It was a great pleasure to have met your acquaintance

There are certain times when you’re flying into London and you’re held – the skies are that busy – and it’s just like bees around the honeypot. You hit the London frequency on the radio and suddenly everyone’s jabbering away. There’s a million and one voices on and a controller’s not got five seconds to take a breath. You get a frequency, talk and then get off the frequency. They’ll tell you what you need to do, and then you get out the way. It’s busy, you’re gonna hold, everybody wants to get into London. Those planes are heading to London for a reason, and the people on board want to be there for a reason.

Wróciłam. Cieszycie się? Ja też nie.
Możemy za to jechać dalej z relacją.

O piątkowym Lanczu już było, zachwyty nad Bertiem były, czas zatem wspomnieć o sobocie.
Wycierpiawszy potworną nudę podczas Procesu, obawiałam się trochę, co mnie czeka wieczorem i nie spodziewałam niczego dobrego.
Tym bardziej nie spodziewałam się, że wychodząc po mojego tradycyjnego interval drink po pierwszym akcie, będę sobie wycierała oczy.
Recenzje Człowieka-słonia były umiarkowane – nie to, że złe, ale bez zachwyconych kwiknięć. Ja to rozumiem, bo tekst sztuki sam w sobie wybitny nie jest, to nie Ibsen czy coś. Co nie zmienia faktu, że Bradley Cooper jest w swojej roli bardzo dobry.
Publiczność najpierw widzi go w samych gatkach – widzi przystojnego, muskularnego mężczyznę. Widzi hollywoodzkie ciacho, nie widzi Merricka, cierpiącego na rzadki zespół Proteusza. Aktor grający lekarza i opiekuna człowieka-słonia, też dobry Alessandro Nivola, wyczytuje z medycznego raportu problemy pacjenta, jeden po drugim. Jedną po drugiej, Cooper przyswaja fizyczne wady swojego bohatera. Wykrzywia usta. Wygina się. Kuleje. Nienaturalnie zgina prawą rękę, jakby nie w pełni wykształconą, zwiniętą, przyklejoną do tułowia. Bełkocze. Prycha (Merrick nie mógł położyć się na plecach, bo nie byłby w stanie oddychać – podług jednej z teorii on nie umarł, w wieku raptem 27 lat, przypadkiem przybrawszy fatalną pozycję podczas snu, ale świadomie odebrał sobie życie, sam się skazując na uduszenie, i ten zresztą motyw wykorzystano w sztuce). I nagle hollywoodzkiego ciacha już nie ma. To ciekawy zabieg, obsadzić w roli istoty budzącej odrazę aktora regularnie mianowanego jednym z najseksowniejszych ludzi świata. I on daje radę, naprawdę daje. Inna sprawa, że on już może sobie pozwolić na ryzykowne wybory, nie obawiając się tego, że porzucenie emploi może oznaczać koniec miłości fanek i producentów. Kończąca pierwszy akt scena, w której Merrick w ciemnościach sceny jęczy: I have nobody… przyprawiła autorkę o wyciek spod powieki. Wrażliwa jestem na historie o samotności, a według autora sztuki tego nieszczęśliwego, delikatnego człowieka zabiła właśnie ona, nie jego fizyczne deformacje.
Tyle o spektaklu. Nawiasem mówiąc, gdy opuszczałam widownię, minęła mnie zdążająca za kulisy Nicole Kidman. Poważnie. No dobrze, skoro już taki celebrycki wieczór, z ciekawości poszłam zobaczyć, co się wydarza pod stage door.


Szaleństwo, krzyki, piski. To zabawne momentami było, bo piski rozbrzmiewały za każdym razem, gdy ktoś pojawiał się w drzwiach, by od razu przejść w rozżalone westchnienia – e, to nie on… (jest prawdą powszechnie uznaną, że gwiazdy nigdy nie wychodzą pierwsze). Podejrzewam, że ci, którzy dopchali się do zasieków, w ogóle nie byli na spektaklu, bo nie zdążyliby inaczej zająć takich miejsc. A tylko ci stojący najbliżej, co oczywiste, mieli szansę na wymianę uprzejmości lub też zdobycie jakiegoś trofeum, bo gdyby facet ambitnie chciał zadowolić wszystkich, musiałby tam stać do rana. Zawinął się w pięć minut. W sumie miło z jego strony, że w ogóle to robi, bo taki Cucumber – który dziś zaczyna Hamleta – nie będzie, aczkolwiek przypuszczam, że pod Barbicanem i tak będą się działy rzeczy straszne. Ciekawie będzie to zobaczyć. Podobno już wczoraj jakieś zagubione dusze ustawiły się w kolejce po dzienne bilety na dzisiejszy pierwszy szoł. Do aż takich poświęceń nie byłabym zdolna dla nikogo.

