We have lost the key and it has perished with the rest of the misuse

Dzień dobry. Jak tam wasza nowa rzeczywistość?
Osobiście zaczęłam z przytupem. Z takim zamaszystym przytupem, że resztką sił powstrzymuję się od podejścia do najbliższej futryny i walenia w nią głową. Zrobiłam bowiem, proszę państwa, coś absolutnie mistrzowskiego, brawa dla mnie.
Zacznijmy od tego, że ja jestem nieco roztrzepana i mam dużą łatwość ignorowania otaczającej mnie rzeczywistości. Czasami to niestety się mści.
Wspominałam, że mam nowe drzwi wejściowe, tak? No więc dostałam do tych nowych drzwi klucz. Wczoraj, idąc spełnić obywatelski obowiązek, pomyślałam sobie, że śmieci wyrzucę po drodze. Złapałam worek, w tę samą rączkę złapałam rzeczony klucz, zeszłam na dół, stanęłam przed śmietnikiem, zamachnęłam się energicznie i ZGADNIJCIE, CO SIĘ STAŁO.
Tak.
Owszem.
Wywaliłam sobie klucz do śmieci.

Gdyby to był film, niżej podpisana z rosnącym przerażeniem obserwowałaby klucz lecący w zwolnionym tempie wprost w paszczę ogromnego kubła i znikający pomiędzy wielce nieatrakcyjną zawartością.

Bolałam, że nie mogę sama się spoliczkować, bo z ochotą bym to zrobiła.
No cóż. Życie toczy się dalej.

Dokonawszy tego wartego odnotowania czynu, postanowiłam spędzić resztę dnia bezpiecznie na swojej kanapie (po tym, jak już udało mi się dostać do domu). Obejrzałam polecany mi dawno temu Grobowiec świetlików i zalewałam się gorzkimi łzami przez bite półtorej godziny. Nie chcę, naprawdę bardzo nie chcę oglądać tego kiedykolwiek w życiu ponownie, choć uważam, że to wspaniała rzecz, wybitna być może nawet. Człowiek czuje się, jakby mu odrywali po kawałku serca, a w ostatnich scenach ma w jego miejscu już tylko żałosny strzęp (i głębokie kałuże tam, gdzie wcześniej miał oczy). Nietrudno domyślić się, jak ta historia się skończy, ale mimo wszystko to potwornie bolesne – ci, którzy nie biorą udziału w wojnie, pierwsi padają jej ofiarą. Ci najmniejsi i najdelikatniejsi.
Dawno nic mną tak nie wstrząsnęło. Dziś, przysięgam, jeśli cokolwiek będę oglądać przed snem, to jedynie urocze szczeniaczki, ewentualnie jakąś do bólu zębów słodką i naiwną komedię romantyczną z obowiązkowym happy endem, która sprawi, że przestanę myśleć o świecie jak o bardzo złym miejscu. Co nie zmienia faktu, że bardzo się cieszę, że to zobaczyłam i nie mam pojęcia, czemu zrobiłam to tak późno.
Nawiasem mówiąc, z wiekiem staję się coraz gorszą beksą. Coraz mniej trzeba, żebym się rozmazgaiła. Sceny, które kiedyś by mnie nie ruszyły – no, najwyżej westchnęłabym „ojej…” – teraz przyprawiają mnie o pociąganie nosem (wersja minimum) lub strumienie łez (wersja standard). O piosenkach z Once nie wspominam nawet, bo robią ze mnie roztrzęsiony budyń. Zbytnio się tego nie wstydzę, wprost przeciwnie, powiedziałabym, ale urodzie to nie sprzyja.

10 thoughts on “We have lost the key and it has perished with the rest of the misuse

  1. Boję się tego za każdym razem jak wynoszę śmieci! :)) Dlatego zawsze wkładam najpierw klucze do kieszeni i sprawdzam 2 razy czy aby na pewno tam zostały😉

  2. tak, też się boję, że kiedyś wyrzucę klucze! albo kluczyk do auta!
    a widziałaś „Twice born”? ja te świetliki muszę, najlepiej zaraz. a z piosenek do „Once” od dawna najbardziej „If you want me”, bo trochę moja historia, ale bez happy endu. i Markety „This Right Here”, chyba nigdy tego nie posłucham bez zanoszenia się płaczem w którymś momencie.
    rzeczywistość…

      • Nie nie ☺ Koncepcja grzebania w cudzych śmieciach do mnie nie przemawia, a poza tym i tak nie byłoby szans. Nadal jestem bardzo zła na siebie. Ale za to znowu mnie uratował ten młody z góry…

    • Nie widziałam, ale poczytałam sobie opisy i recenzje, i raczej prędko nie zobaczę. Dobrze to wygląda, ale nie chcę znowu smarkać w rękaw.
      „Once” wzrusza mnie niezmiernie. Bez osobistych skojarzeń, po prostu ściska mnie za serce ta historia. Pamiętam, jak poszłam zobaczyć musicalową wersję w Londynie pierwszy raz. Siedziałam obok dwóch Irlandczyków, bardzo sympatycznych. Dwóch muskularnych, gadatliwych, cierpkich facetów. Jezuniu, jak oni ryczeli pod koniec. A ja razem z nimi.

  3. Znam. Kiedys zatrzasnelam drzwi z galka od zewnatrz. Klucz zostal w domu. Gdyby okolicznosci, rowniez przyrody, byly inne, poszlabym do meza do pracy, bylo tuz za rogiem. Ale. Byla zima, mialam mokre wlosy, odziana bylam lekko i domowo, w dodatku w papetkach, jakby moja babcia powiedziala. Ale dalam rade, tylko sasiad juz do konca unikal mnie po tym, jak zapukalam i zapytalam, czy ma internet (tel. do meza do pracy oczywiscie na pamiec nie znalam, musialam najpierw w mailu poszukac) 😃

    • Piękne🙂
      Mieszkałam raz w takim mieszkaniu z drzwiami zatrzaskującymi się od zewnątrz, już więcej nie chcę… To bardzo głupi wynalazek (albo też wynalazek dla ludzi mądrzejszych ode mnie).

      • Niemcom sie podoba, rzadko bywa inaczej, wiec musialam zmadrzec, co przerodzilo sie w fobie pt. sprawdzam milion razy, czy mam klucz😃

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s