Going commando

Dziś był jeden z tych dni, gdy człowiek – co prawda znacznie przed oficjalnym czasem rozpoczęcia służby, bo go podwieziono wspaniałomyślnie – wśliznął się do fabryki, usiadł za biureczkiem i miał cichą nadzieję, że uda mu się kolejne osiem godzin przesiedzieć w tym swoim kąciku, zapadając od czasu do czasu w drzemkę. Dzień zapowiadał się taki raczej leniwy.
I wtem wybiła dziewiąta, a do człowieczej skrzynki jęły spływać zaproszenia na spotkania (dziś), prośby o zrobienie czegoś (na dziś) i ogólnie jakby ktoś puszkę Pandory otworzył. Człowiek zasmucił się bardzo, bo zrozumiał, że jego chęć łagodnego przedryfowania przez ten dzień po nader intensywnej nocy była daremna.
Dodajmy, że człowiek miał na sobie sukienkę, ale pod sukienką nie miał żadnego z ogólnie przyjętych elementów bielizny, więc przez cały dzień bardzo uważał, żeby nikt za nim po schodach w górę nie chodził. Szczególnie groteskowy był moment, gdy człowiek udał się na Bardzo Ważne Spotkanie i zasiadł naprzeciw Bardzo Ważnych Osób w niewielkiej i przeraźliwie dusznej sali (dwudziesty stopień zasilania, rozumiecie), starając się wypowiadać rozsądnie, z mądrymi słowami i dobrą dykcją, i myśląc jednocześnie, że oto, po przespaniu całych trzech godzin minionej nocy, siedzi naprzeciw Bardzo Ważnych Osób bez majtek (to znaczy – on jest bez majtek, nie one, choć w tym ukropie nie można wykluczyć możliwości…), w sukience pachnącej męskimi perfumami, na której pewnie dałoby się znaleźć jakiś przydługi, pofalowany włos, z zadrapaniem na nadgarstku. I zapewne to, że człowiek nie spędził minionego wieczoru na czytaniu „Beniowskiego”, jest dla postronnych raczej oczywiste.
Po co mi jakieś zaproszenia na wycieczki, jeśli tu, w moim grajdołku, mogę spędzić czarowną noc na balkonie z kimś, kogo znam od lat, sącząc białe wino, puszczając sobie nawzajem piosenki (jak nastolatki, a nie ludzie odpowiednio po trzydziestce i po czterdziestce), zaśmiewając się z dowcipów, które bawią tylko nas i całując. I tak dalej. I wierzcie mi, to mi wystarczy do szczęścia. Są ludzie, którzy pojawiają się w waszym życiu PO COŚ i to jest właśnie jeden z takich ludzi.
Czasami mnie ten osobnik złości niemożebnie. Swoje wady ma. Dużo ma tych wad. Ja też mam dużo, może dlatego tak dobrze się dogadujemy. Ale ma i zalety. To jedna z bardzo niewielu istot na tym świecie, przy których czuję się absolutnie wyluzowana (gdy sobie przypomnę nasze pierwsze spotkania, podczas których stremowana mamrotałam we własne buty, to zakrawa na cud); czuję się też ładna, nawet gdy wiem, że z pewnością tak chwilowo nie wyglądam. To istota przy okazji inteligentna i z ciętym językiem. Z niesamowicie twardą psychą, a jednak bardzo wrażliwa. Nade wszystko jednak kosmicznie lojalna wobec swoich. Może być zajęta, może być na was wkurzona, niemniej drobny sygnał, że coś u was złego się stało, owocuje oddzwonieniem w trzydzieści sekund, śmigłowcem, wozem strażackim na sygnale i w ogóle ruszeniem z posad bryły świata, jeśli to wam będzie mogło pomóc. A nade wszystko ramieniem, w które można chlipać do woli.
No, i oczywiście…

Czekając, aż mi rumieniec zblednie, przypominam tymczasem, że pojutrze w Multikinie Widok z mostu.
Idziecie.
Koniecznie idziecie.
Osobiście zamierzam to obejrzeć trzeci raz. Pan krytyk zdziwił się i poprawił okulary, gdy mu to powiedziałam, po czym stwierdził, że choć jego zdaniem to naturalnie doskonałe przedstawienie, oglądanie go po raz wtóry to raczej masochizm. W rzeczy samej. Niemniej to akt masochizmu, który warto przeżyć – choćby po to, żeby zobaczyć, że Mark Strong w pełni zasłużył na swoją nagrodę Oliviera (i parę innych). Tak, to boli. Siedzicie i czujecie, jak zbliża się katastrofa, której nikt już nie jest w stanie powstrzymać. Wydarzy się coś bardzo złego, a wy będziecie tego świadkami. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiej ciszy na widowni, jakby publiczność bała się oddychać. Wychodzi się z tego spektaklu z uczuciem, że zostało się dotkliwie potrąconym przez rozpędzony pociąg. Zatem: jeśli lubicie, gdy teatr przyprawia was o pełnowymiarową deprechę, wstrząs i potrzebę wypicia szklanki wódki dla ugaszenia Weltschmerzu, jeśli nie obawiacie się, że to, co zobaczyliście, zostawi w was ślad na zawsze – idźcie musowo. Jeśli wolicie teatr frywolny, o którym zapomina się już następnego ranka – idźcie tym bardziej, żeby zobaczyć, że jest w tym wszystkim coś więcej. Wierzcie mi, to wyśmienity spektakl, który niżej podpisana okupiła łzami. Wieloma. Żadnej nie żałuje.

8 thoughts on “Going commando

  1. Wierzę. Mam to szczeście, że spotkałam takiego człowieka, nie przegapiłam… I jutro właśnie 11 rok się zaczyna. I dobrze nam. Po prostu.

    • Wybieraj się, wybieraj🙂 bo jak kupowałam bilety, to przy wyborze miejsc zobaczyłam niemal pustą salę. A to jest naprawdę coś, co trzeba zobaczyć; rzecz – nie zawaham się tego słowa użyć – wybitna.

  2. Staram się ostatnio nadrabiać zaległości, bo nie widziałam wszystkich spektakli „kinowych”. Prawie za każdym razem jest to dla mnie duże przeżycie.

    • Mam tylko nadzieję, że zdążę wyjść z pracy, bo mam ostatnio taką jazdę bez trzymanki, że oj. Włożyłam dzisiaj moją „szczęśliwą” koszulkę, ale coś nie pomaga na razie.
      Z ciekawości sprawdziłam – faktycznie mało luda. Cumberhamlet za cztery miesiące, a już pół sali zajęte.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s