Oh our meeting, it lit a fuse in my heart

Troszkę się zirytowałam dzisiaj, wiecie, bo jak już kiedyś wspominałam – nie lubię naśladownictwa. Jeśli czegoś, człowieku, nie umiesz, to tego, człowieku, nie rób. Ja może nie wyglądam, ale tępa nie jestem i umiem rozpoznać własną pracę, gdy podpisuje się pod nią ktoś inny.

No, a poza tym czuję się już jak przed randką. Wiem doskonale, że przez pierwsze godziny wszystko będzie mnie wkurzało, ale czemu tu jest tylu ludzi, ale czemu oni się na mnie pchają, ale czemu tu tak brudno i tak dziwnie pachnie, na cholerę te podwójne krany – ale kilka dni później znowu będę z niezrozumiałym smutkiem przyklejała nos do zimnej szyby, spoglądając w dół na Morze Północne i moją stronę kontynentu na horyzoncie. Jestem podekscytowana, budzę się coraz wcześniej i nie wiem, jakie ubrania spakować. I nie potrafię tego wytłumaczyć, bo wracam w to miejsce po raz, jeśli dobrze liczę, dwudziesty pierwszy. Mogłabym zmarszczyć nos i prychnąć, że wszystko już widziałam. Ale otóż nie. Cały problem z tym miastem polega na tym, że ono jest samymi pierwszymi razami. Zdążyłam sobie w nim wydeptać moje dróżki i właściwie mogłabym tylko tymi dróżkami krążyć, i mieć zajęcie na jeszcze wiele urlopów, ale cały problem z tym miastem polega na tym, że nieustannie kusi innymi drogami. Muzeami, o których nigdy nie słyszeliście. Parkami, o których nikt wam nie wspomniał, a w których cudownie się opala/czyta pod drzewem/pije wino/karmi wiewiórki/niepotrzebne skreślić. Niepozornymi pubami, które pędzą własne piwo. Teatrami z dala od West Endu (West End to raptem czterdzieści scen – w całym mieście jest ich około dwustu pięćdziesięciu, nikt nie potrafi powiedzieć ile, bo liczba jest płynna; to żebyście wiedzieli, z jaką klęską urodzaju zmagam się, planując moje wycieczki). Cały problem z tym miastem polega na tym, że musicie ciągle czegoś sobie odmawiać, bo zwyczajnie nie jesteście w stanie dopieścić się wszystkim, czym ono was częstuje.

Tym razem mój dzienniczek zawiera następujące punkty.
Trzy godziny czterdzieści minut greckiej klasyki po angielsku.
Północ w ruinach siedemnastowiecznego teatru. Pojęcia nie mam, jak po tej imprezie dostanę się na przeciwległy kraniec miasta, mając na uwadze późną, a raczej wczesną godzinę i moją fatalną orientację w przestrzeni.
Wybitną panią naukowiec. Jestem bardzo ciekawa, choć bilet kupowałam bez szczególnego przekonania.
Koszmar. Jeśli coś jest opisywane jako surreal thriller, to ja to raczej muszę zobaczyć, najwyżej będę się bała po ciemku wracać.
Czytanko (bez komentarza, dobrze?).
Katów. Same kipiące gwiazdkami recenzje.
Hamleta. Nawiasem mówiąc dobrze, że coś mnie tknęło i zajrzałam wczoraj wieczorem do skrzynki pocztowej, bowiem znalazłam w niej kopertkę niedużą ze stemplem par avion i następującą zawartością.
wpid-2015-09-30-09.52.45.jpg.jpeg
Czyli oni naprawdę wysyłają bilety pocztą. Na każdym stoi napisane, że nabywca powinien się wylegitymować i nie może tego dobra odsprzedać. Innymi słowy, nie wzbogacę się jako konik. Ojej.
I na zakończenie musical o ludziach pracujących na zapleczu teatrów – właściwie nie tyle na zapleczu, co na linii frontu, codziennie stawiających czoła publiczności.
Oraz sześć wystaw.
Raptem sześć.
Tak sobie po cichu myślałam, że może w poniedziałek rano wstanę i pojadę do Winchester, zobaczyć katedrę, ale nie wygląda, żeby to się dało zrobić.
Znowu wrócę niewyspana z wakacji. Bez sensu. Następnym razem lecę na jakąś plażę. Będę tylko leżeć i wciągać brzuch.

8 thoughts on “Oh our meeting, it lit a fuse in my heart

  1. za tydzień po raz dziewiąty, a pierwszy raz zaledwie dwa lata temu🙂
    to miasto jest mi tak bliskie, a z drugiej strony za każdym razem podobnie nowe i do odkrywania. już się nie mogę doczekać pierwszego śniadania w ulubionym miejscu.
    tym razem planuję Brighton i klify Seven Sisters jednego dnia.
    które wystawy? ja się jeszcze nie do końca przygotowałam, póki co historia obuwnictwa w V&A😉

    • Tak, to nie ma prawa wypalić🙂 Regularnie się zarzekam, że następnym razem Fuerteventura. Dobrze by mi to w sumie zrobiło, bo ja naprawdę z Londków wracam wypompowana – ale nie w tym życiu chyba…

  2. Ja z innej beczki. Dzięki za Dr Foster! Chyba paznokci się pozbędę w oczekiwaniu na series finale:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s