What are you holding, Orestes?…

Nie miałam pojęcia, czemu mi się tobołek nie domyka (dopinałam zamek błyskawiczny z modlitwą na ustach, żeby mi nie pękł w drodze). Przecież nic nie kupiłam.
Nic a nic.
Tylko siedem książek.
Tym samym znowu – to mój stały chwyt – przechodziłam przez kontrolę ze wspomnianymi książkami pod pachą, z miną osoby, która absolutnie nie wyobraża sobie dwugodzinnego lotu bez zaopatrzenia w odpowiednią liczbę lektur. Robię to za każdym razem. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jedną z książek istotnie zaczęłam czytać w podróży i wciągnęła mnie ogromnie.

Ale po kolei, po kolei.
Chyba wiem, dlaczego mnie ten Hamlet pozostawił obojętną niczym Jane Austen wobec swojego jedynego kandydata do ręki. Trochę pozbawiłam go szans na oczarowanie mnie, wybierając sobie inne bardzo dobre przedstawienia. W zestawieniu z pierwszym z nich nie miał szans. Musiał wydać się przy nim bardzo efektowną, ale jednak bańką mydlaną.
Mówię o Orestei.
Właściwie to Oresteje teraz są w Londynie dwie – jedna w Trafalgar Studios, druga w Globe, ale na tę drugą nie miałam jak się załapać. Poprzestałam na pierwszej, na którą, nawiasem mówiąc, zdecydowałam się pójść raptem kilka dni przed wyjazdem – i była to nadzwyczaj dobra decyzja. Czasem tak mam, że coś mnie tknie.
Wybierając się wieczorem na to, włożyłam bladoróżowy sweterek, świeżo nabyty przed wyjazdem. Spokojnie, nie mam ambicji ewoluowania w blogerkę modową slash lifestyle’ową slash co tam akurat teraz jest na topie. Bladoróżowość sweterka to wbrew pozorom dość istotny szczegół, ale o tym za chwilę. Ponieważ jak zwykle dotarłam dużo za wcześnie, zeszłam do baru w Trafalgar Studios, coś przecież trzeba ze sobą zrobić. Byłam pierwsza – ta słowiańska krew, nieprawdaż, w barze zawsze pierwsi – toteż czarująca obsługa uruchomiła dla mnie wcześniej happy hour, z mrugnięciem zawiadamiając, że doniosą mi rachunek za dwadzieścia minut. Miło z ich strony. Wdrapałam się na stołeczek, złapałam mój koktajl i chwilę później usłyszałam miarowe tykanie. Tykanie rozlegało się wszędzie, aż do momentu, w którym zgasły światła na widowni. Ruszało ponownie w antraktach, krótkich i ogłaszanych ze sceny (przy czym dodać należy, że w ostatniej sekundzie wszyscy musieli siedzieć karnie na swoich miejscach, bo inaczej nie zostaliby już wpuszczeni na widownię – dajcie czterystu osobom dziesięć minut na kibelek i odebranie interval drink, i zobaczycie, jak szybko potrafią biegać). To długi spektakl, blisko czterogodzinny. Ani trochę się tego nie