I’ll follow you until you love me

Już kiedyś o tym pisałam, ale powtórzę. Gdy stoję sobie na przejściu dla pieszych, a obok stoi wyczesana fura, której niewidoczny za ciemnymi szybami właściciel wyraźnie dociska co chwila pedał gazu, to naprawdę blednę z wrażenia i marzę o tym, by go poznać.
Mogłabym go wtedy zapytać, co sądzi o teorii, jakoby przechwalanie się samochodem miało związek z wiadomym kompleksem.
Gdyby taki dosiadał wierzchowca na oklep, to istnieje pewna szansa, że kiedy ruszyłby, ja też bym ruszyła – za nim, z okrzykiem: „Ej, ej! Poczekaj!!”. Niestety w moim mieście ludzie rzadko wierzchem jeżdżą. Motoryzacja budzi we mnie emocje zbliżone do tych, które budzą podatki. Wiem, że toto istnieje, nie znam się na tym i wcale nie chcę się znać. Gdy miałam osiemnaście lat i koledzy mnie wozili na koncerty swoimi rupieciami, regularnie łamiąc przepisy, to tak, wtedy mnie to nawet ekscytowało. Teraz zaimponowałby mi raczej facet umiejący grać na skrzypcach.
Ale nie o tym chciałam.

Plotkowali o was kiedyś? O mnie raz, w byłej pracy. Po powrocie z L4, przydługiego nieco, bo spowodowanego wypadłym dyskiem i rehabilitacją, zostałam przydybana przez koleżankę i zapytana, jak długo zamierzam jeszcze przychodzić do biura. Zapatrzyłam się na nią w głębokim niezrozumieniu. Gdy dziewczę zorientowało się, że nie mam pojęcia, o co jej chodzi, wyjaśniło z pewną krępacją, że dział wytłumaczył sobie moją absencję na swój sposób i według jego wersji jestem w ciąży.
Jakiś czas później zostałam posądzona o romans, którego nie miałam – ale wtedy i mnie, i mojego drogiego kolegę, z którym rzekomo miałam schadzać się po godzinach, bardzo to bawiło. Gdzieś pomiędzy całą uciechą dotarło jednak do mnie, jak dużo ludzie potrafią sobie dopowiedzieć i jak ostrożnym trzeba być, bo jeden z drugim zawsze dorobią sobie historię do przypadkiem zasłyszanej wymiany zdań.
Ale ja to mała mróweczka jestem i na szczęście nikogo za bardzo nie interesuje, z kim sypiam oraz jakie są tego skutki.

Czytałam wczoraj trochę brytyjskiego teatralnego forum, gdzie ludzie piszą, co widzieli i co myślą o tym, co widzieli, a także puszczają w eter różne nowinki, które czasami są prawdziwe, a czasami nie. W każdym razie w wątku o tej sztuce, o której teraz cały świat mówi ktoś wspomniał, że zagorzałe (by nazwać to łagodnie) fanki protagonisty ukuły całą potężną teorię spiskową dotyczącą prywatnego życia swojego idola. Ponieważ wczorajszy wieczór miał być przeznaczony na sprzątanie, w ramach prokrastynacji zainteresowałam się tym newsem i postanowiłam zgłębić temat. Po paru godzinach researchu, podczas którego oczy wyłaziły mi z orbit, mogę powiedzieć jedno.
Otóż dostęp do internetu powinien być przyznawany jedynie osobom, których zdrowie psychiczne i dojrzałość emocjonalna nie budzą wątpliwości. Myślę, że powinno się też wprowadzić pewnego rodzaju testy sprawdzające, czy potencjalny użytkownik sieci odróżnia prawdę od fikcji.

