The play’s the thing

No dobrze. Dość piania i trzepotania rzęsami.
Pogoda się zepsuła w Londynie, to znaczy nie tyle może się zepsuła, co wróciła do normy. Innymi słowy, leje. Szczęśliwie nie jest to zbyt dotkliwie odczuwalne, bo po tym mieście można przemieszczać się, nie wychodząc na powierzchnię. A dziś – właściwie, sądząc po zegarze, już wczoraj – musiałam troszkę się najeździć. Najpierw stacja Leicester Square, żeby zobaczyć bardzo skromny i ogromnie sympatyczny musical o ludziach pracujących w teatrze (będzie o tym więcej w swoim czasie), później Barbican, ten upiorny, kolosalny, betonowy labirynt. Nota bene, przed wyjazdem znalazłam na Airbnb kwaterkę w Barbicanie, całkiem dobrze wyglądała i nawet droga nie była, ale odmówiłam sobie przyjemności z tej przyczyny, że zapewne za kilka lat ktoś znalazłby w korytarzach kompleksu zasuszone zwłoki autorki, która się zgubiła na śmierć. 
Tak czy inaczej, tym razem szłam tam w celach oczywiście teatralnych. Na Hamleta. Na TEGO Hamleta

Ten spektakl zaczyna się jedną z moich ukochanych piosenek – Nature Boy. Znacie na pewno. To taki piękny, nieco smutny i niepokojący kawałek. Tu w wersji najpiękniejszego męskiego głosu na globie, tu w wersji Elli, tu mojej szczególnie ulubionej.

There was a boy
A very strange enchanted boy
They say he wandered very far
Very far, over land and sea

A little shy and sad of eye
But very wise was he

And then one day, a magic day
He passed my way, and while we spoke
Of many things, fools and kings
This he said to me
„The greatest thing you’ll ever learn
Is just to love and be loved in return”.

Kurtyna podnosi się i widzicie siedzącego na podłodze człowieka, pochylonego nad gramofonem. Obracająca się płyta odtwarza właśnie ten numer. Ściana za plecami człowieka – tak, Hamleta, dobrze zgadliście – znika i pojawia się NAJWIĘKSZA SCENOGRAFIA, JAKĄ W ŻYCIU WIDZIAŁAM.
Nie zaciął mi się Caps Lock. Tego po prostu nie da się opisać małymi literami. Jest wspaniałe, oszałamiające. To ogromne pałacowe przestrzenie, zaprojektowane z wielką dbałością o szczegóły. Wizualny orgazm, przepraszam, inaczej się nie da. Trudno właściwie ogarnąć całość oczami. Sądzę, że jedną z brytyjskich teatralnych nagród mamy już rozdaną w tym sezonie.
Problem w tym, że scenografia kradnie show.
Aktorzy wśród niej nikną. I co więcej, większości z nich trzy godziny po opuszczeniu widowni zwyczajnie nie pamiętam. Laertes świetny, owszem. Grabarz również. Cumberbatch – fakt, ma charyzmę, talent i warsztat, nie sposób mu odmówić (przy czym nie mogłam pozbyć się wrażenia, że przemawiając do widzów po zakończonym spektaklu był bardziej przekonany co do własnych słów niż jako Hamlet). Ale coś nie trybi.
Gdy pojawiły się umiarkowane recenzje tego spektaklu, rozległy się też głosy, że to taki snobizm, „jestem taki cool, że nie podobał mi się CumberHamlet„. Ale to nie snobizm. Ta rzecz nie podnosi ciśnienia, nie odbiera oddechu.
Widzicie, to jest tak, że czasami idziecie na przedstawienie tylko dlatego, że macie wolny wieczór, nie spodziewacie się niczego niezwykłego i nieoczekiwanie kwiczycie z zachwytu. Czasami tydzień wcześniej prasujecie kieckę/garnitur. Myślicie – wow, tak fenomenalna ekipa razem? To będzie rewelacyjne. Zasiadacie na widowni, oczekując mocnego uderzenia, po czym w pewnej chwili przyłapujecie się na tym, że myślicie o tym, czy jeszcze sklepy będą otwarte, gdy wyjdziecie. Albo o tym – spojler – że ciekawe, jak oni te tony gruzu ze sceny uprzątają co wieczór i jakim cudem go tak cichutko rozrzucili w antrakcie. Albo o fajnym koledze z pracy. Bez ubrania. Bo czasami jest tak, że teoretycznie wszystko powinno zadziałać, a wy powinniście być wniebowzięci, ale nie działa i nie jesteście. Zabrakło tego magicznego składnika. Tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że widz zapomina o bożym świecie.
Zmierzam do tego, iż ten Hamlet to piękne, dobrze zagrane przedstawienie, które nie wciąga. W ogóle. Jakbyście oglądali je przez szybę – czuć bardzo tę czwartą ścianę. Domyślam się oczywiście, jak trudno wystawić taką kobyłę, najważniejszą sztukę w historii teatru. To wyzwanie. Podejść na kolanach – bez sensu. Wywrócić do góry nogami i na lewą stronę – ryzykowne. Szekspir jednak umiał pisać i wyzywanie jego tekstów na pojedynek to zabawa dla mocnych graczy.
No właśnie. Abstrahując już od tej adaptacji, Hamleta ogląda się o tyle zabawnie, że to przecież same cytaty. To idiomy, których nieustannie używamy, mówiąc po angielsku, nie wiedząc nawet, że mówimy Szekspirem. I owszem, podczas sceny z czaszką i Alas, poor Yorick przez audytorium przebiegł zduszony chichot. Mamy to w naszym kręgu kulturowym tak wryte w głowy, tak dobrze to znamy.
Wygląda to, jakby kogoś zawiodła ambicja – zbudujemy wielką scenę, obsadzimy wielką gwiazdę, będzie hit. Tylko że nie jest. Jasne, pod względem frekwencji i wzbudzanego zainteresowania jest. Ale to po prostu chłodny spektakl, który pozostawia widza obojętnym. Nie chwyta go za gardło. Nie sprawia, że macie ochotę rozmawiać o nim godzinami (chyba że o tym naprawdę obłędnym designie). Nie ma chemii.

