, bo reżyseruje to Agata Duda-Gracz, a ona właśnie zrobiła „Ojca” i staram się oglądać wszystko, co spod jej ręki wychodzi.

  2. mnie od dawna nie zdarzyła się niedziela w szlafroku. Cała. Aż do wczoraj… i chyba odleżałam sobie siedzenie bo pod kocem leżakowałam z laptośkiem na kolanach i oglądałam zaległości filmowe… starając się nie myśleć, bo życie wywija na około różne nieprzyjemne numery, a mnie się po takich informacjach czasem nie łatwo jest pozbierać.

    • U mnie się TROSZECZKĘ prostuje i widzę światło w tunelu 😉 Ale bardzo potrzebowałam weekendu spędzonego na nicnierobieniu we własnym towarzystwie. Trochę mi się w głowie poukładało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s