Do you remember the old days?…

Na trzy dni i czternaście godzin przed wyjazdem, zaplanowanym bodaj w marcu, przypomniałam sobie, że jakby przecież nie zarezerwowałam sobie noclegu. A jestem już w tym wieku, że muszę przespać kilka godzin w ciągu doby, bo inaczej albo wpadnę pod autobus, albo kogoś zabiję (albo ktoś zabije mnie, nie zdzierżywszy mojego maruderstwa). Poza tym skoro mam obcować z kulturą wysoką, muzea teatry te sprawy, to wypadałoby uprzednio chociaż prysznic wziąć. W związku z tym zabrałam się za przegląd dostępnych opcji. Ceny przypominają mi, dlaczego do Londinium najlepiej lecieć w listopadzie albo lutym. Wtedy można turlać się po wielkich łożach za nieduży pieniążek, bo hotele szukają gości – teraz wprost przeciwnie, za wielki pieniążek człowiek spędza noc na uważaniu, żeby z łóżka nie spaść, bo takie wąskie. Może by człowiek lepiej dał się zamknąć w księgarni, jak ten pan, co go kiedyś niechcący zatrzaśnięto w Waterstones na noc. Albo w teatrze, ale chyba wtedy skonałby ze strachu lub przynajmniej osiwiał do rana. Tak, latem lepiej odpuścić sobie peregrynacje w popularne miejsca, ja o tym doskonale wiem, ale co poradzić. Terminy moich wycieczek zależne są od różnych i niesłychanie ważnych czynników, o których sporo naczytacie się w pobliżu weekendu. Nie obawiajcie się, tym razem nie będzie kwikania, chyba że wypatrzę sobie jakiś nowy obiekt scenicznych powzdychiwań, a niestety mogę. Ach tak, i jeszcze Bertie, więc jednak moje relacje mogą nie być chłodno rzeczowe. Przeczytałam sobie ostatnio wywiad i od paru dni wybijam sobie z głowy myśl, żeby pójść się z nim przywitać.

Oczywiście podekscytowana jestem niezmiernie, bo stęskniłam się za moim drugim życiem. Nie podoba mi się tylko niedzielna prognoza pogody, ale z cukru nie jestem (to znaczy, ma się rozumieć, oczywiście, proszę nie mieć co do tego wątpliwości – jestem nieopisanie słodką osobą, niemniej byle ulewa krzywdy mi nie zrobi).

Dziś jest 27 lipca.
Może was to zaskoczy, ale rok temu też był 27 lipca. Zwracam uwagę na ten fakt, albowiem był to jeden z najbardziej niesamowitych dni mojego życia, choć wcale tak się nie zapowiadał. Wyjechałam otóż na wakacje, które miały być od początku do końca spokojne – łąki, książki, zapach rumianku, maliny z krzaka, cream tea. Spokój trwał przez pierwsze popołudnie i poranek drugiego dnia.
Pamiętam, że wracałam wtedy do domu, czując się, jakbym wiozła dodatkowy bagaż. Ten bagaż szczęśliwie zelżał przez kolejne miesiące, aż wreszcie prawie w ogóle wyparował, ale nie mogę powiedzieć, żeby zupełnie nic nie zostało. Czuję czasem lekki niepokój, coś mnie jakby kłuje – ale tylko wtedy, gdy sobie na to pozwalam, na ogół gdy nie mogę zasnąć, gdy księżyc za mocno świeci, gdy ktoś w rozmowie rzuci słowem, które uruchamia lawinę skojarzeń. I nadal mam na playliście kawałek, którego konsekwentnie nie słucham, żeby sobie nie przypominać, żeby do tego nie wracać, skoro udało się wszystko na nowo uporządkować – ale skasować nie potrafię, bom sentymentalna baba.
Mam jeszcze jedną taką piosenkę i też ją trzymam Bóg wie po co. To coś w rodzaju pokoju w muzeum, którego nigdy się nie otwiera, bo zbyt dobrze wiadomo, co tam jest, ale pozbycie się zawartości nie wchodzi w grę. Może trzyma się to w nadziei, że kiedyś nabędzie się dość dystansu, by sobie wszystko śmiało przypomnieć i opisać w bestsellerowych wspomnieniach.

Nigdy już nie będzie takiego lata, myślę sobie dzisiaj, przyglądając się ciemnym chmurom za oknem, wsłuchując w jednostajny szum klimatyzacji, odpisując na maile, przeglądając kalendarze, prowadząc kurtuazyjne pogaduszki, zastanawiając się, co zrobię, gdy przyjdę do domu i dlaczego najpewniej usiądę zagapiona w przestrzeń. Nigdy już nie będzie takiego lata i trudno uwierzyć, że niepostrzeżenie minął rok.
Cały tamten urlop był dziwny – wyglądało to, jakby opatrzność postanowiła robić mi jeden prezent za drugim. Nie obraziłabym się wcale, gdyby ten nadchodzący wyglądał podobnie. Ubolewam jedynie, że będzie bardzo krótki, ale cóż, nadrobimy w październiku (tak, ja z tych, co nie lubią ciepłej wódki i spoconych mężczyzn, a szczerze mówiąc – po prostu z tych mniej asertywnych, którzy spędzają całe lato w pracy).

7 thoughts on “Do you remember the old days?…

  1. 23 lipca. tak, tamten lipiec spowodował pewne, nomen omen, turbulencje (ha ha).
    baw się dobrze! and send my love to London!

  2. A ja lubię lato w pracy. Mniej się dzieje bo większość na wakacjach. Wieczory i weekendy poza domem – wino, kino plenerowe, rower, koncert. Duże się dzieje w mieście. Potem jak wszyscy już ostro pracują, a za oknem jest szaro i buro wyjeżdżam w słoneczne okolice.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s