Tak czy inaczej, była owacja na stojąco i okrzyki. Pod wyjściem stosowna kolejka do gwiazdy.

image

Nie czekałam. Deszcz padał. Następnym razem.

4 thoughts on “The play’s the thing

    • Myślę, że tak – wierzę, że tak. Natomiast proste to na pewno nie jest. Publiczność przychodzi z wielkimi oczekiwaniami, z wdrukowanymi schematami i z tym się trzeba zmierzyć. Pytanie tylko, czy lepiej wychodzić tym oczekiwaniom naprzeciw, czy wprost przeciwnie…
      Nie twierdzę, że nie ma ludzi, którzy na tej sztuce poczuli COŚ. Sądząc po reakcjach, podobało się. Ale to nie był mój, jak to mówią w kraju, który za 40 minut opuszczam, kubek herbaty ☺

  1. Mnie się ten Hamlet bardzo podobał. I miałam ochotę dyskutować. Ale, jeśli wierzyć internetom, widziałam nieco inną sztukę (byłam na trzecim preview). Z TYM monologiem na początku, na ten przykład, co nieco zmieniało punkt ciężkości sztuki.
    Miałam ochotę rozmawiać o tym (SPOILER), że to Hamlet wlał truciznę do ucha aktora, czy to Gertruda zabiła Ofelię, czy Klaudiusz i Gertruda nie byli wzorowymi władcami, którym mordercze zapędy przypisywał Hamlet, którego żal za wyidealizowaną wersją ojca (ach, jaki cudowny był Karl Johnson jako Duch) wpędził w wyreżyserowane zdziecinnienie.

    Tak, mnie się zdecydowanie podobało. Prawdopodobnie za półtora tygodnia zobaczę jeszcze raz, to sobie porównam wersje.

    • Najzupełniej szczerze – cieszę się, że mogłam to zobaczyć. Zwłaszcza za dychę. Ale czy to coś wniosło w moje życie? No, jednak nie.Nie mam poczucia „och, wow”, nie przemysliwalam w drodze do hotelu (może dlatego, że strasznie padało i myślałam głównie o tym, że buty mi przemakają – nie było mądrze wyjść w balerinkach…). Ale może to też dlatego, że ja wolę teatr intymniejszy, w tym jako widz po prostu gubiłam się momentami. Poza tym miałam wrażenie, że każdy element osobno jest okej, ale one nie łączą się w całość. Nie wiem, no nie wiem. Coś mi nie zagrało.
      Przy czym – do kina pewnie pójdę, sprawdzić, co mi umknęło w tej monstrualnej scenografii ☺ Bardzom ciekawa, jak oni to sfilmują.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s