The way your smile just beams

Z łamiących wiadomości to przejechałam się Krakowiakiem. To taki nasz nowy grajdołkowy tramwaj, długi jak spaghetti, prosto spod igły, technologia XXI wieku i w ogóle (można w nim nawet telefon podładować, co skwapliwie wykorzystano do happeningu z udziałem żelazka i deski do prasowania).
Tak, przejechałam się tramwajem. To właściwie najciekawsze, co mnie dziś spotkało (poza śledzeniem PigGate – internet wzbił się dzisiaj na wyżyny sarkazmu i szczerze powiem, że po tygodniach wypełnionych histerią przyjęłam to z ulgą, a nawet radością, choć bohaterowi tej aferki nie zazdroszczę). Jutro będzie lepiej, gdyż, panie i panowie, jadę w góry. Cieszę się niezmiernie. Za dni kilka możecie spodziewać się tutaj wielu zdjęć mgły i mchu, których głębia ostrości będzie zapewne pozostawiała wiele do życzenia, ale nie dbam o to – wszak nie to ładne, co ładne, prawda. I tak uważam za duże osiągnięcie fakt, że nauczyłam się obsługiwać aparat fotograficzny w trybie manualnym i ustawiać tam sobie te różne przesłony. Niestety nie odziedziczyłam talentów po moim padre. Ojciec niżej podpisanej robi fenomenalne zdjęcia i świetnie rysuje. Mój tata coś tam sobie maże od niechcenia na kartce i nagle się okazuje, że naszkicował wasz portret. Jak ja rysuję człowieka, to jest to kółko nasadzone na kreskę, z której wystają cztery inne kreski. Tyle potrafię. Drugiej Boznańskiej to ze mnie nie będzie, ani też drugiej Annie Leibovitz.

Ale nie, przepraszam. Spotkało mnie dziś coś wspaniałego. No, nie mnie – ale niesłychanie miło było to obserwować.
Otóż widziałam na własne oczy, jak bliskiemu mi człowiekowi spełnia się marzenie. Nie jakieś wielkie i niesamowite, ale wszyscy mamy drobne marzenia, które są dla nas cenniejsze od wygranej w totka i księcia na białym koniu. Nie przywiązujemy do nich jakiejś wielkiej wagi, bo wydają nam się nieszczególnie możliwe. I WTEM.
To naprawdę czysta rozkosz, przyglądać się komuś, kto znienacka, w ciągu sekund, rozjarza się jak słońce, dosłownie – cały promienieje i pokrywa uroczym rumieńcem, i trudno pozbyć się wrażenia, że powinniście przytrzymać go za nogi, bo inaczej odfrunie do nieba na tych niewidzialnych skrzydłach, które mu właśnie wyrosły. Wiem dobrze, jakie to uczucie. Ma się trzydzieści lat z kawałkiem i nagłą ochotę piszczeć na cały regulator. Skacze się po kuchni. Wreszcie pada na łóżko na wznak i spędza znaczną część nocy na gapieniu się w sufit z uśmiechem. I cokolwiek dalej się wydarzy, mamy już swoje happy place, miejsce w myślach, do którego zawsze możemy wrócić, gdy wszystko się spieprzy; mamy coś, co dla innych może być zupełnie nieistotne, ale dla nas jest kamieniem milowym, osobnym rozdziałem w autobiografii.
Lubię patrzeć, jak ludzie się cieszą. Jak znienacka na chwilę są znowu dzieciakami. Zbyt rzadki widok ostatnimi czasy.

PS No, a poza wszystkim to, ekhm, wskutek weekendowej błogiej nudy mój blogasek dorobił się swojego fejsbuka.

PPS Nie, drogi pytający, nadal nie wiem, czy Colin Morgan ma dziewczynę. Albo/i chłopaka. Zresztą wracając do myśli przewodniej dzisiejszego wpisu, pomarzyć zawsze można, więc po cóż taka wiedza.
(Zaczynam się martwić o tę osobę od nagości w teatrze, już ponad miesiąc jak jej nie ma).

3 thoughts on “The way your smile just beams

  1. Moze ja cos podpowiem a propo Colina…(jesli moge sie wtracic;-) Biedactwo skupia sie na pracy obecnie, nie na zyciu prywatnym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s