Rough winds do shake the darling buds of July

Wiecie, czego nienawidzę najbardziej na świecie, prawda?
Poza tartą marchewką, ma się rozumieć.
Otóż publicznych wystąpień. Ja się po prostu do tego nie nadaję. Wyrobiłam swoją normę na konkursach recytatorskich w liceum, dziękuję bardzo.
Niestety znowu zostałam wrobiona w takowe. Co gorsza, moje wystąpienie będzie dotyczyło sprawy, o której wszyscy woleliby zapomnieć i na samo wspomnienie której przewracają w udręce oczami, więc obawiam się, że audytorium postanowi wykorzystać okazję do wylania swych gorzkich żali, jak również zadania mi pytań o sens tego wszystkiego (nie znam go). Znowu będzie rycie przemowy na pamięć, ściskanie w kieszeni mojego wisiorka-Buddy, wyobrażanie sobie publiki nago – co może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego – i przypominanie sobie, że pan i władca ma z czymś takim do czynienia w robocie codziennie, i że Kevin Spacey jest tylko dwa uściski dłoni ode mnie, a Kevin Spacey na pewno by się nie bał, tylko całe towarzystwo od niechcenia rozjechał walcem.
Godzina zero za tydzień. Trzymajcie kciuki, żeby mnie nie pożarli żywcem.

Mail oznajmiający mi, że zostałam uszczęśliwiona w ten sposób, przeczytałam rano, gdy tylko dotarłam do biura, skacząc przez gałęzie i przewrócone słupy reklamowe (troszeczkę nam tu wiało nad ranem – moje pelargonie wczoraj jeszcze były na balkonie, dziś została z nich jakaś poszarpana nędza; mięta w ogóle znikła, nie wiem, dokąd odleciała). Zwiesiłam smętnie głowę w przeświadczeniu, że oto czeka mnie trzeci poniedziałek w tym tygodniu, choć raczej dużo gorzej być nie może. Wieczorem mogę jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić, iż ten trzeci poniedziałek nie był taki znowu paskudny.
Wspominałam onegdaj, że krytyk teatralny z miasta Londyn zaczął mnie obserwować na Tłyterze. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że samo to o niczym nie świadczy, bo niektórych śledzi się dla czystej frajdy z ich głupoty lub dlatego, że to znajomi znajomych znajomych, lub też zupełnie nieznajomi, ale jęli obserwować was pierwsi, więc niech mają. Wczoraj, celem skomentowania czegoś, co tam akurat bredziłam, facet wysłał mi prywatną wiadomość. Od słowa do słowa – i jakimś sposobem, moi szanowni, jesteśmy umówieni na lancz! Poważnie! Autorka, taki tam skromny krakowski urzędas i prawdziwy, żywy londyński krytyk teatralny!! Na lancz!!! Nie do końca wiem, jak to się stało, ale się stało.

PS Gdyby powyższe nie wystarczało, wieczorem w internetach pojawiła się kopia mojego słynnego już obrazka z następującą odautorską adnotacją, uwaga, cytat: The original was the first piece of mine to sell at my first exhibition. Selling art work is an odd sensation. You feel a little like you’ve lost something – or hopefully that you’ve shared something you greatly care about.
No, po prostu…
Aż mi bródka zadrgała, szczerze mówiąc.
Dwa lata temu, półtora tysiąca kilometrów stąd, przyglądając się tej istocie paradującej wyniośle po scenie w pięknym fraku, z utrefionymi włosami i spojrzeniem mówiącym: „sama wasza obecność na tym świecie mnie obraża”, nie miałam pojęcia, że całkiem niedługo to będzie mój, tak jakby, znajomy i co z tego wyniknie. Trochę to jest jednak niesamowite.

16 thoughts on “Rough winds do shake the darling buds of July

  1. właśnie dla takich niesamowitych chwil warto żyć🙂🙂 czyż nie🙂🙂

    wrzuciłam kilka własnych fotek z podejścia na Farcaul (poza „beduinką”😉

    • Warto. Tylko czasami przypomina mi się ta urban legend, według której pewien hollywoodzki gwiazdor miał ukraść człowiekowi frytkę z talerza, zjeść i powiedzieć mu (człowieku, nie talerzu): „i tak nikt ci nie uwierzy”.

      • a nawet jeśli – nikt Ci nie uwierzy, to czy to zmienia Twoja ekscytację?🙂 Przecież tego co czujesz i doświadczasz – nikt ci nie zabierze🙂

        poza tym… ja Tobie wierzę🙂 … nie mam powodów, aby nie wierzyć🙂 zwłaszcza, że wiem, że w życiu zdarzają się nieprawdopodobne rzeczy🙂

        • Zabawne jest to, że ja przez wiele lat bardzo chciałam, żeby opisy moich życiowych przygód mogły zaczynać się zdaniem „w najśmielszych snach bym nie przypuszczała…”. No i mam za swoje🙂

    • Chciałabym jeszcze trochę pożyć😉
      A serio, teraz już w żadnym. Na własnej kanapie jedynie czasami. Niemniej wykonuje zawód zmuszający do częstych wystąpień przed ludźmi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s