The amorous alphabet

Śliczny był wczorajszy dzień, pocztówkowy prawie. Spędziłam przedpołudnie w Alexandra Palace, pięknym miejscu, z którego widać całe miasto, jeśli pogoda ładna. Można się opalać i karmić wiewiórki.

Tu muszę dodać, że jestem zagorzałą fanką londyńskich parków. Najważniejszą książką mojego dzieciństwa była przecież Mary Poppins, a Janeczka i Michaś ciągle chodzili z Mary do parku, i zawsze zdarzała im się tam przygoda. Chodzę zatem szlakami wytyczonymi przez wyobraźnię dziewczynki, która bardzo chciała kiedyś znaleźć się w magicznym miejscu zwanym Londyn. Zdarzało mi się rezygnować z ambitnych turystycznych planów, żeby poleżeć na trawie.

Po południu natomiast włożyłam sukienkę, rzęsy podmalowałam i ruszyłam do Shakespeare’s Globe.

image

Pierwszy raz wylądowałam na Read Not Dead dwa lata temu. I, jak to ponoć często bywa, już zostałam.
Od tamtej pory staram się tak planować wizyty w Londinium, żeby zahaczyć o to. Owszem, West End lśni i czaruje – te gwiazdy,  te efekty specjalne – ale tam jesteście tylko jednym z tysiąca widzów. Jesteście jakimś tam nazwiskiem na miejscu D22. Jutro to miejsce zajmie ktoś inny, kto pewnie też przyjechał z daleka, jutro odleci w jednym z setek samolotów startujących z londyńskich lotnisk. Na Read Not Dead jesteście częścią wydarzenia. Nie jesteście anonimowym widzem, jesteście gościem. Mile widzianym gościem, a wasz głośny śmiech w tragicznych scenach jest jak najbardziej w porządku. Atmosfera jest bardzo luźna. Owszem, chodzi o przywracanie do życia zapomnianej dramaturgii (nie zawsze dobrej), ale nikt przecież nie powiedział, że to musi być na serio…
Moja przyjaciółka, gdy jej z grubsza opowiedziałam, o co w tym chodzi, spytała, czy płacą mi za udział. Ja ją rozumiem. Mało kto chciałby spędzić niedzielę w jakże atrakcyjnym mieście na czytaniu sztuki, którą ostatnio wystawiono z dwieście lat temu, jeśli w ogóle. Można przecież do muzeum pójść. Do parku. Na zakupy. Fotek trochę natrzaskać. Ale jakieś  czytanie sztuki? Słownikowa definicja nudy.
image

Otóż nie. Read Not Dead to owszem, są w sumie czytane dramaty, ale nie do końca,  ponieważ celem reżysera jest, by w pięć godzin sklecić z tego w miarę normalne przedstawienie. Oczywiście to nie ma prawa się udać i w tym właśnie cały urok.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy się gotują, potykają, nie wiedzą, kiedy zacząć lub rozpędzają się za bardzo i czytają kwestie kolegów, przysiadają wśród publiczności. Pogubieni zupełnie, szyją czasami na poczekaniu i wtedy możecie zobaczyć fantastyczne aktorskie rzemiosło. Publiczności to zupełnie nie przeszkadza. Publiczność tupie i klaszcze jak na koncercie rockowym. Łatwo rozpoznać kogoś, kto przyszedł pierwszy raz, bo zdumiony wodzi wzrokiem po ryczących ze śmiechu ludziach, jakby chciał powiedzieć: „ale o co chodzi…”. Gdy przychodzi trzeci raz, też ryczy. Gdy przychodzi po raz piąty, odkrywa z uciechą, że ludzie po obu stronach sceny posyłają mu skinienie. Tym samym macie wrażenie, że nie przyszliście do teatru, tylko na jakieś przyjemne popołudniowe spotkanie ludzi dzielących wspólne zainteresowania (ewentualnie zjazd terapeutyczny osób, które, że tak powiem, nie mają wszystkich w domu).
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy grają po kilka ról – nawet cztery – więc nie tylko widownia, ale oni sami momentami nie wiedzą nawet, kim właściwie w danej scenie są i wtedy na ich twarzach pojawia się rozkoszny wyraz mówiący: „nie mam pojęcia, co robię”.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że scena walki zostaje przerwana, bo wygrażający szabelką bohater nie ma jak przewrócić strony w swoim skrypcie. Bywa, że prosi wtedy swoją ofiarę o to, żeby mu przez chwilę broń potrzymała. Jeśli na scenie pojawiają się zwłoki, z pewnością będą demonstrowały znudzenie.
Tym razem była muzyka na żywo, tańce częściowo nawet widowiskowe – było prawie dobrze do momentu, gdy jeden z wykonawców zapomniał kroków i postanowił improwizować, i poszedł w Travoltę – cudnie sprośne żarty, jeden Francuz chowający się w krzaku (wspominałam o sprośnych żartach?), a na końcu wszyscy okazali się swoimi braćmi, siostrami i kuzynami. Francuz też.