odczuwa, bo przez większość tego czasu siedzicie na brzeżku fotela ze splecionymi nerwowo palcami, a parę razy można nawet nerwowo podskoczyć. Ta Oresteja to pełnowymiarowy mroczny thriller, którego bohaterowie balansują na granicy szaleństwa, ba, przekraczają ją nawet. Są w tym momenty, które nieprzyjemnie chwytają za gardło, jak scena poświęcenia Ifigenii – nie to, że krwawa czy w jakikolwiek sposób brutalna, wprost przeciwnie, delikatna, klinicznie zimna i przez to niesłychanie przejmująca. Są sceny wciskające w fotel i wprawiające w oszołomienie, jak furia Agamemnona (jeśliby któryś widz jednak nieco przysnął w pierwszym akcie, obudzi się natychmiast bez wątpienia, w dodatku ze zjeżonym włosem). Są oczywiście morderstwa. Jest nagość. Jest mnóstwo krwi. Są role tak dobre, że nie możecie przestać gapić się z rosnącym zafascynowaniem. Nikt się nie oszczędza. A piękny Luke Thompson, przez pierwszą część spokojnie siedzący na ławeczce bez słowa i kradnący cichutko uwagę swoim powabnym profilem, zmienia się w owładnięte manią zemsty zwierzę wydające nieludzkie wrzaski i wywracające wściekle oczami – momentami, gdy mu tylko białka łyskają spod powiek, jest dość raczej przerażający. A to nie jest najlepsza rola w tym przedstawieniu. Są jeszcze lepsze, w tym zwłaszcza genialna Klitajmestra Lii Williams, najpierw troskliwa matka i kochająca żona, potem niemal Eva Peron przemawiająca do narodu, aż wreszcie oszalała morderczyni męża. Tak. Na początku mamy jedną wielką szczęśliwą rodzinę, na końcu kałuże posoki.
I Elektra, niewinna (?) Elektra, siostra Orestesa, tak niezwykle mu bliska, która może tylko jest wytworem jego wyobraźni.
Doskonała jest scena sądu nad Orestesem, gdy publiczność wchodzi w rolę ławników i – tylko w swoich głowach, po cichu – wydaje wyrok. O losie bohatera zaważy pojedynczy głos.
Rozłożyło mnie to na łopatki, powaliło, pozamiatało. Z dziką rozkoszą poszłabym drugi raz.
Jakoś tak się złożyło, że siedziałam w pierwszym rzędzie. Pierwszy rząd znajduje się bardzo blisko sceny (raczej niskiej zresztą – na tyle niskiej, że wstając po spektaklu, macie oczy na wysokości oczu aktorów, którzy są, czy ja wiem, z pół metra od was; nota bene, gratulacje dla pana, który uznał, że to świetne miejsce na odstawianie swojego kieliszka). Oczywiście przez to cała rzecz wydała mi się jeszcze bardziej porywająca, ale miało to pewien skutek uboczny.
Wspominałam o bladoróżowym sweterku?…
Wyszłam po oklaskach z uczuciem, jakby mnie potrącił pociąg i zaaferowana podreptałam do stacji metra.