Co nie znaczy, że nie jestem do nich zdolna w ogóle.
Być może myślicie, że czegoś na tym blogasku dawno nie było, a autorka przecież była w Londynie, więc pewnie by sobie nie odmówiła okazji do szczególnie uroczej radości. Słabości należy w końcu pielęgnować. Śpieszę tym samym uspokoić, iż specjalnie dla was (no, poniekąd) udałam się na daleki wschód miasta Londyn, obejrzeć wystawę. Wystawa jest malutka, mieści się w miejscu dość nietypowym, bo na stacji metra i w sumie nie jest to wybitne wydarzenie kulturalne, ale z pewnej przyczyny jakoś chciałam ją zobaczyć. Ekhm.
Proszę bardzo, oto przyczyna.
Dla odważnych tutaj zbliżenie, które wykonałam, upewniwszy się, że ani z lewej, ani z prawej nikt nie nadciąga. Coś pięknego po prostu.
Jeśli jesteście ciekawi, jak to możliwe, że nie opublikowałam dotychczas maniakalnie entuzjastycznej recenzji spektaklu, z którego to zdjęcie pochodzi, odpowiedź jest prosta – ten spektakl nie istnieje. Na wystawie prezentowane są fotografie z przedstawień, które nigdy nie powstały.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam też na innej wystawie, Savage Beauty mianowicie. Miałam szczęście, bo załapałam się na ostatni dzień, czyli niedzielę. Tłumy przeupiorne. Mimo tego drobnego dyskomfortu wrażenie oszałamiające. Jest coś niebywale teatralnego w kreacjach McQueena, coś pobudzającego wyobraźnię. Są olśniewające (nie powiem, że nie chciałabym jednego z prezentowanych płaszczy, być może wszystkich płaszczy, ewentualnie zadowoliłabym się kurteczką), to absolutne dzieła sztuki. Nie wolno było robić zdjęć, szkoda troszeczkę, ale z drugiej strony to słuszna decyzja, bo gdyby każdy pstrykał fotkę każdej sukience, wystawa zakorkowałaby się kompletnie. Szczęka opada, gdy wchodzi się do jednej z sal, nazwanej gabinetem osobliwości, i widzi bezlik obracających się manekinów, od podłogi po sam wysoki sufit. Nie wiadomo, na co patrzeć. Tak, jest to wszystko olśniewające, ale jest w tym jakiś niepokojący mrok. Alexander McQueen, jak pewnie wiecie, popełnił samobójstwo.
Taki był mój niedzielny poranek. Opuściwszy V&A, podreptałam – tak, podreptałam, sześć kilometrów piechotką, bo dzień ładny – na drugi brzeg miasta, do Globe. Bez wizyty w Globe wycieczka by się nie liczyła. Nabyłam Globe Ale (tak, oni mają swoją markę piwa, tacy są fajni) i ustawiłam się w kolejce do wejścia. Bo oczywiście siedzieć po wielkopańsku nie zamierzałam.
wpid-2015-08-04-19.08.43.jpg.jpeg
Atmosfera wśród groundlings była iście plażowa, zrzucone japonki, kapelusze, lemoniada – gdyż słońce przygrzewało nieźle, a po kilkudziesięciu minutach stania w takiej lampie człowiek ma przeraźliwą ochotę zacząć pozbywać się części garderoby. Dlatego w Globe są fontanny z wodą do picia, a obsługa rozdaje takie papierowe czapeczki tym, którzy obawiają się udaru słonecznego. Trochę się pozmieniało od czasów Szekspira i spółki. Z drugiej strony jakby nie zmieniło się nic, bo tuż przed spektaklem na widownię wparowali hałaśliwi aktorzy, czyli prostytutki i ich rubaszni klienci, i się zaczęło. Jeden z aktorów krzyknął: Could someone finish me off? i jął przechadzać się wśród publiczności, zaglądając jej żeńskiej części głęboko w oczy i zachęcając do ulżenia mu, bo przed chwilą zapłacił w lupanarze, ale niezbyt wiele z tego wyszło. Widzki gwałtownie wbiły wzrok w podłogę i udawały nieobecne, niemniej i tak udało mu się jakąś spurpurowiałą biedaczkę dorwać i nagabywać. Dziewczyna miała barwy jak flaga ZSRR i raczej nie od słońca. Nie jest to najlepsze z Globowych przedstawień, niemniej jest przezabawne, momentami lubieżne na granicy dobrego smaku (zresztą drewniane tabliczki przed wejściami ostrzegają, że spektakl zawiera goliznę – męskie pośladki, znaczy – i naughtiness of a sexual nature), czyli jest dokładnie tym, czego człowiekowi trzeba w letnie popołudnie. Cała ta ucieszność nie jest bez drugiego dna, bo chodzi w tej opowieści o nasze moralne wybory i o naszą hipokryzję.

