Absynt

Miałam dziś kolejną rozmowę z tym koleżeństwem, co się zainteresowało moim CV. Ciekawa to rozmowa była, zwłaszcza pytanie: „co musielibyśmy ci zaproponować, żebyś była zadowolona”, bo, Bogiem a prawdą, po raz pierwszy coś takiego usłyszałam i zaskoczona nawet nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwykle to ja musiałam udowadniać, jaka jestem obłędna i jak szybko umiem klaskać uszami. Jak mi poszło i co będzie dalej, pojęcia nie mam, ale ponieważ emocje jeszcze mi stygną, napiszę o czymś innym.

Otworzyli nam w miasteczku nowy teatr jakoś wiosną. Taki niby bardziej rozrywkowy. Jak wiadomo, ja to najbardziej lubię wychodzić z przedstawień zapłakana i rwąc włosy nad kondycją ludzką, więc śpieszyć się tam nie będę, choć oczywiście nie wykluczam, że coś mnie skusi.
W teatrze rewia miała być pokazywana – taka prawdziwa, szałowa, wiecie, schody, pióra, nogi, cekiny i wow – przez dziesięć lipcowych dni. Skończyło się na trzech, po czym rewia nieoczekiwanie się zwinęła. Wydarzenie rzekomo ma powrócić jesienią, ale sądząc po raczej jednoznacznie miażdżących recenzjach i komentarzach, śmiem powątpiewać. Zresztą – pięcioosobowa rewia?… U mnie to słowo budzi raczej takie skojarzenia (kiedyś to robili filmy, ech?).
Okej, fajnie mieć i u nas to, co mają w Paryżach i Londynach, ale równie fajnie porządnie to zrobić, jeśli już mieć to musimy. Zwłaszcza że publiczność głupia nie jest, w świecie coraz częściej bywa i nie da sobie wcisnąć byle czego.

A tymczasem, a propos krytyków, mój ulubieniec – ten, który onegdaj ubolewał nad fatalnym pomysłem emitowania retransmisji spektakli w miejscach tak żałośnie plebejskich, jak kina – napisał nowy felieton o Krakowie.
Jest to w pewnym sensie zbiór prawd powszechnie uznanych, bo każdy, kto spędza dłuższą chwilę w moim grajdołku, zauważa, że panuje tu dość duszny klimacik. Ale jest to też zbiór prawd nieco wydumanych.

Mieszkam tu szesnasty rok. Nadal sobie nie przyswoiłam, że borówka to tutaj nie jest ten czerwony gorzki owocek, tylko ten fioletowy słodki, ale odstawmy kwestie słownikowe na bok. Każdy, kto co jakiś czas zagląda na mój blogasek, wie, że z tym miastem łączy mnie swoisty love/hate relationship – czasami mam ochotę wynieść się stąd natychmiast, męczy mnie tutejsza konserwa, dziwaczne uczucie mieszkania w maleńkim miasteczku, w którym każdy z każdym, wkurzają mnie korki, powietrze, zamykane księgarnie, rynek pracy zdominowany przez centra usług, pstrokaty turystyczny jarmark w Rynku (dla nietutejszych wyjaśnienie: gdy mieszkaniec Krakatau mówi „w Rynku”, i przymknijmy oko na językową pokraczność tej formułki, ma na myśli z grubsza wszystko w obrębie jakiegoś kwadransa pieszo od Rynku faktycznego, dlatego gdy się z jakimś umawiacie pod Adasiem i on – mieszkaniec Krakatau, nie Adam Mickiewicz – w umówionej godzinie spotkania wysyła wam SMS, że już „w Rynku” jest, to może znaczyć, iż jeszcze trochę sobie na niego poczekacie… tak, o sobie również mówię). I jak wielu tutejszych, na Starym Mieście bywam na ogół wtedy, gdy mam gości. Wszyscy wiedzą, że tam się nie imprezuje i z nielicznymi wyjątkami również nie jada (a już na pewno nie w Charlotte, na Zeusa). Wzgórze wawelskie mnie nie osacza, nawet lubię sobie na nie popatrzeć w drodze do pracy. Hejnał mi niczego nie świdruje, bo częściej słyszę go w radiu niż na żywo. Krakowskie życie, takie prawdziwe, coraz bardziej rozpełza się poza obręb Plant, ale jeśli tylko ten kawałek miasta weźmie się pod lupę, to istotnie o entuzjazm trudno. Tylko że Kraków ma dzielnic osiemnaście – ten felieton opisuje część jednej z nich. Innymi słowy, nie jest to felieton o Krakowie.