Tak sobie stałam pod drzwiami przepięknego Sam Wanamaker Playhouse, sącząc winko i emanując moim środkowoeuropejskim wdziękiem, wsparta elegancko o filar, gdy wtem zobaczyłam frunące przez foyer włosy. Niedobrze.
Uwaga, będzie dygresja.
Wszyscy wiedzą, że nabawiłam się onegdaj pewnej wstydliwej słabości, którą uparcie zwalczam metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę”. O dyskusyjnej skuteczności tej metody porozmawiamy innym razem. Słabość jest tym dotkliwsza, że jest raczej miłą i łagodną postacią, a ponadto od czasu do czasu powiadamia internet, iż właśnie wypłakuje sobie karmelowe oczy nad książką lub filmem, co u niżej podpisanej wywołuje efekt przekrzywienia główki i westchnienia. Nawet mi się udało zapaść jej w pamięć, choć naprawdę wolę nie domyślać się, z jakiego powodu. W każdym razie jeszcze nie zwiewa pędem w przeciwnym kierunku, gdy tylko mnie kątem oka zauważy, ani też nie wystosowała wniosku do odpowiednich służb o zakaz wjazdu na terytorium Zjednoczonego Królestwa dla tej panienki.
W pewien sposób zresztą jesteśmy ze sobą związani na całe życie, bo niechcący zostałam pierwszym w historii nabywcą pracy tego sympatycznego stworzenia (bo ono, gdy akurat nie obcina palców nastolatkom, nie podpala/wiesza/dusi ludzi ani nie paraduje po scenach West Endu w gustownych rajstopkach, lubi sobie rysować, zwierzątka głównie).

Włosy tym razem nie brały udziału w spektaklu, ale zasiadły za mną i od czasu do czasu dawały znać o sobie, wybuchając zaraźliwym gulgotem. Po przedstawieniu włosy zrobiły to, co zwykle robi publiczność po przedstawieniu, czyli wyszły.
I cóż wtedy uczyniła nieśmiała, zazwyczaj bardzo ułożona i zdystansowana autorka.
Otóż pognała kurcgalopkiem przez ogromne foyer Globe na ulicę i dogoniła Bogu ducha winne chłopię.
– Sorry to chase you down the street, that’s a bit awkward…
– That’s all right.
Nienawidzę.
– Thank you for the drawing. I, eh, urrmm…
– My pleasure. I’m glad it’s found a good home.
Autorka zagapiła się tępo na rozmówcę. Jak zwykle. Gdy odzyskała rezon, nastąpiła zwyczajowa kulturalna gadka-szmatka, po czym autorka pożegnała się grzecznie i usłyszała:
– See you soon. Buh-bye!
Ale jak to, see you soon. Jakie soon. Znaczy że co? Że ja tu znowu wyląduję niebawem?…
Cóż. Z pewnością są gorsze powody do odwiedzania Londynu.

4 thoughts on “The amorous alphabet

  1. och, już za cztery dni, już! też kocham parki. parczki. skwerki. zieleń wciśniętą wszędzie, gdzie się da. zeszłego lata dzień spędzony na leżeniu na trawie w Kew Gardens. patrzebie w chmury i na samoloty.
    oraz chichram się w kułak, bo „Jeśli na scenie pojawiają się zwłoki, z pewnością będą demonstrowały znudzenie.” 😀

    i mam pytanie techniczne – dużo wcześniej byłaś na lotnisku? od otwarcia nowej części jeszcze mnie tam nie widzieli, ostatnio na lot o 6.40 przyjechałam 40 minut przed odlotem…;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s