The slings and arrows of outrageous fortune

Są pewne dobre szkoły cierpliwości na tym łez padole.
Mgła na lotnisku.
Zakopianka w kierunku Krakowa po długim weekendzie.
Ogonek do przymierzalni w Zarze podczas wyprzedaży.
Moja osiedlowa poczta po siedemnastej.
Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Kupowanie biletu na oblegane przedstawienie. Jak wspominałam, trafiły mi się w loteryjce organizowanej przez Barbican dwa takowe, na całkowicie wyprzedanego Hamleta, przypadkiem granego przez największą chyba obecnie gwiazdę. Nie dostałam ich ot, tak sobie, musiałam je odstać w kolejce. Każdy ze zwycięzców miał teoretycznie zagwarantowane miejsce, ale wiadomo – chodzi też o datę. Niezbyt by mi się uśmiechała środowa popołudniówka, bo, panie Benedykt, muszę z grajdołka dolecieć.
Pięć godzin, ladles & jellyspoons. Przez pięć godzin gapiłam się na zielonego hipka na stronie Barbican Centre. Bo wasz postęp w kolejce ilustruje grafika przedstawiająca zielonego człowieczka maszerującego trochę jak w ten w czołówce programu W starym kinie. Hipek poinformował mnie na dzień dobry, że jestem sześćset siedemdziesiąta, a potem szedł bardzo, ale to BARDZO powoli. Wreszcie poinformował mnie, siedzącą z nosem wspartym o kubek kawy: It’s your turn! Click to proceed.
Klikam, by procedować.
I co widzę?
PAGE CANNOT BE DISPLAYED.
W takich chwilach człowiek przypomina sobie, że potrafi zbudować zdanie wielokrotnie złożone, używając wyłącznie słów, excusez, „kurwa”, „chuj” i „pierdolić” w dowolnych, licznych konfiguracjach. Jestem czasem wdzięczna polszczyźnie za możliwości wyrażania żarliwych, wybitnie żarliwych uczuć.
Sprawdzam drugie okno. To samo. Tu dygresja i zarazem wyjaśnienie, czemu te kolejki lubią być tak absurdalnie długie. Otóż polujący na bilety zwykle otwierają sobie parę okien w przeglądarce, a czasem nawet i parę przeglądarek, plus jeszcze smartfona. Przypuszczają zmasowany atak, generując tym samym sztuczny tłum. Zdarza się, że można całą tę udrękę ominąć, czekając do późna wieczorem albo z głupia frant zaglądając do innego serwisu biletowego, który przypadkiem i po cichu dysponuje skromną liczbą miejsc (albo nabywając członkostwo i tym samym priorytet, niemniej trudno takie rozwiązanie polecić komuś, dla kogo wizyta w zamorskim teatrze to raczej jednorazowa przygoda).
Powtórzyłam całą operację z tym samym efektem.
Ty tam, informatyku w Barbican. Z całym szacunkiem, zaraz mnie blady, wymieniony powyżej, na ch, strzeli.
Oświeciło mnie wtem, że mam zmieniacz IP. Zmieniłam zatem na Wielką Brytanię w nadziei, że to cokolwiek zmieni. Może to nie bardzo prawe posunięcie, ale skuteczne. Oczom mym niedowidzącym natychmiast ukazał się kalendarz dostępnych dat. Tym sposobem z bardzo bliska może Benedykta nie zobaczę, ale z bardzo daleka też nie, i na przedstawieniu będę. Przedstawienie zawsze lepsze niż transmisja, to oczywista prawda.
Nawiasem mówiąc, wejście w posiadanie bileciku jest obwarowane tyloma obostrzeniami (wejście tylko z dokumentem tożsamości, bilety drukowane dopiero na krótko przed terminem spektaklu, nie do odstąpienia, kupujący musi być jednym z widzów) że człowiek czuje się, jakby szedł na audiencję do królowej.
Powiem wam szczerze, że bardziej fascynuje mnie cała ta otoczka niż samo przedstawienie; Hamlet zresztą nie jest moim ulubionym bohaterem; chodzi taki i marudzi. Tym o podobnej opinii gorąco polecam słynną wersję skróconą – zwłaszcza część czwartą, zagraną na przyśpieszonych obrotach i od tyłu. Z wielką ciekawością obserwuję natomiast to, co dzieje się dookoła Cucumbera, tę ponadgraniczną obsesję, gwiazdorstwo w skali sięgającej absurdu, niemal galaktycznej – nie zamierzam odmawiać talentu, ale przecież nie on jeden wśród wyspiarskich aktorów ma głęboki głos, nie on jeden dobrze gra, nie on jeden podoba się kobietom (tu muszę przyznać, że nie do końca rozumiem, dlaczego, bo o posągowej urodzie mówić tu nie można, aczkolwiek moja znajoma, osoba lat trzydzieści pięć, uważa, że jest śliczny i oszałamiająco seksowny – i raczej nie należy wchodzić z nią w polemikę, jeśli chce się zachować wszystkie palce). Myślę, że równie interesujący spektakl będzie rozgrywał się pod teatrem. Walka o garstkę dziennych biletów, walka o zobaczenie niechby skrawka grzywki z oddali. Już raz widziałam koczujące w śpiworach fanki, w lutym; na Boga, w Anglii zimą jest cieplej niż u nas, ale nie aż tak ciepło.
No, zobaczymy. Będzie co opisywać chyba.

Poza tym w moim małym życiu nic szczególnego się nie dzieje, co przyjmuję z gromkim, pełnym ulgi UFF. Najciekawsze są sny, znowu bardzo intensywne.
Długo ten stan błogiej nudy raczej nie potrwa, ale o tym innym razem.

PS Drogi szukający – nie wiem, jak zawrócić swetr do sklepu, litości.

Reklamy

2 thoughts on “The slings and arrows of outrageous fortune

    • Ja lubiłam włosy (coś mam z tymi włosami…), ale potem obciął, ulizał i już nie to samo. No i muszę przyznać, że ma nieznośnie rozmiękczający wokal.
      Zobaczymy, zobaczymy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s