Jakby mi jeszcze nie było dość niedzielnych wrażeń, wróciłam do hotelu, przebrałam się w elegantsze – bo uznałam, że wieczorem w podartych dżinsach i kwiecistym podkoszulku to może jednak nie bardzo korzystnie będę się prezentować – i ruszyłam do Sadler’s Wells. Nieopodal całkiem, więc znowu pieszo. Zbyt gorąco, by metrem jeździć, a Islington budzi żywe skojarzenia z „Nigdziebądź” Gaimana, więc aż miło się przejść tymi ulicami w nadziei, że coś choć troszkę magicznego się wydarzy.
Miejsce jest piękne. Teatry West Endu, w większości dziewiętnastowieczne budynki, są tyleż śliczne, co ciasne i niewygodne, pełne ciasnych korytarzy i wąziutkich schodów. Spróbujcie się dostać do toalety w antrakcie. Garderoby bardzo często nie mają okien. Sadler’s Wells też ma swoje lata, ale to teatr całkowicie przebudowany, świetnie zaprojektowany, przestronny, z widownią mieszczącą półtora tysiąca widzów – i siedząc na tej widowni, można nogi wyciągnąć. W sensie dosłownym, nie przenośnym, Boże uchowaj.
Na balety poszłam.
The Car Man jest luźno osadzoną w realiach Ameryki lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku adaptacją opery Bizeta. Tylko że nikt nie śpiewa Habanery, bo to absolutnie obłędny balet. Doskonała rzecz. Zrobiona z wielkim rozmachem, ale to nie skala ma znaczenie, tylko niewyobrażalny wysiłek tancerzy, którzy sprawiają wrażenie, jakby tak sobie pląsali od niechcenia i jakby przerzucenie sobie nad głową ważącego 80 kg kolegi było najprostszą sprawą w życiu. To wybitnie zmysłowy, seksowny spektakl – uchh, te mięśnie, i włosy, i pot, i ramiona, i stopy. Niezmiernie przyjemnie się to ogląda. Ale nie ogląda się tego łatwo, bo historia jest poruszająca i nie kończy się dobrze.
Gdy światła po ostatniej scenie zgasły, nastąpiła frenetyczna owacja na stojąco. Się nie dziwię. Też bym sobie zatańczyła z Marcelo Gomesem; to jeden z najbardziej uznanych tancerzy baletowych naszych czasów. Cóż, może kiedyś.