W mojej epoce nastoletniej byłam zbyt skupiona na pisaniu koszmarnych wierszy i prężeniu się na konkursach recytatorskich, żeby załapać się na bycie czyjąkolwiek fanką. Nigdy na niczyj widok nie piszczałam, nigdy nie chciałam, by ktoś mnie opluł, nie chciałam też posiadać niczyjego włosa czy zużytej chusteczki. Co prawda na starość trochę mi się pogorszyło pod tym względem i dorobiłam się kilku ulubieńców, dla których jestem zdolna do, nazwijmy to, pewnych poświęceń, ale ogólnie uważam, że całkiem porządna i kulturalna ze mnie wielbicielka. Koniec końców, mam swoje życie i zero problemu z akceptacją faktu, że moje mniej lub bardziej wstydliwe słabości też je mają. Zmartwiłabym się, gdyby nie miały. W końcu to postaci rzeczywiste, nie fikcyjne, i – inaczej niż filmowi bohaterowie – istnieją nie tylko wtedy, gdy na nich patrzę, ale przez cały czas, poza wszelkimi scenariuszami i poza moją wyobraźnią. Inna sprawa, że dorastałam w czasach, gdy sława troszeczkę inaczej wyglądała. Nie było internetu (to znaczy był, taki z piszczącego modemu, drogi jak fiks) i nikomu się nie śniło o jakichś Tumblrach czy innych takich miejscach, w których ludzie zbierają się, by wspólnie zanosić modły do swojego bóstwa z ekranu i podziwiać jego bokobrody. Można sobie było plakat z Bravo przykleić na ścianie i pomarzyć, że może kiedyś jakimś cudem zobaczy się stworzenie ze zdjęcia na własne oczy. Cudowny wynalazek WWW sprawił, że idole są bliżej niż kiedykolwiek, co oczywiście samo w sobie jest fajną sprawą – ale nie wtedy, gdy fani uznają idoli za swoją absolutną własność. I tak oto moje nieszczęsne oczy przeczytały wpisy osób, które są przekonane, że biedny Benny nie dożyje końca roku, bo już wygląda na wyczerpanego, jak tak można zmuszać (?) go do występowania siedem razy w tygodniu. Są głęboko zdegustowane faktem, że Cucumber nie ubiera się dość modnie, wychodząc do ludzi po spektaklu – celebryta w DŻINSACH? skandal! – i sugerują mu zatrudnienie stylisty na tę okoliczność. Och, i dostają absurdalnego wścieku, bo nazwisko innej miłośniczki wymieniono w artykule w New York Timesie i teraz wyjdzie na to, że miłość tamtej jest większa, a to przecież niemożliwe. A idol na pewno czyta tę gazetę i na pewno to nazwisko zapamięta (tak, na pewno). Obraziły się na idola, bo rozdaje autografy, a miał tego nie robić, tymczasem ośmielił się zmienić zdanie (no, to jednak trzeba być skończonym bucem, by przy podejmowaniu decyzji nie wziąć pod uwagę zdania grupy oszołomów, o których istnieniu nie ma się pojęcia).
To nie są nastolatki. To najzupełniej dorosłe kobiety, które ubolewają w internecie, że ich idol wyraźnie nie umie używać prezerwatyw (tak, tak…), bo jakaś tam reżyserka, kto to w ogóle jest, nikt o niej słyszał, dziecko mu powiła, pewnie specjalnie się tak zakręciła, wrobiła go, cwana bladź. On nawet przez nią zbrzydł – zanim się pojawiła, był przystojniejszy, a teraz jakoś tak niezdrowo wygląda. Pewnie ma depresję. Rozwiodą się. Gdyby się zabezpieczył, toby nie miał problemu, a tak ma i to straszny, bo będzie musiał całe życie łożyć kasę na sprytną sucz i jej bachora.
Przecież to jest obrzydliwe. Ale na tym nie koniec wcale. Otóż Jedyne Prawdziwe Fanki umyśliły sobie – w ramach redukcji dysonansu poznawczego chyba – że małżeństwo i ojcostwo idola to mistyfikacja. PR-owy wymysł, żeby podkręcić popularność. Dziecka przecież nikt nie widział, więc ono nie istnieje – zrozumiałe (widzicie, potwierdza się moja teoria, że o nieistnieniu kalorii – widział kto jaką?). Gdyby istniało, małżonka idola zabrałaby je do teatru (bo przecież tam właśnie zabiera się niemowlęta). Ale małżonki też nie ma, bo idola widziano bez obrączki, a ją widziano na kawie z innym facetem i się do niego uśmiechała, a poza tym na zdjęciach nie wyglądają, jakby za sobą szaleli. No, ale że cała sprawa jest mistyfikacją, to Benedykt jest do wzięcia. Tym samym wystarczy czekać dnia, gdy swoją którąś z Jedynych Prawdziwych Fanek wypatrzy ze sceny (jak wiadomo, aktorzy wychodzą na scenę głównie po to, żeby obczajać lale na widowni) i w te pędy się zakocha. Tymczasem sadzi światu ściemę o rodzinnym szczęściu, bo to na okładkach kolorowych czasopism dobrze wygląda. No, a tak w ogóle to wiadomo, że wszyscy artyści to geje, więc pewnie się zmówili. W końcu lepiej, żeby był gejem, niż żeby miał jakąś, tfu, babę.
Teoria jest tak kuriozalna, że nawet przeszło mi przez głowę, czy aby nie jest jakimś eksperymentem socjologicznym mającym dowieść, że ludziom można sprzedać w mediach społecznościowych największą nawet bzdurę, a i tak ktoś uwierzy i przekaże dalej. Bo powiem wam szczerze, w pale mi się nie mieści, że można coś takiego uprawiać na poważnie i rzeczywiście rozumować w taki sposób. Z drugiej strony mamy przecież frakcję antyszczepionkową i Frondę, więc chyba jednak można.
Stanisław Lem miał rację jednak.

