What seemed likely did not happen. But for the unexpected a god found a way.

Gdy człowiek zrywa się z łóżka o czwartej rano, z brzydkim słowem na ustach, bo znów pomylił guzik „przesuń o 10 minut” z przyciskiem „wyłącz”, przez cały poranek marzy tylko o tym.

image

Niechby z proszku. Byle było gorące i w miarę gorzkie.

Rozespana i półżywa dzięki wrażeniom ostatnich dni, doleciałam cało, przylepiając nos do zimnej szyby, jakbym nigdy wcześniej tego miasta nie widziała. Przyczesałam włos w lotniskowej łazience i wsiadłam do metra, zachodząc w głowę, jak ten cały Lancz będzie wyglądał.
Otóż, proszę ja was, było raczej uroczo. Pan krytyk to nie żadna napuszona persona, ale wielce sympatyczny dżentelmen o ogromnej teatralnej wiedzy i takich też konszachtach. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy po koktajlu, pogawędziliśmy sobie o tym i owym, dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o paru ciekawych ludziach, natomiast przez cały czas, siedząc w tej knajpie, która istotnie jest raczej stagey, miałam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę.
– You’re in for a treat tonight – powiedział mi pan krytyk, gdy się rozstawaliśmy. – Please let me know your thoughts after the show.
Pan krytyk miał na myśli Bachantki, których premiera odbyła się poprzedniej nocy. Kiedy świtem siedziałam na lotnisku, w otchłań internetu wyruszały pierwsze wielogwiazdkowe recenzje i zdjęcia wzbudzające pragnienie zobaczenia tego natychmiast.
Almeida Theatre to taki nieduży teatr w Islington, w północnym Londynie. Znany z tego, że robi dobre rzeczy i nie obawia się pojechać po bandzie. I teraz wystawili w nim Eurypidesa. Grecka tragedia, niby nic nowego, nieprawdaż.
Byłam zachwycona. Rozumiem przy tym, że to nie jest rzecz z gatunku podobających się każdemu i że można opuszczać widownię, mamrocząc pod nosem „co to, k****, było”. Powiedzmy, że ta historia nie jest opowiadana w zwyczajny sposób (choć jednocześnie w najbardziej klasyczny z możliwych, z zachowaniem teatralnych zasad starożytnej Grecji). Mamy tylko trzech mężczyzn grających wszystkie główne role – i chór, złożony z dziesięciu bosych kobiet, wyśpiewujący całą opowieść, zanoszący momentami nieco spazmatyczne, zmysłowe modły do swojego boga i wieszczący nędzną przyszłość tym, którzy się go nie ulękną. Bo bóg, napełniający serca i lędźwie swoich wyznawczyń czystą radością, potrafi okrutnie się zemścić na tych, którzy nie oddają należnego mu szacunku.
Śpiew tych kobiet oszałamia i uwodzi, i dzięki niemu cały spektakl przypomina raczej operę, przetykaną tylko z rzadka dialogami.

