Nothing in the world is quite as adorably lovely as a robin when he shows off

Och, jak ja lubię, gdy mnie ptaki budzą o czwartej rano. Bez ironii, naprawdę lubię. To mój drugi ulubiony sposób budzenia się (pierwszy jest oczywisty, więc nie będę tu świntuszyć). Można wstać, wypić kawę, pomaleńku podryfować w dzień z przeczuciem, że będzie przynajmniej niezły. A gdy kosy ucichną, włączyć sobie ulubioną poranną audycję, której prowadzący jest – ku mojej radości – wielkim miłośnikiem Kate Bush.

Jestem ostatnimi czasy w dobrym humorze i mam różne sympatyczne przygody, toteż postanowiłam wykorzystać falę wznoszącą; wzięłam mianowicie udział w loterii dla tych, co chcą wygrać okazyjny bilecik na Hamleta z Bennym Cucumberem. Jeśli mnie nie wylosują, płakać nie będę, bom przyzwyczajona – w życiu tylko raz coś wygrałam, dokładniej zajęłam pierwsze miejsce w konkursie poetyckim (stali czytelnicy mieli okazję zapoznać się z moją poezją produkowaną w wieku czternastu lat, coś tam pisałam, że mokre kaktusy i głąb chodnika – wyobraźcie sobie, że owszem, ktoś jednak postanowił dać mi za to nagrodę; swoją drogą nie pamiętam już nawet, jaką). Poza tym niebawem w grajdołku też odbędzie się premiera Hamleta, a przynajmniej dwóch członków obsady budzi we mnie żywsze emocje niż Cumberbatch. Idę oczywiście, po powrocie z urlopu. Jako że jest to w Starym i jako że jest to Szekspir, spodziewam się serii ubolewań nad kondycją kultury polskiej, upadkiem narodowej sceny i szarganiem świętości barda. Jeśli tylko barda, to pół biedy. Zdążyłam już wyczytać, iż plakat do spektaklu jest bluźnierczy. No to go sobie obejrzałam czym prędzej, bo jeśli coś może wzbudzić moje natychmiastowe zainteresowanie, to z pewnością rzeczy gorszące.
Powiem wam szczerze, że przez dłuższą chwilę gapiłam się na ten plakat, próbując jakąkolwiek bluźnierczość w nim dostrzec. Czyli jednak każdy widzi to, co chce.
Skoro już o wykorzystywaniu oczu mowa – po raptem dwóch tygodniach wpatrywania się w mój słynny już obrazek odkryłam, że on z przodu też jest podpisany. Dodam na swoje usprawiedliwienie, iż trzeba się naprawdę mocno przyjrzeć (nie, nie jeździłam nosem po tym, mam swój honor). Przez poprzednie czternaście dni myślałam, że to jakiś niedokończony wzorek jest – wygląda jak dorysowany ołówkiem listek wyrastający z gałęzi. Dziś mnie oświeciło, że to nie jest żaden listek, tylko inicjały.
Wątpię, ale gdyby jednak przypadkiem ktoś z was skrycie marzył o podobnym wytworze, to od paru dni są do nabycia po bożemu, via internet (a można było na ten pomysł wpaść od razu…). Bardzo ładne, tyle tylko, że to już są druki, a nie oryginały. Jakby komuś zbywało, niech spojrzę na kursy walut, skromne pięćset siedemdziesiąt złotych – przez wrodzoną uprzejmość nie skomentuję – to sobie może sprawić. Och, plus jeszcze osiemdziesiąt za przesyłkę. Moja dotarła na koszt strony wysyłającej. VIP treatment, nie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s