Dragonslayer

Na początek dygresja. A propos telefonów, o których w poprzednim wpisie marudziłam – wyobraźcie sobie, że w ubiegły weekend nikt inny, jak sama Madonna została przyłapana na esemesowaniu podczas przedstawienia w Nowym Jorku (ciekawie to wygląda, swoją drogą). Odtwórca głównej roli – i przypadkiem również autor całości – zirytował się do tego stopnia, że choć zwykle zaprasza sławnych widzów za kulisy po spektaklu, Madonnie zabronił wstępu.
Dobre. Szacun.
Co ciekawe, zawiązała się – nieduża, bo nieduża – frakcja obronna, kontrująca, że może to i było niegrzeczne, ale kimże w ogóle jest ten facet w porównaniu z królową. Hm.
Koniec dygresji.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale w porównaniu z poprzednim ten tydzień zdaje się całkiem sympatyczny. Taki przynajmniej jest stan na wtorkowe przedpołudnie.
Otwiera człowiek w poniedziałkowy ranek komputer, spodziewając się najgorszego – i ucieszna wiadomość, że człowieka najulubieńszy zespół rusza w trasę po Europie. Człowiek wczytuje się w szczegóły, mając lichutką nadzieję, że może chociaż najulubieńszy zespół zagra w kraju ościennym, a tu proszę – w Krakowie!
Szczęście nie do opisania.
Może ceny biletów są nieco bolesne, ale w tym przypadku mogę przełknąć. Zgodnie z moją osobistą klasyfikacją zamiłowań Foo Fighters siedzą w szufladce z napisem: „Oddam się, sprzedam nerkę (nie twierdzę, że własną…), przeskoczę przez ogrodzenie pod napięciem, ale będę!”. Swoją drogą, ja i tak jestem umiarkowaną fanką – tak, wiem, „umiarkowana” to ostatnie słowo, jakie do mnie pasuje. Pan i władca darzy Dave’a i spółkę uczuciem jeszcze bardziej gorącym i on to dopiero szaleje w ekstazie. Och, ileż to nocy spędziło się razem przy tej muzyce. Z czerwonym winem. W pozycji horyzontalnej. Czy tam innych jakichś.
Przepraszam, rozmarzyłam się.

Tymczasem – pamiętacie, jak nasza bohaterka cierpiała i konała na zawał w ubiegłym tygodniu, gdy ją nieoczekiwanie zmuszono do publicznych występów? Dziś zadzwonił do niej nadszyszkownik z informacją przekazaną mu przez wszystkich świętych, przed którymi bohaterka tak okropnie się męczyła. Że zacytuję, bo czemu miałabym sobie odmawiać, ponoć moje nerwowe popisy były „bardzo ciekawie przedstawione i wartościowe”.
Mam chwilowy napad megalomanii. Widocznie ten Spacey jednak zdalnie i nieświadomie mi pomógł. Kolejny potwór zwalczony – no, przynajmniej tymczasowo ogłuszony. Ważny krok. Czuję się, jakbym wlazła na mój malutki, prywatny Everest.

Reklamy

4 thoughts on “Dragonslayer

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s