Lavender Moon

Czyżbym była w złym humorze?…
Stan zawieszenia, w którym od kilku tygodni żyję – na własne życzenie, nikt mnie w to nie ubrał przecież – trochę już mnie męczy. Nie jest przyjemnie codziennie zastanawiać się, czy planowana od pięciu miesięcy podróż w ogóle się odbędzie, ani tym bardziej kombinować, czy jednak postawić wszystko na jedną kartę, czy też raz w życiu użyć rozumu. Oczywiście wiem, że są to problemy, które trudno problemami nazwać. Ludzie mają większe zmartwienia. Urlop można przełożyć na później, za nie dość interesującą szansę można podziękować. To raczej dobra lekcja na przyszłość dla mnie: nie planować niczego z nadmiernym rozmachem, nie angażować się w coś, do czego nie jestem do końca przekonana. Tak czy inaczej, po raz wtóry zauważam ten sam mechanizm, pewnego rodzaju samosterowność. Jeśli czegoś bardzo chcę, będę nie całkiem świadomie dążyć do tego za wszelką cenę i w końcu dopnę swego (kosztem niechby sprzedania nerki). Jeśli czegoś nie chcę, tylko tak mi się wydaje (bo taki chwilowy kaprys, bo powinnam, bo ludzie mówio, bo coś tam), będę rzucać sobie jakieś imaginowane kłody pod nogi, aż wreszcie odetchnę z ulgą – no, wiedziałam, że się nie uda! Im dłużej żyję, tym jaskrawiej to zauważam, więc może w końcu przestanę udawać przed samą sobą, że robię coś innego, niż w istocie robię.
Prawda jest też taka, że coraz mniej w moim życiu rzeczy, których naprawdę mocno chcę. Trochę mnie opatrzność rozpieściła przez ostatnie lata i jakoś zobojętniałam.
Tymczasem dziś, w jednym z nielicznych słonecznych momentów, targnięta gwałtowną nostalgią zorganizowałam sobie drobne, to jest godzinne wakacje na własnym balkonie (w towarzystwie wznowienia Królów przeklętych Druona, dobrze, bo stare wydania zapodziały się w przeprowadzkach – nic lepszego nad mordujących się nawzajem członków rodziny, w dodatku naprawdę istniejącej; jeszcze to muszę sobie sprawić kiedyś, pojęcia nie mam, skąd u mnie umiłowanie tematu wysoce toksycznych familii, skoro moja jest całkiem normalna… tak mi się wydaje). O. Tak dziś było. wpid-2015-06-28-17.49.37.jpg.jpeg Lavender Fizz, wspomnień czar. Gin, prosecco, lawenda, cytryna. Och, czyż to nie było piękne lato dwadzieścia cztery miesiące temu, upalne i pełne niespodzianek. Nie obraziłabym się, gdyby to nadchodzące było choć trochę podobne. Nie zapowiada się – ale wtedy też przecież się nie zapowiadało.

A tak poza wszystkim – czy ja dobrze przeczytałam, że jakże przeze mnie ceniony redaktor Terlikowski uznał kobiety za nieczyste narzędzia w ręku szatana? Niech mi tępej dzidzie ktoś wytłumaczy, jakimż to cudem on ma żonę (i czemu ta żona znosi w domu towarzystwo mizogina).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s