The lazy-puffing clouds

Południe minęło, a autorka ciągle w szlafroczku i niewiele wskazuje na to, by rychło miały w tej sprawie nastąpić jakieś zmiany. Bo mi się nie chce. Absolutnie nic mi się nie chce i tylko wrodzona przyzwoitość powstrzymuje mnie przed udaniem się w pościel. W sumie mogłabym – to mój dom, mój wolny dzień i jeśli będę chciała, to mogę nawet spędzić go, zwisając nago z żyrandola, gdybym miała taką fantazję.
Może po kawuni odzyskam energię. Z drugiej strony przecież jest niedziela i wcale odzyskiwać jej nie muszę. Ubolewam jedynie, że jak zwykle nie mam w domu niczego słodkiego, a akurat męczy mnie ochota. Do najbliższego sklepu mam minutę. Myślicie, że chce mi się wyjść? Musiałby człowiek się ubrać przecież, a na zewnątrz jest ponuro. O, właśnie zaczęło wściekle lać, więc problem rozwiązany.
Tak, dziś zdecydowanie jest jeden z tych dni, gdy można jedynie zdobyć się na wysiłek obejrzenia filmu, ale takiego, żeby nie trzeba było zbytnio się angażować, albo przekręcenia się na drugi bok podczas czytania książki. Plus, ma się rozumieć, jedzenia. Dlatego uprawiam radosne kanapowanie i zapełniam kalendarzyk na kolejny wyjazd. Wieczory to wiadomo, sławni ludzie i neony, w ciągu dnia natomiast zamierzam zaliczyć parę muzeów, z gatunku tych mniej znanych, a nawet kuriozalnych nieco. Mam też listę książek do kupienia, niestety całkiem długą. Trzeba tylko przeczekać niespełna dwa tygodnie. Nawiasem mówiąc, obawiam się, że mam już plany na przyszły wrzesień – tak, ten za rok – bo wróble ćwierkają, iż na scenę wraca wtedy jedna z moich największych miłości (o wyjątkowo pięknych błękitnych oczach i wielkiej klasie…) i nigdy bym sobie nie wybaczyła przegapienia tego.
A tymczasem zostawiam was w towarzystwie ludzi, którzy zjedli papryczki i próbują wygłaszać szekspirowskie monologi. Jest to bardzo zabawne, ale trudno biedakom nie współczuć. Z drugiej strony ich udręka w kilku przypadkach dodaje efektownego dramatyzmu. Czytałam onegdaj o licznych sposobach, w jakie aktorzy doprowadzają się do łez na poczekaniu. Niektóre były dość okrutne.

PS Wracając na chwileczkę do wątku o tym, że niżej podpisaną łatwo przestraszyć – w ramach dopieszczania swojego lenistwa obejrzałam najnowszy odcinek Doktora Who. Co prawda to nadal nie moja bajka, ale obejrzałam. Te wyłażące spod ziemi dłonie z oczami uważam za absolutnie przerażające, dziękuję bardzo.

7 thoughts on “The lazy-puffing clouds

  1. Zazdroszczę kanapy i nicnierobienia, tzn. czytania do woli i oglądania ulubionych filmów/seriali. Ja Doktora Who nie jestem w stanie zaakceptować, mimo szczerych chęci!

    • To jest jedna z tych rzeczy, które do mnie nie trafiają za bardzo – jak ta moja nieszczęsna „Gra o tron”. Mam dużo znajomych rozmiłowanych w Doktorze, ale mnie to jakoś nigdy za serce nie złapało. Nie to, że nie lubię, po prostu jest mi dość obojętny.

      • Ale musicie przyznać, że to ich określenie „delivery”, to jakoś tak nieludzko brzmi, swoją drogą nasz „poród” też mi się nie podoba. No ale jak zwał tak zwał, zdarzyło mi się wziąć udział w takim wydarzeniu trzy razy i za każdym razem było to bardzo pozytywne emocjonalne tsunami.

        • Ano. Na sam proces też mają Angole średnio ładne określenie, „to go into labour”…
          Ale nie ma chyba języka, który radzi sobie z opisywaniem takich wydarzeń. To jak z opisywaniem momentów – albo kicz, albo wulgarność. Nie do przełożenia na słowa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s