Wsiadłam. Jadę. Nudzę się, bo w metrze, jak wiadomo, widoczki raczej trudno podziwiać, przynajmniej dopóki nie wyjedzie na powierzchnię. Z nudów zaczynam skubać nitkę przy rękawie i wtedy właśnie spostrzegam, że rękaw ów jest mniej więcej do łokcia pokryty czerwonymi plamami sztucznej krwi. Drugi też.
Nawet nie zauważyłam, kiedy to na mnie bryzgnęło.
Powiedzcie mi, że to da się sprać. Jeśli nie, cóż, będę miała pamiątkę.

Tyle o Ajschylosie.
Sobota była dniem dość intensywnym i znowu, obawiam się, z motywem przewodnim pod nazwą teatr. Punktem pierwszym wycieczki była wizyta w Noël Coward Theatre – jednym z niewielu, jeśli nie jedynym na West Endzie, do którego umiem trafić, nie zgubiwszy się po drodze (co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, że byłam tam siedem razy i te foteliki obite różowym pluszem bardzo dobrze znam). A tam czekała bardzo ciekawa historia o Rosalind Franklin i jej słynnej fotografii. Charyzmatyczną panią doktor, zmarłą zresztą na raka spowodowanego najpewniej promieniowaniem, zanim za odkrycie podwójnej helisy wręczono nagrodę Nobla jej kolegom po fachu, gra niejaka Nicole Kidman. I powiem wam, że jest to zaskakująco pozytywne teatralne doświadczenie. Parę miesięcy temu upolowałam – bez najmniejszego trudu – bilet za całe dziesięć funtów i nie spodziewałam się Bóg wie jakich wodotrysków. Zawsze mam wątpliwości, gdy w głównych rolach obsadzają ludzi z okładek, bo, bądźmy szczerzy, nie wszyscy się sprawdzają. Czasami okazuje się, że na scenie są wyraziści jak płyty chodnikowe. W tym przypadku na szczęście było inaczej. Z dużą przyjemnością tę sztukę obejrzałam. Dobrze zrobiona rzecz, zwarta, dowcipna, ze sprawną obsadą i w pięknej, choć ponurej scenografii (Franklin dostała laboratorium w piwnicach) – nic tam nie jeździło, nie zapadało się, nie opadało z góry, wystarczyły same zmiany oświetlenia i naprawdę pięknie to działało. Nie spektakl z gatunku zmieniających życie, ale wciągający, przyjemny dla oka i dobrze zagrany.
Dla takich jak ja soboty w Brytfannie są dniami o tyle szczęśliwymi, że można obejrzeć dwa przedstawienia. Zrobiwszy sobie krótką przerwę dla odzyskania energii, poszłam zatem na drugie, pokonawszy piechotką nie tak znowu daleki odcinek między Charing Cross Road a południowym brzegiem. Nie musiałam się śpieszyć, więc od czasu do czasu zatrzymywałam się, żeby zrobić zdjęcie, jakbym już nie miała takich pięćdziesięciu.


Słowo, które najlepiej mi pasuje do drugiego sobotniego spektaklu, brzmi „nieprzyjemne”.
National Theatre obok swoich wielkich scen ma też taką niedużą, zwaną tymczasową. Wystawia tam rzeczy, które niekoniecznie przyciągnęłyby tłumy, ale które są interesujące, a czasami nieco kontrowersyjne. Pomona właśnie taka jest.
To takie coś, co albo bardzo się podoba, albo wywołuje niesmak. To bardzo brzydka historia o przemocy, o prostytucji, o handlu żywym towarem (w celach, o których raczej wolicie nie wiedzieć). I to wszystko dzieje się w sercu Manchesteru, w dziwnym, naprawdę istniejącym miejscu zwanym Pomona, postindustrialnym kawałku miasta, którego podążacie za bohaterką, szukającą zaginionej siostry. Nie jest to z pewnością lekkie, łatwe i przyjemne. To raczej kawał mrocznego, dusznego i ciężkiego teatru, zagranego zresztą częściowo w konwencji gry RPG – krążącej po podziemiach Pomony bohaterce towarzyszą pozostałe osoby dramatu (w tym irytująco seksowny i odpychający czarny charakter w postaci kobiety w skórzanym płaszczu – i zobaczcie, jak ona wygląda w cywilu…), rzucając kośćmi i pytając ją: „słyszysz kroki za plecami – ukrywasz się czy uciekasz?”.

O niedzieli już pisałam. Lepiej do tego nie wracajmy.

