My lust is unimaginably violent

Ponieważ Słowacki znowu kusił biletami za 20 złotych, wylądowałam wczoraj na Kochanku. Och, jakie to jest dobre. Trwa niespełna godzinę, ale ta godzina jest wypełniona emocjami, które aż widza duszą i przesycona erotyzmem. Piekielnie to zmysłowe. I niesłychanie intensywne, bardzo mięsiście zagrane.
Niewiarygodne czasami, jak ludzie ze sobą grają, przyciągają się i odpychają, jak dziwaczną walkę toczą; jak potrafią nawzajem się krzywdzić dla osiągnięcia perwersyjnej przyjemności, jak świadomie komplikują sobie życie, żeby tylko uciec przed ciągnącą w dół rutyną.
To nie jest do końca o zdradzie, choć tak na początku się wydaje, ale nie będę psuć zabawy, gdyby ktoś chciał pójść. W dużej za to mierze dotyka tematu swoistej mieszczańskiej hipokryzji, jakiejś takiej podwójności – poukładanego życia na zewnątrz, ciepłych kolacji, firanek w oknach, a za tymi firankami kłamstw i zaburzeń.
Chyba w większości z nas ciągle szarpią się ze sobą dwie skrajne potrzeby – stabilizacji i przygody. Jedni z tym sobie radzą lepiej, inni gorzej. Kiedyś tu wspominałam o osobniku, który przez kilka lat co jakiś czas składał mi niedwuznaczne propozycje – wcale nie zawoalowane, bo to generalnie typ mało subtelny. Trzeba mu przyznać, że był wyjątkowo uparty, przy czym ku jego utrapieniu ja też byłam. Istnieją na świecie mężczyźni, od których taką propozycję przyjęłabym bez wahania (podejrzewam, że w pewnych przypadkach zdążyłabym się rozebrać, nim dokończyliby zdanie), ale ponieważ jest wysoce wątpliwe, by kiedykolwiek mi taką złożyli, nie rozmyślam o tym za dużo. Opisywany przypadek nie należy do tej grupy. Opisywany przypadek wiedzie od niedawna życie małżeńskie, ślub brał oczywiście kościelny. Jedno w drugim nie przeszkadza mu zupełnie. Sobotnie zakupy w supermarkecie, niedzielne grille u teściów, planowanie przenosin za miasto, a pomiędzy tym wszystkim dopytywanie się koleżanki, kiedy będzie mógł odwiedzić ją w domu i dotrzymać jej towarzystwa (kiedy wielbłąd przejdzie przez ucho igielne).
To i tak lepiej – bardziej szczerze w każdym razie – niż u mojego pierwszego eksa, który po kilku miesiącach ponownych schadzek przyznał się, że pomiędzy tym, jak się ze mną rozstał a tym, jak postanowił znów się do mnie odezwać w oczywistym celu, zmieścił ślub ze swoją byłą (z którą przed moim nastaniem był przez wiele lat i do której nagle zachciał wrócić – klisza, jakich mało). Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam wtedy bardzo młoda, jak również bezdennie głupia i pod żadnym pozorem nie idźcie tą drogą. Zakończone historie nie powinny być otwierane na nowo.
W Kochanku jest o tyle inaczej niż w moich opisanych wyżej smutnych przypadkach, że bohaterowie wiedzą o tym, że partner kogoś ma na boku. To taki quasi-otwarty związek. Ale to też nie uwalnia od problemów – przeciwnie, dostarcza innych. Zdradzając kogoś na boku, oszukuję go. Zgadzając się na zdrady partnera i udając, że mnie nie ruszają w żaden sposób – oszukuję siebie. Mogę to wszystko pozostawić w sferze brudnych fantazji, którymi będę sobie ubarwiać monotonię, ale co, jeśli to też mnie nie uratuje, bo moja potrzeba ucieczki od uporządkowanej codzienności w końcu zwycięży nad potrzebą spokoju i bezpieczeństwa?

Ech, powiadam. 55 minut raptem, a zostawia was z tyloma gorzkimi myślami, z tyloma obudzonymi demonami… Czasami tęsknię do nastoletniej siebie – wierzyłam wtedy głęboko, że wystarczy kogoś kochać, żeby nie wpadł na żaden głupi pomysł, nie skrzywdził; wierzyłam, że związki to sama słodycz, dmuchawce i trzymanie się za ręce. Tamta ja nie podejrzewałaby, że podczas takiego spektaklu będzie się czuła, jakby oglądała adaptację rozdziału swojej autobiografii.
A można było pójść do kina na coś wesołego. Albo prosto do domu, na serial i kąpiel w pianie. Ale nie, przecież niżej podpisana uwielbia być przeciorana za włosy po podłodze.
Za to na Plantach hanami aż miło. Tylko rozłożyć kocyk pod kwitnącym drzewem i się cieszyć. Tak było rozkosznie, że wracałam do domu pieszo. Wiosenne wieczory w Krakowie są najpiękniejsze. Obok tych zimowych, ze świeżym, skrzypiącym śniegiem. I obok tych jesiennych, z wirującymi liśćmi i nadwiślańskimi mgłami. Powietrze nawet pachnie, co tu nie zdarza się zbyt często.
Jak na znudzoną i zmęczoną tym miastem, jestem w nim podejrzanie mocno zakochana, co w pewnym sensie zabawnie uzupełnia cały małżeński wątek tego wpisu.

Reklamy

5 thoughts on “My lust is unimaginably violent

  1. jak Ty te bilety znajdujesz! też chcę! przez Ciebie ciągnie mnie do teatru nieustająco, póki co udało mi się dwukrotnie obejrzeć „teatr w kinie”. i tak lepiej, niż nic…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s