My strongest suit

Bardzo rzadko ostatnimi czasy piszę o prywatnych sprawach, zwłaszcza tych, które mają związek z porywami serca i innych organów (może nawet bardziej tych innych) – ale dziś muszę. Jestem bowiem w nastroju nieco miłosnym, a że to mój blogasek i mogę na nim pisać o czym chcę, dam się wygadać sercu i innym organom (może nawet bardziej tym innym).
Wczorajszy dzień przebiegł zgodnie z oczekiwaniami, to jest rwałam włosy z głowy, wyjaśniając różnym zirytowanym ludziom, że nie ja podjęłam decyzje, o które mają pretensje, i że nie mam mocy, by te decyzje cofnąć. Posłaniec zawsze obrywa, wiadomo. Tu znowu chciałoby się napomknąć o tym, że dobrze jest być uprzejmym, że to popłaca ogromnie, w przeciwieństwie do bycia arogantem, ale niektórzy wyraźnie czują się lepiej, gdy w kogoś wystrzelą z grubej rury, jakby im obraził babcię. Tak czy inaczej, spodziewałam się, że będzie ciężko, więc włożyłam moją „szczęśliwą” sukienkę.
Lubię ją ogromnie. Ładna jest, zwiewna, barwna, nogi odsłania. Ma kieszenie, więc można schować ręce, gdy człowiek się denerwuje i nie wie, co z nimi zrobić. Spędziłyśmy razem wiele miłych chwil. Ta sukienka miałaby parę historii do opowiedzenia.
Tym samym, oczekując fatalnego dnia, a nie rozbieranej randki czy innych tam słodyczy, włożyłam tę kieckę i szłam w niej jak z tarczą.
Nie do końca pomogło, ale jednak czułam się lepiej. Bezpieczniej. Ze wszystkimi wspomnieniami, które ten skrawek szmatki niesie i w nadziei, że skoro tyle razy przyniosła mi szczęście, to może i tym razem przynajmniej troszeczkę mnie ochroni.
Sukienka to nasza zbroja czasem.
A najlepsze było to, że słodycze też dostałam, bo wieczorem moje męki zostały nieoczekiwanie wynagrodzone.
Obejrzawszy sobie z bliska pana i władcę, wpadłam w całkowity, obezwładniający zachwyt, jakbym go widziała po raz pierwszy. Znam go nie od wczoraj i również nie od wczoraj wiem, jak wygląda, ale nadal czasami odbiera mi mowę i robię wielkie oczy, i myślę, że mogłabym spędzić resztę życia, po prostu mu się przyglądając, a jeszcze chętniej – dotykając go. Kolega ma czterdzieści cztery lata. Przypuszczam, że od pewnego czasu trzyma w szafie swój portret. Ewentualnie żywi się krwią. Nigdy nie widziałam piękniejszego męskiego ciała, bardziej harmonijnej, sprężystej sylwetki. Zapewne upał i hormony robią swoje, ale…
Dobrze, już kończę, musiałam tylko podzielić się oszołomieniem.

Ale – skoro już ruszyłam temat pięknych mężczyzn, to o pięknych mężczyznach jeszcze słówko powiem, bo ku mojej ogromnej radości dotarłam do informacji, że bilety na niedzielne przedstawienia czegoś, co ogromnie chciałam zobaczyć, są w tym tygodniu tańsze o połowę. I akurat ta jedna, jedyna pasująca mi niedziela była na liście dostępnych terminów. Tak, wiem, wiadomość nie ekscytuje nikogo poza mną. W każdym razie potwierdza się moja teoria, że życie dąży do równowagi (a może to nie moja teoria, tylko jakiś komunał z hollywoodzkiego filmu?) i prędzej czy później musi wydarzyć się coś dobrego.
Wcale się nie dziwię, że toto zbiera takie entuzjastyczne recenzje. Ekhm.

PS Kto mi tam znowu brnie przez archiwa?… Proszę nie być nieśmiałym.

9 thoughts on “My strongest suit

  1. mówisz, że dąży do równowagi? to mogłoby się wreszcie bujnąć w tę lepszą stronę…ech.
    jakbyś miała jakieś ciekawe podpowiedzi, co warto w londyńskich teatrach w październiku, to będę wdzięczna. gdyż albowiem ZNOWU, bo dawno nie byłam, i tęsknię.

  2. Ja się wczoraj też wpartywałam w takiego jednego, w podobnym wieku. Wczoraj minęły równe 3 lata jak się znamy – o czym nie omieszkał mnie poinformować FB. Zastanawiam się dlaczego wybrał akurat to wydarzenie i czy kolejne 3 lata też będa tak burzliwe. Niemniej jednak strzeliliśmy po cytrynówce w barze, który dał nam przestrzeń aby się zapoznać, powspominaliśmy, zrobiło się melancholijnie i wróciliśmy grzecznie każdy do swojego domu (niestety).

    • To jest wyjątkowo dobry rocznik, ten ’71.
      Ja o rocznicach muszę pamiętać sama, a właściwie nie pamiętać, bo zapomniałam datę. Fejs mi jej nie przypomni, bo koleżka nie ma konta tamże i sądząc po nastawieniu do mediów społecznościowych oraz internetu w ogóle, nigdy nie będzie go miał🙂

      • Ech, zazdroszczę. Ja mam w domu rocznik ’81 z zamiłowaniem do pierogów i słodyczy. Resztę można sobie dopowiedzieć🙂

      • ’73 w tym wypadku. Mój koleżka też nie ma konta i też ma media społecznościowe w poważaniu. Mój fejs mi przypomniał pokazując zdjęcie ze spontanicznego wypadu do miasta podczas którego się poznaliśmy😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s