Jak napisałam – czasami chcę uciekać stąd pierwszym pociągiem. Czasami jednak mój grajdołek mnie zachwyca i o tym pisałam wielokrotnie.
Bo jest ładny, po prostu. Nadal zdarza się, że pocztówkowy widok przyprawia mnie o opad szczęki.
Bo trzeba się postarać, żeby się w tym mieście nudzić. A gdy tubylec – jak ja – nie może wyjechać na urlop, to mimo wszystko da radę spędzać tu popołudnia, czując się niemal jak na wakacjach. Leżaki – są. Koktajle – są. Romantyczne zachody słońca nad rzeką – też. Co nie zmienia faktu, że klimat ciągłego karnawału dotyczy jedynie wybranych okolic w Krakatau, a z pewnością nie dosięga mieszkańców, którzy każdego dnia o ósmej rano suną zatłoczonym zbiorkomem do szklanych biurowców, by tam odrobić szychtę. Bo tak, tacy też tu są, choć z pewnością woleliby sączyć absynt* po kawiarniach. Zresztą ten lubiący powracać obrazek krakusów zajmujących się od rana do wieczora – a potem znów do rana – pisaniem poezji na barowych serwetkach to miraż. Owszem, lubimy się snuć od stolika do stolika, lubimy tracić czas na przyglądanie się światu z kawiarnianego ogródka zastawiającego chodnik, bo to przyjemne, ale w pracy nam to jakoś bardzo nie przeszkadza. Ba, Kraków w swojej manianie to cienki bolek, gdyby go zestawić z takim Tel Awiwem na przykład; przez pierwsze dni tam zachodziłam w głowę, kto w ogóle w Tel Awiwie pracuje, skoro najwyraźniej wszyscy siedzą albo w knajpach, albo na plaży. A jednak.
Jeszcze co do tej linii muru getta, też bym coś dorzuciła od siebie, ale już nie chcę się czepiać. Mam tylko nadzieję, że autor jest świadom faktu, że getto w Krakowie też było, a fragmenty jego muru nadal stoją. Przechodzę obok nich, wracając z Kazimierza do domu.

Nawiasem mówiąc, powracając do kwestii słownikowych i już niezbyt poważnie, czekałam niecierpliwie, aż ktoś w komentarzu do tego felietonu wytknie użycie słowa „bajgle” i doczekałam się, ma się rozumieć. Nazewnictwo tego smakołyku (jeśli o mnie chodzi, preferowane mocno wypieczone z solą) to od lat i pewnie po wsze czasy zabawny punkt zapalny na linii stolica stara-stolica nowa. W grajdołku poproszenie o bajgla wiąże się z ryzykiem otrzymania owszem, zamawianego obwarzanka, ale razem ze znaczącym spojrzeniem. Obowiązująca tutaj nomenklatura zakłada użycie słowa „precel”, choć wszyscy wiemy, że preclem to nie jest. Bardzo to wszystko skomplikowane, ale w pewnym sensie urocze, takie lokalne smaczki.

*Osobiście wolałabym nie. Absynt piłam raz w życiu. Następnego dnia torturował mnie kac o nieopisanych rozmiarach i nigdy więcej świństwa nie tknę.

8 thoughts on “Absynt

  1. Z niejaka amfaza napiszę tak: Kochana bo absynt się pija stale lub wcale…

    A poważnie, faktycznie, takiego kina jak kiedyś juz nie ma🙂

    Felietonu nie czytałam (chęci mi brak jakoś ku temu) więc wypowiadać się nie będę, a do samego grodu słabość mam wrodzona… i grudzień w pierwszych dniach nigdzie nie ma takiego zapachu jak na Kazimierzu🙂

  2. piłam ostatnio obłędny drink na absyncie, ale to było w Pradze, tej czeskiej. nawet była do niego absyntowa beza! stanowiło to idealną całość, chyba najlepszy drink, jakiego miałam przyjemność w życiu kosztować. tak mi się skojarzyło. (a absynt nazywał się absolutnie uroczo, „Le Fee Parisienne”).
    mam podobne uczucia odnośnie tego miasta (po jedenastu latach). najchętniej udałabym się na Wyspy już teraz natychmiast, na zawsze i bez odwrotu, a potem myślę, że tam nie ma widoków z „mojej górki pod krzyżem” albo „mojego lasu z konwaliami”. Singera nie ma, ani Pięknego Psa. ale…

    • Nawet bezy mnie nie skuszą🙂 Nałożyłam całkowite embargo na absynt w moim życiu.

      Dzisiaj to ja bym też się udała na Wyspy, teraz natychmiast (jeszcze bym zdążyła na samolot o 16), najlepiej na jakąś głęboką prowincję bez zasięgu. Czytałam kiedyś o takiej wioseczce w Albionie, która się nazywa Tiddleywink, bodaj siedem czy osiem domów w niej stoi i długo była zapomniana przez cały świat, bo nie dość, że jej na mapach nie było, to jeszcze drogowskazy pokradli🙂 Przeraźliwie chciałabym tam mieszkać w tej chwili, bo dziś ani chybi wypada Międzynarodowy Dzień Doprowadzania Oli do Szału. No, ale to nie wina Krakowa, tylko różnych ludzi…
      A w Singerze to ja nie byłam STRASZNIE dawno. W Psie też.

  3. To oczywista oczywistość, że te czarne to borówki. I że z borówek robi się jagodzianki.
    Co do osi różnicowej wydumanej przez tego warszawianistę (WTF ?) to chyba nigdzie indziej w Polsce jak w nowej stolicy nie widziałem takiego udawania bardzo-ważnej-roboty i wykonywania całego szerego pozorowanych działań, z których nic nie wynika. Oprócz korków w mieście.
    Ale w rynku ? kto tak mówi ?

  4. Uwielbiam Twój Kraków, znaczy uwielbiam go po prostu. Muszę tam bywać choć raz na rok, ładuje mi akumulatorki. Potem jednak z równie wielką chęcią wracam do najwspanialszego miasta pod słońcem – Wawy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s