I to był ostatni oficjalny punkt w moim grafiku. Wdrapałam się na moje pięterko, wzięłam prysznic, spać jak zwykle nie mogłam, a następnego ranka poszłam czytać w parku, bo cóż lepszego od czytania w parkach.
wpid-2015-08-04-19.21.01.jpg.jpeg
Bardzo polecam tę książkę – to zbiór reportaży o ludziach (autor oddaje im głos, nie doszlifowując ich nie zawsze wyrafinowanego języka czy takiej sobie gramatyki), którzy są w nim zakochani i którzy z niego uciekli, którzy znaleźli w nim ziemię obiecaną albo piekło na ziemi, o tych w przelocie i tych na zawsze. O bezdomnych, o ludziach sukcesu; o imigrantach, o turystach, którzy tam pierwszy raz, o ludziach, którzy nigdy wcześniej nie jechali pociągiem i na stacji Victoria sparaliżowało ich przerażenie; o aktorach i didżejach, rykszarzach, dominach, prawnikach, policjantach, hydraulikach, o tych, których głos słyszycie, jadąc tamtejszym metrem, o pilotach, którzy przez długie minuty okrążają londyńskie lotniska w niekończących się kolejkach do lądowania, a startując, muszą opuścić jego zatłoczoną przestrzeń jak najszybciej. The climb out of London is tricky but then you fly through this cloud, which takes almost five seconds to get through, and all of a sudden upstairs is blue skies, brilliant sunshine. You’re still listening to the London frequency but there’s this sunshine. You can see the dots of other airplanes. You do feel as you’re leaving behind the beehive. You change to another frequency and you know it’s going to get quieter. But then, of course it would. You’re leaving the energy behind.

Za dwa miesiące nazad. Przy okazji, mam taką gorącą prośbę do przyszłych współpasażerów, ażeby NIE miażdżyli kolan ludziom siedzącym za nimi i NIE wieszali marynarek na fotelach ludzi siedzących przed nimi, którzy bardzo cenią skromne centymetry swojej samolotowej przestrzeni. I jeszcze żeby nie zajmowali tym ludziom miejsc, opuszczając je później z fochem. Powiadam, lot powrotny to był jakiś dramat, cały wachlarz umiarkowanie cywilizowanych zachowań. A że miałam za sobą cztery bardzo intensywne dni i był późny wieczór, byłam nieziemsko zmęczona i obawiałam się, że sama lada moment zachowam się grubiańsko.

11 thoughts on “It was a great pleasure to have met your acquaintance

  1. ach!
    (muszę tę książkę!)
    (kupiłam dziś bilety, 8-14 października, może napijemy się razem jakiegoś ale w Londynie?)

  2. uwielbiam te Twoje londyńskie doniesienia. czekam na nie. tym razem zwłaszcza na to dotyczące człowieka słonia. dziękuję, że nie było powalające, bo bym umierała, że jednak nie poszłam na całość i nie pojechałam.
    BTW obejrzałam dziś z głupia frant TED Amandy Palmer – rozwaliła mnie, mówiąc eufemistycznie. roz-wa-li-ła.
    Pozdrawiam, A

    🙂

    • Powalające nie było (zwłaszcza w zestawieniu z „Bachantkami”, które mnie wywaliły w kosmos), ale było dobre. Cooper naprawdę bardzo dobry.

      Oooj, Andrzej🙂 Andrzejka nigdy dość!

  3. Dawno tu nie byłam, nigdy chyba nie komentowałam. Fascynuje mnie to Twoje teatralno-wystawowe ‚widmo’Londynu, może dlatego, że przez ponad dwa lata pobytu tamże nie przekroczyłam progu teatru.W sumie i żałuję i nie. Na wystawach bywałam, Może fascynuje mnie sam fakt pojemności i jakieś dziwnej nieskończoności tego miasta, które wydaje się być twarde a z drugiej strony jest cholerną modeliną. Mój Londyn to wałęsanie się wieczorami, wracanie na zadupia z wieloma przesiadkami, kilkunastokilometrowe spacery z Seven Sisters do centrum. Chodzenie bez celu. Z siatami fruit & veg w ręku. Eksplorowanie dzikiego Wschodu, wegańskie knajpy. Od kiedy jestem w Polsce to o tym nie myślę, bo się boję tęsknoty. Wiem, że komentarz taki trochę do dupy i nie na temat ale Londyn to chyba taki nieokreślony stan umysłu. Muszę kiedyś nadrobić te teatry😉

    • No😦
      Ja go co prawda nie widziałam, tydzień temu tę rolę tańczył drugi, ale historia potworna – to miało być ostatnie przedstawienie. Trochę się człowiekowi włos zjeżył na plecach już, gdy wyszedł pierwszy komunikat, że z powodu tragicznego wydarzenia spektakl musi zostać odwołany. Jeszcze wtedy nie podawali, że to odtwórca głównej roli zginął w tym upiornym wypadku.
      Rzeczywistość przerasta fikcję czasami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s