Poniedziałek obudził mnie koncertową ulewą, w związku z czym część dnia spędziłam na leniwym piciu kawuni i wylegiwaniu się w pościeli. Stwierdziwszy, że wypiłam dość kawuni, ponownie udałam się na stację metra, a ze stacji metra na Sloane Square.
Royal Court to taki fajny teatr, który co prawda znajduje się w szalenie wytwornej części miasta, ale sam zbyt wytworny nie jest. Jest cudownie bezpretensjonalny, ma świetną knajpę z niszowymi piwami z kija i małą, ale naćkaną po sufit księgarnię, w której teksty sztuk (wolę kupować je niż programy, bo w tych drugich zwykle dostajecie dwie strony zdjęć obsady – a i tak można lepsze znaleźć w internecie – maciupki wywiadzik z reżyserem i dwanaście stron reklam) można nabyć za skromne 3 czy 4 funty. Royal Court zresztą specjalizuje się w nowych dramatach, nader często poruszających ważkie i/lub niewygodne społeczne problemy. To nieduże w sumie miejsce jest jedną z najważniejszych i najodważniejszych scen Wielkiej Brytanii, a sztuki, które miały tu premiery, nierzadko zyskują kolejne życia w innych krajach. Bo taki na przykład McDonagh to bardzo znany dramaturg. W moim grajdołku można zobaczyć Jednorękiego ze Spokane, w Poruczniku z Inishmore onegdaj grał Borys Szyc. W Royal Court właśnie niedawno odbyła się premiera nowej sztuki McDonagha, Hangmen – i jestem absolutnie pewna, że niebawem zobaczymy ją u nas, to kwestia czasu jedynie. Fenomenalnie napisany tekst. Zresztą spektakl zebrał całą Drogę Mleczną gwiazdek w recenzjach i bez dwóch zdań jest tego wart.
To naprawdę, ale to naprawdę czarna komedia osadzona w małomiasteczkowych realiach brytyjskich lat 60. (tak, to nie były jedynie czasy Beatlesów i Twiggy), której głównym bohaterem jest, cóż, kat całkiem lubiący swoją pracę, to jest wieszanie ludzi (co ciekawe, jego nazwisko to zbitek nazwisk dwóch rzeczywistych wykonawców egzekucji). Niestety wreszcie musi się przebranżowić, bo zmienione prawo znosi karę śmierci. Ale widzicie, on naprawdę to zajęcie lubił, a że do pubu prowadzonego przez jego żonę któregoś dnia trafia ktoś, kto od razu wydaje mu się podejrzany…
Pyszne, no pyszne po prostu. Taka historia, w której niby nic się nie dzieje, a ile się dzieje. Cięte riposty przyprawiają o ryk śmiechu, choć w sumie śmiać nie ma się z czego. Lubimy.

Być może was to zdziwi, ale po poniedziałku nadszedł wtorek, częściowo już opisany. Ale, ale. Zanim wylądowałam na legendarnym już Hamlecie, poszłam sobie na maleńki i uroczy musical pod tytułem Ushers. Po naszemu to ci ludzie, którzy przedzierają wasz bilecik, wskazują wam miejsce, sprzedają program (a w antrakcie, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, lody, bo oni tam mają taką osobliwą tradycję, że w przerwie spektaklu muszą być lody koniecznie), świecą wam latarką, jeśli podczas spektaklu zrobi wam się słabo albo musicie siusiu. To oni, gdy wiadomo, że aktorzy już czekają w kulisach, a opieszali widzowie wreszcie dotarli na swoje miejsca, zamykają drzwi widowni, pokazując sobie uniesione kciuki jak marshallerzy na lotnisku. Ludzie, którzy kochają ten cały jazz i godzą się na fatalnie płatną robotę, żeby tylko być w teatrze. Dodajmy, że – jak łatwo się domyślić – na ogół marzą o karierze scenicznej. Cały poklask i atencja publiczności spływają na gwiazdy, podczas gdy ci niedoceniani ludzie pracują przed, w trakcie i po spektaklu, wierząc głęboko, że w końcu to ich opromienią światła wszystkich reflektorów.
To przedstawienie zebrało fantastyczne recenzje między innymi na festiwalu w Edynburgu, zanim przeniosło się na West End, ale mimo bardzo dobrych opinii radzi sobie na nim, o dziwo, tak sobie – może dlatego, że nie ma w nim wielkich nazwisk, nie reklamuje się też za bardzo. Gdy weszłam na widownię i zajęłam miejsce, chwilę później podszedł do mnie usher (jeden z tych, którzy później tańcowali na scenie – oni rzeczywiście obsługują publiczność, zanim zgasną światła i gdy znowu się zapalą) i powiedział, że nie ma dziś tłoku, więc spokojnie mogę przesiąść się do przodu. Dziesięć minut później podszedł drugi i zaproponował mi to samo, więc pomyślałam, że może jednak skorzystam i popędziłam do jednego z pierwszych rzędów. Smutne to trochę, widzieć tyle pustych miejsc, ale wykonawcy nie sprawiali wrażenia przejętych tym ani też nie jechali na pół gwizdka.
Dla maniaków teatru to półtorej godziny nieskrępowanego chichotu. Wszyscy na scenie mówią branżowym slangiem, co rusz nawiązują do ostatnich plot z Theatrelandu, a przy tym trzeba przyznać, że autor libretta wie, w którym kościele dzwoni i w jaki sposób organizują sobie życie osoby z mniej lub bardziej zaawansowaną teatralną obsesją. Jedna z bohaterek, niebywale oddana swojej pracy (przyczyna jej pracoholizmu jest prosta – otóż ona seryjnie, może odrobinkę maniakalnie podkochuje się w aktorach i jest z tego dumna, śpiewa zresztą wdzięczny kuplet z refrenem: Leading men, I have a thing for them) zdradza sekret, jak się dowiedzieć o tym, co będzie się działo na londyńskich scenach, zanim wyjdą oficjalne komunikaty. My Twitter, my stagey network and some good ol’ stalking!
No, i tak to właśnie działa.

