Security blanket

Gdy dziś rano wstałam i wyjrzałam przez okno, wyrwało mi się słowo, które zapewne wyrwało się większości mieszkańców Małopolski.
Serce mi się kraje, że raptem kilka dni temu paradowałam po obcych krajach w sukienusi, na którą nie zużyto zbyt wiele materiału, a dziś musiałam włożyć cholerne oficerki. I rękawiczki. I nawet czapkę. CZAPKĘ. Ja, która z założenia czapek nie noszę, bo wyglądam w nich, eufemistycznie, jak półgłówek, a dosadniej jak pół dupy zza krzaka. Niestety należę do tych, którym nakrycie głowy od razu obniża IQ o 50.
O nie, nie mam chandry. Mam doła jak stąd do Melbourne.
Odkąd wróciłam, właściwie nic szczególnego się nie wydarzyło, w związku z czym po prostu przyglądam się światu i mój dół jeszcze się pogłębia.

Mój znajomy trafił do szpitala. Nic poważnego, zaplanowany zabieg. O tym, że korzysta z gościnności służby zdrowia, dowiedziałam się z twarzoksiążki – takie czasy. Dowiedziałam się nie tylko o samym fakcie, ale również o tym, co było na śniadanie, co było na obiad, o której operacja, ile trwała, jakie lekarstwa et cetera et cetera. Cały ten reportaż ilustrowany obfitymi fociami, głównie selfies. Ja to bym sobie raczej selfie w szpitalnej pościeli nie strzelała, ale co kto lubi. W każdym razie chwilowo wyłączyłam sobie obserwowanie kolegi, bo naprawdę nie jest mi potrzebna wiedza o tym, że oddawał mocz do badania.
Oczywiście wiem, że sama czasami dzielę się informacjami, które u przynajmniej części moich znajomych zapewne wywołują reakcję: „Jezu, a ta znowu o tym samym, ileż można”, ewentualnie: „Ale niby co w tym interesującego?”. Niemniej są obszary życia, których opisywania w mediach społecznościowych absolutnie sobie nie wyobrażam.

Mam ostatnio pewien problem z ludźmi. Dokładniej, z rosnącym przyzwoleniem na agresję. Być może, żyjąc na swojej chmurce, po prostu tego zjawiska nie zauważałam dotychczas. Ale najpierw czytam, jak ludzie piszą o Oldze Tokarczuk (która śmiała powiedzieć coś, co ich personalnie obraziło, choć nie do końca rozumiem, dlaczego), że jest szmatą, która powinna wy… wyjechać z kraju, najlepiej z ogoloną głową. Potem widzę, że powstała na Facebooku strona ludzi fotografujących się z bronią i wzywających do obrony zagrożonego chrześcijaństwa. Pod wpisem radiowej Trójki o lesbijkach wychowujących dziecko odkrywam całe tsunami komentarzy z propozycjami tego, co tym kobietom powinno się zrobić, oraz o upadku cywilizacji i szarganiu wartości, propagowaniu zboczeń i promocji homoseksualizmu (czy ludzie naprawdę wierzą, że można promować orientację seksualną? to nie jest marka piwa, które się lubi albo nie, to jest coś, co po prostu się ma – jak leworęczność, pieprzyk na prawym policzku albo niebieskie oczy; nie postanowiłam być leworęczna, bo mi się to u kolegi spodobało, tylko tak już przyszłam na ten świat). Od pewnego czasu obserwuję z rosnącym zdumieniem – żeby nie powiedzieć, niepokojem – jakąś niesamowitą radykalizację w poglądach i zachowaniach. Nikt się z tym nie kryje. Mało tego – to nawet w dobrym tonie w pewnych kręgach. Ludzie są dumni z tego, że tego czy owego nienawidzą.
Zastanawiam się, czy naprawdę można czerpać przyjemność z podkręcania własnej niechęci do czegoś – a tym bardziej kogoś. To przecież musi być strasznie trujące. Ale jeszcze intensywniej zastanawiam się nad tym, co tacy ludzie mówią swoim dzieciom. Jak mieści im się w jednej głowie i w jednym sumieniu nawoływanie do obrony tych nieszczęsnych wartości i konsekwentne postępowanie przeciwko nim, uzurpowanie sobie prawa do bycia strażnikami cudzej moralności przy jednoczesnym dziurawieniu własnej.

Ech.
Gdzie jest mój kocyk?…

One thought on “Security blanket

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s