Widz konceptualny

Przez ostatnie dwa dni wszystko szło nie do końca tak, jak powinno. Wróć. Szło beznadziejnie. Koszmarne sny w nocy (chałupnicza autopsychoanaliza każe winić stres przed nadchodzącymi zmianami), burdel za dnia. Na domiar szczęścia wracałam wczoraj do domu ze współpasażerką wyraźnie żądną krwi, bo pomstowała w głos, że w tym kraju to można tylko trafić albo do psychiatryka, albo do więzienia, nic lepszego człowieka nie spotka. Ku pamięci.
Trudno powiedzieć, co bym wolała.
Starając się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego, ratowałam się przeglądaniem skromnych archiwów Open Air Theatre. Archiwa mają stopniowo puchnąć, co mnie bardzo cieszy – liczę skrycie, że zarejestrowane przedstawienia też wreszcie zostaną w nich umieszczone; na razie jest tylko jedno. Chciałabym tam wrócić kiedyś; to tak czarujące miejsce, tak rozbrajająco romantyczne. Co prawda niezbyt łatwo po ciemku znaleźć właściwą drogę do wyjścia, ale można powiedzieć, że to tylko dodaje smaczku (taaak, smaczku, ja już tam wpadałam w panikę, że mnie zamkną na noc na tych nieoświetlanych 160 hektarach). Może przyszłego lata uda się znowu tam wpaść, przecież pewnie i tak będę w pobliżu. Pierwsze noworoczne plany wyjazdowe już zresztą mam, co w obecnej sytuacji jest pewnego rodzaju brawurą, ale och, bądźmy dobrej myśli. Przy dzisiejszej pogodzie wspomnienie pachnących wieczorów w plenerze jest szczególnie przyjemne. Cóż, zamiast słowików i leżakowania pod drzewem mamy książki (British Library Crime Classics – mówiłam przecież, że przywiozłam siedem), wiaderko imbirowej herbaty i nawracającą myśl o bezczelnym zakopaniu się w pościeli. Kto mi zabroni?

Życzliwy podesłał mi wczoraj to. Łojzicku.
Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie siedzącą na spektaklu Warlikowskiego w zaplamionym farbą ubraniu z dekoltem na plecach. Sto procent będę widoczna. Tak.
Muszę wam powiedzieć, że bardzo mi się ten artykuł spodobał, bo dawno nie przeczytałam niczego równie uciesznego. Nazwiska aktorów mówią nam dużo o tym, co to za klimaty modowe? Emmm?…
Owszem, znajduję przyjemność w ubraniu się nieco lepiej od czasu do czasu, nie bez przyczyny mam pół szafy czarnych sukienek (i rosnącą kolekcję różowych). No i wiem dobrze, że gdy w grę wchodzi czynnik towarzyski, człowiekowi zależy bardziej. Ale prawda taka, że już od dawna nie stroję się szczególnie do teatru, bo nie widzę w tym szczególnego sensu, zwłaszcza gdy wiem, że przedstawienie ma być bardzo długie, gdy miejsce jest umiarkowanie wygodne – żywo pamiętam pięć i pół godziny na ławeczce bez oparcia – albo gdy mamy środek tygodnia, a ja pędzę prosto z pracy. Nie sądzę, żeby wykonawców obchodziło to, czy mam na sobie garnitur, ogrodniczki czy kostium Kobiety-Kota (to ostatnie mogłoby za to bardzo obejść widzów za mną). Po pierwsze oni mnie nie widzą, po drugie natomiast to nie ja mam stanowić tam obiekt powszechnego podziwu. Po trzecie wreszcie czasy się nieco pozmieniały i całkiem łatwo wyglądać w teatrze, wśród towarzystwa w dżinsach i szalikach, jakby się przypadkiem zaplątało w drodze na studniówkę. Ja wiem, że dla sporej części ludzi to ważna część doświadczenia, dla niektórych być może najważniejsza i ani mi w głowie odbierać komuś radość z robienia się na bóstwo, sama ją dobrze znam. Bógwiejakie stylizacje na okoliczność wyjścia na Warlikowskiego czy kogokolwiek innego to jednak dla mnie spory przesadyzm, choć nie jestem pewna, czy powinno mnie to dziwić w świecie, w którym blogaskowe recenzje książek ilustrowane są fotkami rączek te książki trzymających wraz z informacją, jaki lakier posłużył do manicure w tym konkretnym przypadku. Obok wszystkich wymienionych wyżej argumentów jest jeszcze jeden, kluczowy chyba. Otóż poczucie komfortu jest całkiem ważne w miejscu, w którym emocje bywają wystawiane na próbę, powiedziałabym, że nawet ważniejsze niż wysokość obcasa. Być może opinia ta czyni ze mnie wymienianego w tekście widza niepokornego, choć nie wiem w sumie, kto to miałby być. Ktoś wie?…
Zamiast podsumowania dodam, że minionego lata zdarzyło mi się oglądać przedstawienie w takiej oto kreacji.
wpid-2015-10-17-17.30.53.jpg.jpeg
Oto ja, wasz mały niepokorny fashionista. Wracam do moich kryminałów.

3 thoughts on “Widz konceptualny

  1. Potargane portki są na czasie ostatnio zdaje się na każdą okazję, ale piwo z plastiku? Gdzie było to przedstawienie, na budowie?😀

  2. Pomyśleć, że już trochę czasu temu takie portki robiło się samemu, ku ‚uciesze’ rodziców😉 Teraz się płaci za nowe poszarpane portki☺

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s