W środowe popołudnie samolot zaniósł mnie nazad na południe Polski. I chociaż mam piękne marzenia podróżnicze na przyszły rok, obawiam się, że skończy się jak zwykle. Jest na to bardzo proste – acz ktoś pewnie uzna, że pretensjonalne – wyjaśnienie, z książki, którą polecałam wam przy okazji poprzedniego wyjazdu.
Places make the best lovers. You can trust a place more than you can trust a person as a lover. A place is more dependable and it has so much depth and stimulation and provides you with the opportunity to realize yourself. The place reflects you, provides you with stimulation, the ability to realize potential. If it’s a good place it makes you feel stronger, makes you cleverer and more powerful.
Having the ability to have that friend, London, as a companion throughout gives you a wonderful extra dimension to anything you do. I think of London as a partner. I’m in love with London and always have been
.

11 thoughts on “What are you holding, Orestes?…

  1. Och, Fabulitas, jak miło Cię tu widzieć😀
    Na Oresteię idę we czwartek, na Hangmen już na West Endzie, w grudniu. To sobie porównam z Twoimi wrażeniami😀
    Narobiłaś mi smaka na Ushers, ale nie mam gdzie ich wcisnąć na tym wyjeździe…

      • Na Orestei w końcu byłam dopiero wczoraj, ale cieszę się, że zmieniłam miejsca, między innymi dlatego, że na początku sztuki Luke Thompson patrzył mi prosto w oczy (siedziałam w drugim rzędzie). Jakie to jest znakomite. Zwłaszcza, po widzianej dzień wcześniej dość słabej Medei. Da się sztukę genialnie uwspółcześnić, a właściwie wyjąć z czasu. Jednak wciąż się waham, czy Oresteja, czy Bachantki, W końcu doszłam do wniosku, że oba to spektakle z najwyższej półki, ale z nieco innej części regału😉

        • To się cieszę.
          Moje miejsce w pierwszym rzędzie (krew się sprała…) dużo emocji mnie kosztowało i zdecydowanie na odbiór całości wpłynęło. Jak oni się w człowieka wpatrują, jak do niego wyciągają ręce…
          Naprawdę, to jest znakomite. Byłam powalona. I tak, to jest wyjęte z czasu. Parę lat temu Klata w Starym zrobił fenomenalną „Oresteję”, też mocno uwspółcześnioną, ale niesamowicie intensywną (tam dla odmiany można było żwirem po twarzy dostać). To jednak dowodzi, jak dobre są te teksty – a niedawno sprzeczałam się z kimś, kto twierdził, że nie warto sięgać po rzeczy napisane dawno temu, bo się starzeją – i jak niezmienna jest natura ludzka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s