I dunno about my dreams

Dziś za oknami gęsta mgła – dziady w końcu mamy – więc będzie nieco sentymentalnie.
Jakoś w pierwszych dniach roku szłam do pracy i tak nieśmiało sobie pomyślałam, że za rok o tej porze chciałabym być gdzieś indziej. Zanim się zorientowałam, nastąpiła rewolucja, wskutek której, no cóż, myśl okazała się prorocza. Niezmiennie twierdzę, że najważniejsze rzeczy w życiu wydarzają się przypadkiem.

Kiedy prawie osiem lat temu odchodziłam z poprzedniej mojej fabryki, ostatniego dnia pracowałam do północy. Nie było to w owej placówce nic niezwykłego; niezwykłym było opuszczanie biurka po ośmiu godzinach pracy i jeśli sądzicie, że dzięki forsie za liczne ołwertajmy opływałam w luksusy, to jesteście w mylnym błędzie, gdyż nigdy nie zobaczyłam za nie ani gronia, ani też nigdy ich nie odebrałam (niby kiedy, skoro ciągle było coś do zrobienia na wczoraj). Sama praca miała swoje plusy i dużo się dzięki niej nauczyłam – na przykład tego, że absolutnie wszystko jest zrabialne. Dowiedziałam się też, że jestem niezła w gaszeniu pożarów, co mi się wielce w życiu przydało po wielokroć. Prawdą jest natomiast, że byłam potwornie zmęczona i sfrustrowana, i bardzo chciałam pójść sobie w cholerę.
Dziś jestem w takiej samej, a zarazem zupełnie innej sytuacji.
Innej o tyle, że nie odchodzę z ulgą, raczej z żalem – i nie dlatego, że desperacko szukałam innego miejsca, tylko dlatego, że miejsce szukało mnie. Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się sytuacja, że ktoś prowadził rozmowę rekrutacyjną ze mną, używając trybu przyszłego, a nie przypuszczającego.
Trochę nawet łza się w oku zakręciła, gdy się żegnałam. Cieszę się, oczywiście, głupi by się nie cieszył w mojej sytuacji, ale jednak mam poczucie pewnej straty. Nie chodzi nawet o samą pracę, choć bardzo ją lubiłam. Raczej o ludzi, bo ostatnie lata w mojej – od kilkunastu godzin byłej – Spółdzielni Zenum spędziłam w naprawdę dobrym towarzystwie, z którym się zaprzyjaźniłam.
No i boję się. Bardzo się boję. Niby przez ostatnie lata wyraźnie przybyło mi pewności siebie i jako tako znam się na tym, co robię, ale wejście w nowe środowisko zawsze jest stresujące. No, ale kto nie ryzykuje, ten nie pija Chateau Haut-Brion, więc…

Ponieważ nie miałam wczoraj zbyt dużo pracy – siłą rzeczy – spędziłam pewną część dnia na wpatrywaniu się w kolejnego poruszającego się w żółwim tempie hipka. Sądziłam dotychczas, że nabycie w czerwcu jednego roku biletu na spektakl w lutym roku następnego jest lekko niemądre, ale dziś pobiłam ten mój rekord, klepiąc sobie bileciki na marzec.
Na marzec 2017.
Przed tym czasem mogę zajść w ciążę, wyemigrować do RPA, trafić do więzienia, zostać przejechana przez pijanego rowerzystę, zejść na galopujące suchoty, zamieszkać w squocie, zapisać się do partii i w ogóle dużo rzeczy może się stać. Mam takie dziwne poczucie, że uległam zbiorowej histerii, ale w sumie co mi szkodzi.
A że przy okazji czekania w tej gupiej kolejce rozmawiałam via światłowód z koleżanką z innego europejskiego kraju, która też nader często lata do Brytfanny, żeby oglądać przedstawienia – tyle że wybiera zgoła inne niż ja. W pewnym momencie zeszło na podsumowania, ile nas to ucieszne hobby kosztuje. Widzę moje wyciągi, ale staram się nie myśleć o tym, jak bardzo to wszystko nonsensowne. Gdyby zsumować ostatnie dwa lata z drobnym hakiem, miałabym samochód. Nawet nowy. Może mały i niezbyt wypaśny, ale jednak. Kwestia priorytetów, nieprawdaż. Coraz lepiej rozumiem pana i władcę, który ma tyle par nart, że mógłby sobie z nich boazerię zrobić i założyć być może małą szkółkę (nie żeby to był dobry pomysł). Niby wystarczyłyby mu dwie deski, w sumie chodzi przecież tylko o zjeżdżanie z góry na dół. Miałby pewnie mieszkanie z lepszym widokiem, szerszy telewizor, większy zapas na czarną godzinę. Ale widzicie, to wszystko sprawa wyboru. Zapewne w swoim czasie będziemy sobie pluli w brodę i jako emeryci zamieszkamy pod mostem, ale pomyślimy o tym później. Na razie cieszymy się miłością do tego, co nam nigdy podobnym uczuciem nie odpłaci.

Tymczasem zostawiam was ze słodką muzyczką. Mgła ciągle gęsta, jak to w Krakowie jesienią…
wpid-wp-1446290315819.jpeg
(tak, zdjęcie wykonane na moim balkonie – a mieszkam raptem 10 minut tramwajem od centrum; to miasto ma swoje minusy, wyczuwalne w powietrzu o tej porze roku, ale ma też uroki).

15 thoughts on “I dunno about my dreams

  1. Powodzenia, niech moc bedzie z Toba☺

    Ostatniego dnia pracy, z moim malym czlowiekiem w brzuchu, poszlam do domu jako ostatnia. Takie czasy, tylko zdrowia szkoda. U mnie chociaz mozna nadgodziny na wolny dzien zamienic. Chociaz tyle.

  2. Ja tak mam z biegami. Gdyby podsumować wydatki na wszystkie starty w tym roku to też niezły pliczek by się zabrał. Ale nie zostałabym ultraską😉

  3. „Przed tym czasem mogę zajść w ciążę, wyemigrować do RPA, trafić do więzienia, zostać przejechana przez pijanego rowerzystę, …”
    ten fragment, to chyba z inspiracji (mniej lub bardziej świadomej) Głównego Autorytetu – Pana Adasia, a propos wyników wyborów prezydenckich ….?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s