17 thoughts on “I’ll follow you until you love me

  1. A nie masz takich pan wokol siebie, co nawet zwyklym smiertelnikom chca wmowic, ze ich partnerka jest dla nich nieodpowiednia i na pewno niebawem sie nia znudza i juz wiadomo ze nic z tego nie bedzie (poniewaz same maja ochote na tego osobnika, a osobnik na nie niekoniecznie)? Bo ja znam pare.
    Chociaz w wersji z celebrytami jest to zapewnie duzo bardziej imponujaca paranoja.

    • Mnie samej nigdy nic takiego nie dotknęło. To znaczy, znałam w przeszłości rozmaite intrygantki czerpiące przyjemność z prorokowania, kiedy rozpadnie się związek koleżanki (bo że się rozpadnie, to wiedziały NA PEWNO – gdyż albo z koleżanką, albo z jej wybrankiem było coś nie tak), ale teraz w sumie jestem wolna od towarzystwa takich ludzi.
      Z drugiej strony, jeśli idzie o zachowania lekko paranoiczne, pan i władca miał przez pewien czas coś na kształt stalkerki, która mu na służbowy adres wysyłała wielce emocjonalne maile (ale w końcu się znudziła). Nawet nie wiedział za bardzo, kto zacz. Gwoli ścisłości – nie byłam to ja😀

  2. Niektórzy ludzie mają tyyyle wolnego czasu. Szkoda, że go tak marnują na pierdoły…

    Lem miał dość często rację.

  3. ja do takiej fury krzyczę: jestem twoja! weź mnie!
    kierowca fury, jeśli ma otwarte okno, czasem jakimś mięchem rzuci, ale i tak mam wewnętrzna satysfakcję

    • Uch, jak ja ubolewam czasem, że nieśmiały ze mnie człowiek, bo niekiedy aż się prrrosi o komentarz…🙂 Strasznie nie lubię zachowań z gatunku „patrz na mnie, jestem taki WOW”.
      Ale to też ciekawe, jak takie pawie gwałtownie tracą rezon, gdy zareaguje się na ich popisy.

  4. 🙂 Tia… w zyciu codziennym takich wysoko rozwinietych logik niestety nie brakuje…
    … w innej pracy tez mnie o romanse sluzbowe posadzano… i mieli racje, tylko osoby nie trafili, bo oba typowania dalekie byly od rzeczywistosci… i faktem jest, ze plotki rozsiewala jedna bardzo zainteresowana jednym z teoretycznych obiektow. Gosc byl po prostu paskudny! Takze kazda potwora znajdzie swego amatora – to stwierdzenie faktu jest.🙂😛

  5. Od czasu gdy widziałam na własne oczy fankę, która ukradła ze sceny szklankę, z której pił B.C., nic już mnie nie zdziwi. Dla innej fanki została już tylko butelka…

  6. Och, trafiłam na Twój blog przypadkiem, po zdjęciu Bertiego Carvela w sukience😀 To Ciebie widuję na Zachodnim końcu, prawda?
    Podpisuję się pod Opinią na temat psychofanek. Mnie to przeraża… Podkochuję się w swoich idolach, oczywiście, ale w realu chyba by mnie to przeraziło, wyobraźnia lepsza.
    Cieszę się, że BC znalazł Sophie, wygląda o wiele lepiej – odmłodniał, znów nie wygląda na swój wiek i to najlepiej świadczy o jego związku. I cieszę się, że jednak daje autografy, bo to znaczy, że będę miała swoją szansę, jak pójdę drugi raz na Hamleta😉

    • Widziałam parę razy w życiu sceny, które dla mnie były lekko… niepokojące. Generalnie ze mnie byłby kiepski psychofan, bo jestem zbyt nieśmiała na to, żeby się rzucać na obcych ludzi, a już na pewno nie wyobrażam sobie siebie mówiącej komukolwiek, że żałuję, iż siedziałam na tyle daleko od sceny, że nie mógł na mnie napluć🙂 Ale ludzie tracą hamulce czasami.
      Na stage door zapewne pójdę z ciekawości, zobaczyć, co się będzie działo.

      Wskutek „Bachantek” nieśmiało planuję dodatkowy wyskok w tym roku, bo będzie jesienią kolejna okazja do zobaczenia Bertiego i z wielką chęcią bym to uczyniła. Ale na razie jeszcze próbuję wybić sobie z głowy🙂

      • Ja będę w Londynie w czasie, kiedy będą to zaczynali grać, ale 17go października wieczorem idę drugi raz na Hamleta (sobie rok temu wymarzyłam, że porównam wersję początkową i końcową), a zaczynają Hairy Ape dopiero grać, więc nie będzie matinee…
        A w poniedziałek muszę wyjechać. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ja to przeżyję…

        • Ha! Odnalazłam swoje żale – udało się, zobaczyłam i Hamleta i Hairy Ape. Acz nie omieszkałam powiedzieć Bertiemu, że zrezygnowałam dla niego z CumberHamleta😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s