Methought I was enamour’d of an ass

Miałam wczoraj czwarty poniedziałek w tym tygodniu.
Niniejszym ogłaszam strajk i dziś zamierzam mieć piątek. O tyle mi trudno, że jestem trochę niewyspana, bo po pierwsze wróciłam z kina po dwudziestej trzeciej, a po drugie zamiast pójść grzecznie spać, zabrałam się za pieprzne rozmówki, bo w takim właśnie nastroju byłam. Zaraz wszystko będzie jasne.

Jak wiadomo, chodzę do kina tylko wtedy, gdy grają w nim teatr, a wczoraj była retransmisja z Shakespeare’s Globe, którą to placówkę darzę bardzo gorącym, być może nieco obsesyjnym uczuciem i jak Bozia da, za niespełna miesiąc znów tam będę.
Jeśli znacie kogoś, kto nie przepada za teatrem i chcielibyście go przekonać, że to jednak nie taka znowu usypiająca nuda, Sen nocy letniej jest doskonałą przynętą. Jest dowcip. Jest seks. Jest golizna (tu akurat było sporo, zwłaszcza męskich torsów). I nawet jest kawałek z psem.
Oglądałam w życiu kilka Snów – były zabawne, i owszem, ale w porównaniu z tą adaptacją to był jednak Szekspir w białych rękawiczkach, potraktowany dość ostrożnie, no bo to bard przecież. Taką mam obserwację, nie od dziś, że my go traktujemy dużo bardziej poważnie niż Anglicy, którzy nie mają najmniejszego problemu z tym, by kłaść nacisk na to, co w jego tekstach jest najbardziej frywolne czy groteskowe, czasami balansując na granicy dobrego smaku – i to nie dotyczy tylko komedii. Może to zresztą wynika też z tłumaczeń, w których gubi się masa dwuznaczności. Tymczasem mój kochany Globe, z wielką lekkością bawiąc się Szekspirem i jemu współczesnymi, udowadnia, że klasyka wcale nie jest nietykalna i że nie jest po to, by do niej nabożnie wzdychać. Przeciwnie. Skoro coś powstało dla uciechy, dajmy ludziom uciechę. No i dali. Po całości, że tak powiem.
Nie będę streszczać, historia znana. Mamy króla i królową w kryzysie, nieszczęśliwie zakochaną młodzież, przygotowania do wesela, seks, konflikt i siły nadprzyrodzone. A skoro to sztuka o kochankach i nadludzkich istotach, czemu by nie obsadzić w głównych rolach pięknych mężczyzn, którzy powoli gubią części garderoby? Dawno, och, naprawdę dawno nie oglądałam przedstawienia z taką radością i uwagą. Naprawdę OGLĄDAŁAM, mrugając bardzo rzadko, a wiecie, co się dzieje, jak ja się zagapię.

No i właśnie. Uważa się, że najważniejszą postacią w tej historii jest Puk. Duszek, który zajmuje się głównie szukaniem okazji do nieszkodliwego narozrabiania, bo tak już ma, że bawi go, gdy przygląda się temu, co zbroił. I wiecie co, oni obsadzili w tej roli prawdziwego elfa ani chybi. Kruchy jest ten chłopak jak figurka z zapałek, ma śliczne, delikatne rysy – i głos zupełnie nieprzystający do tej zwiewnej zewnętrzności. Zestawienie wątluchnego Puka o dziewczęcej urodzie z muskularnym, płomiennookim Oberonem, rasowym samcem alfa, jest fascynujące. Nie można od tych dwóch oderwać oczu. Ich relacja jest momentami uroczo pikantna, są rozkosznie zmysłowi, jest pomiędzy nimi dziwnie seksualne napięcie, ale czego się spodziewaliście? To Sen nocy letniej. Erotyzm aż dymi, z prawie każdej sceny, nawet jeśli bohaterowie pozornie nie mają się ku sobie.
(A jeśli, jak ja, lubicie oglądać zdjęcia z prób, to możecie sobie zobaczyć, jak Puk i Oberon wyglądają na zapleczu – takie oto dwa chłopaki. Widzicie, co teatr robi z zupełnie przeciętnie wyglądającymi ludźmi, których minęlibyście obojętnie, nawet nie podejrzewając, że to aktorzy przyprawiający kobiety o chwilowe zatrzymanie akcji serca? Czary, jak w tym Lesie Ateńskim).
Co ciekawe, te same osoby grają Tytanię i Hipolitę, Oberona i Tezeusza, oraz Puka i Filostrata, co wdzięcznie podkreśla „senny” wymiar sztuki – ale o ile dwoje pierwszych zachowuje się zgoła inaczej w rolach śmiertelników, o tyle Filostrat, wymuskany mistrz ceremonii na królewskim dworze, ciągle porusza się miękkim krokiem Puka…

Uwiodło mnie to jeszcze z jednego powodu. Otóż bardzo lubię motyw teatru w teatrze, a jeszcze bardziej lubię, gdy coś – celowo lub nie – idzie źle. Uwielbiam. Finałowa tragedia Pyrama i Tyzbe, wystawiana z wielkim, desperackim wręcz zaangażowaniem przez osobliwą grupę aktorów, jest naprawdę tragiczna. „Tyzbe” – nota bene, wyglądająca raczej jak banshee niż ponętna kobieta, i to banshee z owłosioną klatą – nie mieści się na rozchybotanej scenie w swojej potężnej kiecy, „Pyram” zachowuje się jak Laurence Olivier, ale zapodaje kwestie z charyzmą kołka rozporowego i zapomina każdego słowa, „Mur” nie tylko ma dziurę w bardzo, BARDZO niewłaściwym miejscu, utrudniającym kochankom miłosne szepty, ale też przewraca się po opuszczeniu sceny, błyskając pośladkiem (nastolatka siedząca obok mnie wydała z siebie w tym momencie zdegustowane „yyygh” – podejrzewam, że obiekcje względem odkrytych kształtnych tyłków niebawem jej przejdą, ale ech, uroki niewinności), pies „Księżyca” zdycha, no dobrze, to może niezabawnie brzmi, niemniej gdybyście widzieli tę pluszową wymiętoloną potworę zwisającą smętnie z objęć ryczącego rozpaczliwie aktora, to składalibyście się w fotelu tak samo, jak ja się składałam. No cudowne, cudowne. I te maniakalne wrzaski euforii Piotra Pigwy, gdy dowiedział się, że jego sztuka została zaaprobowana przez królewski dwór i może zostać wystawiona… Nie znalazłam tej króciutkiej sceny w sieci, ale może i dobrze, bo istnieje ryzyko, że odtwarzałabym ją w kółko, wydając podobne dźwięki. Zresztą akurat mam powody.
– A my możemy jeszcze epilog zagrać…
– NIE! To by… zepsuło wrażenie.

Ale naprawdę, niech ktoś coś zrobi z tymi komórkami w kinie, bo jeśli kolejnym razem usiądzie obok mnie ktoś z potrzebą relacjonowania spektaklu na bieżąco via Facebook Messenger, to nie wytrzymam i zdzielę.

Reklamy

3 thoughts on “Methought I was enamour’d of an ass

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s