Ben Whishaw to jest bez dwóch zdań zwierzę sceniczne, które trochę przegląda się w oczach publiczności i łatwo wchodzi z nią w interakcję, jest też aktorem bardzo zdolnym. I jest w nim coś niebywale uwodzicielskiego.
Co nie zmienia faktu, że spektakl kradnie Bertie.
Bertie, zdobywca Oliviera za rolę panny Trunchbull w Matyldzie, na imprezę po premierze Bachantek przyszedł w małej czarnej. Sukience. To zdjęcie dowodzi, jaki facet ma do siebie dystans. Zaniepokojonych, iż tu jakiś dżęder będzie, pragnę uspokoić, że wczoraj po przedstawieniu Bertie objawił się w całkiem pospolitych dżinsach. Bardzo, ale to bardzo chciałam mu powiedzieć, co myślę o jego robocie w tym spektaklu, ale od razu złapali go w objęcia starsi państwo – rodzice, jak przypuszczam – i nie było okazji. Następnym razem z pewnością to zrobię, kosztem trzęsących się kolan, gdyż ten facet to fenomen.
To jeden z tych aktorów, którzy ani chybi żyły by sobie otworzyli, gdyby rola tego wymagała. Na szkoleniach z team buildingu zwykle jest takie ćwiczenie, które polega na tym, że ktoś rzuca się plecami na podłogę, licząc, że stojąca za nim osoba go złapie. Bertie tak robi z publicznością. Jest cały jej. Jest jak rozpędzony bolid, który, mając mur przed sobą, tylko przyśpiesza. Najpierw niepozorny, znienacka ciska swoim napalmem, przyprawiając widzów o gwałtowny opad szczęki. W pierwszych scenach nic nie zapowiada trzęsienia ziemi – ot, wyżelowany koleś w garniturze. Całkiem przeciętny, taki młody, ale zdolny działacz polityczny albo trzęsący giełdą zza biurka bankier z City, pełno takich w wiadomościach, mówiących okrągłe zdania i pachnących władzą. Zwolennik twardych zasad, komunikujący jasno – pozbądźcie się tych zwariowanych bab, nie pozwolę na taki nieporządek. Tylko że (jeśli wybieracie się na ten spektakl, NIE CZYTAJCIE DALEJ) w ostatniej scenie Bertie gra matkę swojego bohatera ze scen pierwszych; przewodzi temu szaleństwu, jest jedną z bachantek, na wpół zdziczałą kobietą z potarganymi siwymi włosami, z pokrytymi błotem ramionami i stopami, zawodzącą śpiewnie – ma się ten głos – nad ciałem zabitego syna. Jego przemiana jest szokująca. Whishaw, pojawiający się w ostatnich minutach jako rozgniewany Bachus, pół-byk, zadający karę nieposłusznym, jest oczywiście fantastyczny, ale to Carvel zabrał sobie bezczelnie to przedstawienie i zrobił ze swojej roli coś w stylu „a teraz pokażę wam, co potrafię zagrać, cóż, wszystko potrafię, nawet ciebie, i ciebie też”. Jego wielką zaletą jest to, że jest z twarzy podobny do nikogo, to znaczy oczywiście atrakcyjny zeń mężczyzna, ale o ile Whishaw jest niesłychanie charakterystyczną osobą, o tyle Bertie jest taki… zwyczajny, i dzięki temu bardzo plastyczny, zdolny do gwałtownych metamorfoz. To, co z niego na scenie wyłazi, jest nie do ogarnięcia, zwłaszcza gdy po przedstawieniu widzicie takiego tam gostka w szarym sweterku podążającego do teatralnego baru.
Nawiasem mówiąc, jest w tym spektaklu scena, gdy jego Penteusz wydaje rozkazy strażom, a tak naprawdę widzom, mówiąc prosto do nich i celując w nich palcem – w tym w niżej podpisaną, oczywiście wziętą w tym momencie żywcem do nieba. Bertie ma zielone oczy.
Nota bene, panowie Whishaw i Carvel studiowali razem i przyjaźnią się od lat. I to się czuje. Jest między nimi wielka chemia. W ich wspólnych scenach aż dymi. Nie mam tu na myśli efektów specjalnych (choć są – a najlepsze jest oświetlenie, przesuwający się bezgłośnie dysk z reflektorami, płynący nad sceną jak latający spodek czy raczej tarcza słońca), tylko powalającą charyzmę tych dwóch.

I to jest właśnie to. Ta magia. Dziś po południu wróciłam znużona z przedstawienia, które nie mogło się nie udać – osławiony teatr Young Vic, Proces Kafki, wspaniały Rory Kinnear w głównej roli. A jednak. Zamysł dobry, momenty bardzo dobre, ale całość rozłaziła się w szwach do tego stopnia, że facet obok mnie zasnął. Poważnie. Ja też, Bogiem a prawdą, chwilami myślałam tylko o tym, że Kinnear ma bardzo owłosione plecy i o tym, że w sumie głodna jestem, bo nijak nie mogłam skupić się na treści.
A Bachantki, cóż…

image

Women and wine – toxic combination!

9 thoughts on “What seemed likely did not happen. But for the unexpected a god found a way.

  1. 🙂 … skoro o jakiejś sztuce nie jesteś w stanie wykrzesać jednego pozytywnego zdania, to znaczy, że ona jest po prostu jakaś, bardziej od byle jaka niż inna😉 … a zdawało mi się, że nie jest to możliwe.

    no proszę🙂 jaki miły lunczyk… i, że ciekawie zapytam… kto w końcu za Twoje jedzonko zapłacił? …😉

    • Hm. Jedno może byłabym. Fajnie zaaranżowano przestrzeń dla widzów. Ale słowo daję, miałam momenty, gdy czułam się jak na przydługim kazaniu, kiedy człowiek siedzi, obraca kciukami i ma nadzieję, że to już długo nie potrwa. Ja z tych, co raczej starają się dostrzegać pozytywy we wszystkim, ale monotonia tego spektaklu mnie powoli mordowała.
      Lanczyk bardzo miły. Jesteśmy nawet umówieni na kolejny, gdy tu znowu przylecę. Rachunku w ogóle nie widziałam.

      • Mnie się Proces nawet podobał, ale głównie dlatego, że mam słabość do Rory’ego. I grał tam jeszcze Richard Cant, którego też bardzo lubię.

        • Ja naprawdę miałam problem z koncentracją podczas oglądania tego. A facet obok mnie zasnął i zaczął chrapać, co było przerażająco krępujące – zwłaszcza, że to był drugi rząd, więc aktorzy po prostu musieli to słyszeć. Przez długie minuty zastanawiałam się, co zrobić, szturchnąć go niby niechcący czy co, bo jego towarzyszka w ogóle na to nie reagowała (może też zasnęła…), a ludzie obok zaczynali chichotać🙂 Makabra, naprawdę z dużą ulgą opuszczałam widownię.

  2. Bachantki zachwyciły mnie absolutnie, do tego stopnia, że zerwałam się rano, żeby pójść po Day Seats, żeby ostatniego dnia w Londynie powtórzyć to wspaniałe doświadczenie.
    I Ben i Bertie i Bachantki są cudowni. I jeszcze do tego tak przemili poza sceną😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s